Głogówek Online
 
25 | 05 | 2017
Gdzie się stąpi, tam jest coś historycznego Drukuj
Historia - Sylwetki
Autor: Aleksander Devosges Cuber   
Sobota, 07 Listopad 2009 20:31
Pan Józef Matysek z synem hrabiego von OppersdorffZ zakrystianinem p. Józefem Matyskiem rozmawia Aleksander Devosges Cuber

- A.D.C.: Znają Pana chyba wszyscy mieszkańcy Głogówka. Jest Pan od II wojny światowej opiekunem i gospodarzem kościoła św. Bartłomieja, a i z naszym miastem związane jest całe Pańskie życie... Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie, swoim dzieciństwie.

- J.M.: Urodziłem się w Głogówku. Na Oraczach miesz­kała moja rodzina i ja mieszkam tam do dnia dzisiejszego. Mój ojciec pochodził z głubczyckiego, z Tomic. Był Niem­cem a mama mieszkała zawsze na Oraczach i znała zarów­no język polski jak i niemiecki. Dlatego, ja też wychowałem się dwujęzycznie. Do szkoły chodziłem w Głogówku, która wtedy znajdowała się koło synagogi. Była inna niż dzi­siejsze, tak zwana dwuklatkowa, z częścią dla chłopców i drugą - dla dziewcząt. Tam spędziłem siedem lat, a potem jeszcze trzy lata w szkole na Oraczach. Dzisiaj znajduje się tam przedszkole. Później przez rok uczęszczałem do szko­ły handlowej w Prudniku, gdzie uzyskałem tytuł czeladni­ka kupiectwa. Niestety, choroba uniemożliwiła dalszą na­ukę i dalsze plany zdały się na nic...

- Pana osoba kojarzy się nierozłącznie z kościo­łem parafialnym. Proszę zdradzić, co spowodowało, że wybrał Pan taką drogę życiową?

- To wojna spowodowała, że dostałem się do kościoła. Gdy wszyscy służący naszej parafii musieli pójść na front, ja jako chory, zostałem. Wtedy się przydałem tutaj, przy kościele, jako - powiedzmy - chłopak do wszystkiego. Pra­cowałem w gospodarstwie, na plebanii. Tak to się po pro­stu ułożyło. Bieda to stworzyła, bieda czasu. Wówczas, ko­ścielnym był pan Ociepka, zmarły po wojnie. Gdy wojna się skończyła, trzeba go było zastąpić. Pomocny byłem też jako tłumacz, choć nie uczony. Wtedy nastąpiła zmiana ję­zyka na polski. Przyjechało też dużo nowych ludzi z głębi Polski, a ja jako dwujęzyczny, byłem łącznikiem pomiędzy nimi, a mieszkańcami Głogówka. To były czasy, gdzie lu­dzie tutejsi nie mieli możliwości wypowiadania się, nie znali polskiego. Księża byli polscy od czasu, jak w rok po wojnie wysiedlili ks. Szalę, ówczesnego proboszcza. Na ten okres przypada również przyjazd Franciszkanów polskich, którzy też nie mówili po niemiecku. Toże zostałem tłumaczem parafialnym. W pierwszych latach po wojnie pracowałem więc w kancelarii. wszystko spowo­dowało,

- Mógłby Pan zapewne wiele opowiedzieć z histo­rii Głogówka. Nasze miasteczko przeszło trudy dwóch wojen światowych, echem odbijały się tu wy­darzenia z Powstań Śląskich i Plebiscytu, niełatwe z punktu narodowościowego były dla Ślązaków pierw­sze lata po 1945 roku. Sporo Pan widział i wiele prze­żył...

- Nie znam się na polityce. Pamiętam wydarzenia z po­wstań, ale Głogówek wówczas nie ucierpiał. Nas to obe­szło. Gdy były zamieszki w Koźlu, to baliśmy się jedynie, czy i do nas front nie nadejdzie. Pamiętam, że w Głogówku mieściły się magazyny. Hoenischowie, zamieszkujący na rynku, w kamienicy, na elewacji której był miś, prowadzili jakieś działania powstańcze. Na Oraczach, w moim sąsiedz­twie, były takie magazyny, w których przechowywano amu­nicję. Ciężarówkami wywożono ją później na Górę Św. Anny. Mógłbym tu opowiedzieć pewną historię. Mianowi­cie, gdy byłem wówczas młodym chłopcem, chodziliśmy często z mamą maglować, czyli prasować bieliznę. Ja kręci­łem zawsze maglem, a mama nakładała bieliznę. Po wojnie okazało się, że magiel służył jako schowek amunicji. Wyko­rzystano to miejsce, by ukryć materiały wybuchowe. Wło­żone były w ciężarki, które służyły do obciążenia, czyli zwiększenia nacisku maglowania. Ten magiel istnieje do dnia dzisiejszego. Stoi on obecnie w opolskim Skansenie. Wtedy, był własnością rodziny Chrząszczów, ogrodników.

