Głogówek Online
 
29 | 03 | 2017
Jan Cybis - wielki Pan Malarstwa Polskiego Drukuj
Historia - Sylwetki
Autor: Albert Szyndzielorz   
Sobota, 14 Lipiec 2007 11:46
Jan Cybis
Urodził się 16 lutego 1897 r. we Wróblinie koło Głogówka. Jego ojciec Jan - z zawodu rolnik i stolarz pochodzący z sąsiedniej wsi Naczęsławice. Matka - Maria Hajda, gospodarska córka wniosła w posagu dom i parę morgów ziemi we Wróblinie. Mieli trzech synów - Alojzego, Jana i Roberta oraz córkę Agnieszkę. Ojciec wkrótce owdowiał. Ożenił się powtórnie i miał jeszcze pięć córek - Annę, Franciszkę, Magdalenę, Marię i Waltburgę. Ojciec, chcąc przysporzyć chleba rodzinie i wykształcić dzieci, imał się każdego zajęcia, zajmował się stolarką, założył sklepik, w późniejszych latach przy pomocy córek prowadził jeszcze małą ajencję pocztową, grywał w wiejskiej kapeli. W jedenastym roku życia rodzice dla lepszej edukacji syna wysyłają go na korepetycje z języka łacińskiego do miejscowego proboszcza.

Tę przygodę wspomina Cybis w swoim „Dzienniku": „W kościele mieszkał Bóg, a na farze obok jego namiestnik ksiądz Hugo Hanke. Pouczał rodziców - nie odejmuj karania od syna twego, a jeżeli go bić będziesz rózgą, to on zaraz nie umrze, a zbawisz duszę jego od samego potępienia. Gdy szedł przez wieś wierni podchodzili z pozdrowieniem Pańskim i całowali go w rękę. Ja, gdy go tytko zobaczyłem - uciekałem, gdzie mnie nogi poniosły i byłbym raczej skoczył do stawu, niż się zbliżył. Już miałem łat jedenaście, gdy postanowił mi udzielić lekcji łaciny, abym mógł zdać do drugiej klasy gimnazjum, chodziłem na farę jak do jaskini iwa, z duszą na ramieniu. Najgorzej jednak było wracać, bo była zawsze już noc, a na łąkach przy mostku, przez który trzeba było przechodzić straszyło. Nie wierzyłem już w strachy, lecz były