- Wspomniał Pan o synagodze. W naszych czasach bardzo dużo mówi się o antysemityźmie. Jak żyło się w mieście, gdzie Żydzi stanowili mniejszość religij­ną?

- Żydzi zawsze zajmowali się kupiectwem i tak też było w Głogówku. Prowadzili swoje interesy, a w życiu gminy zawsze okazywali się bardzo uczynni i hojni. Gdy odbywa­ły się wszelkiego rodzaju zbiórki na cele społeczne, oni jako pierwsi ofiarowywali pomoc. Zależało im na akceptacji lu­dzi wśród których żyli. Głogówek zamieszkiwało około 30 rodzin żydowskich. Mieszkali oni na ogół w okolicach ryn­ku lub w sąsiedztwie gorzelni. Po śmierci, chowani byli zawsze na cmentarzu żydowskim, który zachował się do dzisiejszego dnia przy Olszynce.

- Po wojnie stał w Głogówku zupełnie dobrze za­chowany kościół ewangelicki, który znajdował się przy ulicy Powstańców Śl. Czy mógłby Pan przybli­żyć czytelnikom wygląd tego kościółka, ponieważ nie udało się dotychczas odnaleźć żadnej fotografii, któ­ra ukazałaby budowlę od zewnątrz?

- Druga wojna światowa nie zniszczyła zbytnio kościoła ewangelickiego. Rozebrano go dopiero później, w latach sześćdziesiątych. W jego miejscu postawiono dwa bloki mieszkalne, które stoją dzisiaj przy ulicy Powstańców Ślą­skich. Powód tego był taki, iż parafia nie miała możliwości utrzymać trzech kościołów. Po wojnie proboszcz powie­dział, że gdyby nie to, że na rynku stały dwie świątynie, to on wziąłby kościół ewangelicki i odbudował z drobnych zniszczeń wojennych. No, ale czasy były jakie były. Kościół ten był wysoki, a wnętrze jego objętością przypominało tro­chę wielkość kaplicy Na Glinianej Górce, wybudowany był w stylu typowym dla budownictwa protestanckiego z koń­ca XIX wieku, z lożami dla wiernych po bokach. Plebania natomiast mieściła się w budynku narożnym, gdzie dzisiaj mieszkają państwo Mołodyńscy.

- Czy w okresie przedwojennym posługiwano się w Głogówku jednym, czy dwoma językami?

- Wcześniej, w czasach, gdy jeszcze moja mama chodzi­ła do szkoły, to odbywały się lekcje polskiego. W moich la­tach szkolnych już nie uczono języka polskiego. Polskie nabożeństwo było natomiast odprawiane zawsze w koście­le klasztornym w niedzielę o godzinie ósmej rano. Odpra­wiano je również w okresie hitleryzmu. Krótko przed woj­ną, odbyły się w Głogówku misje, podczas których głoszo­no również kazania w języku polskim.

- Starsi mieszkańcy często opowiadają o tym, jak w okresie powojennym często niszczono lub wywo­żono co ładniejsze nagrobki z glogóweckiego cmen­tarza...

- Tak, niestety. W okresie zmiany, jaka nastąpiła po woj­nie, zmiany kultury niemieckiej na polską, wiele pomni­ków poginęło. Dewastowano nagrobki z epitafiami pisanymi w języku niemieckim. Był to przejaw niezgody, jaka stworzyła się pomiędzy Ślązakami, a ludnością przesiedlo­ną. Jednak nawet dzisiaj, z niewiadomych przyczyn zdarza­ją się takie przypadki. Np. bardzo ładny, wykonany z czar­nego marmuru pomnik stał na cmentarzu jeszcze miesiąc temu. Przedstawiał on Matkę Boską Częstochowską. Nie­stety, komuś figurka Madonny bardzo się spodobała... Dziś już jej tu nie ma... Zabytkowym i zachowanym nagrobkiem jest natomiast ten biskupa von Bonbelles, z którym wiąże się ładna historia z czasów napoleońskich.

- Na cmentarzu stoi również nagrobek ks. Hoffrichtera, który w 1908 roku napisał książkę o histo­rii głogóweckiej fary pt. „Die katholische Pfarrkir­che zum heiligen Bartholomaus zu Oberglogau". Pan pamięta księdza proboszcza...

- Wokresie, gdy był on proboszczem w Głogówku, wy­budowano dzisiejszą plebanię. Stanęła ona w miejscu sta­rej. Było to zasługą tego, że, Hoffrichter był księdzem woj­skowym i miał kontakty z władzami. Gdy byłem młodym ministrantem, to pamiętam, że słabo widział na oczy i mu­sieliśmy go zawsze prowadzić do ołtarza, podawać rękę... Na­grobkiem Hoffrichtera jest ten duży, z czerwonego pia­skowca, znajdujący się za kościółkiem na cmentarzu - po­mnik. Obok niego, znajduje się grób Tatzela, proboszcza naszej parafii jeszcze przed Hoffrichterem. Pochowana tu została również cała jego rodzina. Niestety, niedawno (ja­kieś cztery tygodnie temu) skradziono rzeźbę Jezusa z krzy­ża, który zdobił nagrobek. To była rzeźba drewniana.

- Patrząc dzisiaj na wieże kościoła parafialnego, bez problemu zauważyć można, że hełm północny jest późniejszy. Wśród ludności przyjęło się mówić, że jedna z wież została uszkodzona podczas drugiej wojny światowej. Są jednak i tacy, którzy opowiadają, że już przed wojną hełm ściągnięto z wieży, gdyż gro­ził on zawaleniem. Jak w rzeczywistości wyglądała ta historia?

- Władze mówiły, że hełmy grożą zawaleniem. Tak na­prawdę, to ściągano wtedy wszystkie miedziane blachy z budynków, a więc rynny i hełmy kościelne także. Ściągano, by później je przetopić.

- Dlaczego więc drugiego hełmu wtedy też nie ro­zebrano?

- Drugą wieżę kryto około 1930 roku. Hełm był nowy i władze nie mogły go ściągnąć, gdyż nie miałyby wówczas jak wytłumaczyć się z tego przed mieszkańcami.

- Wieża więc stała tak bez zwieńczenia do lat 50-tych...?

- Tak, odbudowano ją dopiero pod koniec 50-tych, lub na początku lat 60-tych. Trwało to tak długo, ponieważ wy­mieniano lub uzupełniano rynny i brakujące elementy bla­szane na cynkowe. Proboszcz jednak nie zgodził się na to, by i hełm postawić cynkowy. Powiedział wtedy: „Dopiero będę wieżę stawiał, jeśli dostanę miedzianą blachę". W ten sposób wieży nie uzupełniano i kościół stał tak zwieńczo­ny tylko jednym hełmem przez blisko 20 lat.

- Chciałbym zadać jeszcze pytanie dotyczące kościo­ła parafialnego. Stare źródła mówią o wielu drogocen­nych wyrobach jubilerskich, jakie znajdować się mia­ły w kościelnym skarbcu. Nasza fara posiada również bogaty wystrój wnętrza, którego część stanowią m.in. dzieła Sebastiniego i Schuberta. Czy te, wspomniane już wcześniej burzliwe koleje losu XX wieku, nie przy­niosły żadnych strat? Czy zachowały się nasze arty­styczne skarby, które nasi przodkowie tworzyli, by sta­nowiły o naszej kulturowej wielkości?

- Kościół w ciągu tych ostatnich lat nie poniósł żadnych większych strat. Całe wyposażenie wnętrza zachowało się do dnia dzisiejszego. Również podczas ostatniej wojny nic nie zginęło. Żołnierze radzieccy próbowali dostać się do sejfu. Zepsuli zamek, ale nie udało im się dostać do środka. Tam i tak jednak nic by nie znaleźli, ponieważ zawartość sejfu udało nam się wcześniej zamurować w ścianie. Tak to zrobiliśmy, że nie można było znaleźć miejsce, gdzie to było zrobione. Udało się więc w porę wszystko zabezpieczyć.

- No, ale w trudnych dla parafii latach 40- i 50-tych, kościół wymagał troskliwej ręki i ...głowy?

- Po wojnie, gdy pełniłem niejako obowiązki gospoda­rza, potrzebowałem pomocnej ręki lub opinii przy wszel­kiego rodzaju pracach prowadzonych przy kościele. Wów­czas wiele pomagał mi pan Tomasz Cuber, którego jako spe­cjalistę w dziedzinie sztuki mogłem się zawsze poradzić, gdy miałem problem. Drugą taką osobą był pan Rak, który był bardzo dobrym i zdolnym fachowcem, znającym się na wielu rzeczach. Można się ich było poradzić o cokolwiek, przy każdym remoncie prowadzonym przy kościele. Two­rzyli oni taką „spółkę", do której zaliczyć można było by jeszcze pana Kontnego z ulicy Młyńskiej, jako doradcę cie­sielskiego. Wszystko się z nimi wspólnie konsultowało i re­alizowało. Działo się to w czasach powojennych, gdy za­równo o materiał, jak i o fachowców było bardzo ciężko.

- Należy Pan do osób, które twierdzą, że teren wo­kół kościoła parafialnego mógł być kiedyś miejscem chowania zmarłych? Skąd to przypuszczenie?

- Wokół kościoła św. Bartłomieja mieścił się kiedyś cmen­tarz. W murze, który ogranicza teren przykościelny z par­kiem, w dwóch wnękach arkadowych, znajdują się grobow­ce. Zebrano tam kiedyś kości z terenu całego cmentarza. Prawdopodobnie wtedy, gdy powstał nowy, na którym do dnia dzisiejszego chowani są zmarli. Trafiliśmy kiedyś na to miejsce przypadkowo, przy pracach budowlanych. Ist­nienie tego cmentarza potwierdzają również przekazy pi­semne. Ciekawe są także dzieje dzisiejszego cmentarza. Pier­wotnie prowadziły do niego dwie bramy. Pierwsza, wcze­śniejsza, zachowana do dnia dzisiejszego, znajduje się przy ulicy Podgórnej. Drugą natomiast, była brama przy ulicy Piastowskiej. Dawniej, gdy miasto było zabudowane, mury od południa obudowywały stodoły, które należały do rol­ników. Nie mogła więc prowadzić stąd droga na cmentarz. Potwierdza to niejako fakt, że dawne groby, usytuowane są dokładnie w miejscu, gdzie dzisiaj znajduje się ścieżka pro­wadząca do kościółka cmentarnego. Przekonaliśmy się o tym, gdy budowaliśmy grobowiec oo. Franciszkanów. Prze­kopaliśmy wtedy ten odcinek chodnika i natrafiliśmy na ułożone w szeregu groby. Do kościółka św. Krzyża, prowa­dziła więc pierwotnie droga jedynie przez bramę górną, dolną natomiast wybudowano później.

- Czy ma Pan wspomnienia dotyczące rodziny Oppersdorfów?

- Miałem z Oppersdorfami wiele styczności, szczegól­nie po wojnie. Przed wojną ich sytuację finansową spotkał podobny los do wspomnianych już wcześniej Żydów. Stra­cili oni bowiem dużo na inflacji, jaka nastąpiła w latach 20-tych. Przykładem niech będzie fakt, że z 24 majątków ziem­skich jakie posiadali Oppersdorfowie, pozostały im tylko cztery. Nie były to dla nich proste czasy.

- Co, na zakończenie naszej rozmowy, mógłbym w imieniu mieszkańców Głogówka życzyć Panu w nadchodzącym Nowym Roku?

- Jestem już starszy, jestem na bocznym torze. Zdrowie już nie zawsze dopisuje. Czasem w kościele się pokażę, przejdę z koszykiem. Cale życie mieszkałem w Głogówku. Zawsze byłem przywiązany do tego miejsca, ponieważ moż­na by rzec, że u nas gdzie się stąpi, tam jest coś historyczne­go. Cieszę się, że ostatnimi czasy przyjeżdża do naszego miasteczka coraz więcej wycieczek i że Głogówek staje się miejscem coraz bardziej znanym na mapie historii. I niech tak dalej będzie.

- Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę zdrowia i pogody ducha.

Artykuł pochodzi z rocznika Głogóweckiego 2000. W Głogówek Online zamieszczony za zgodą TMG. 

Zmieniony: Sobota, 07 Listopad 2009 20:49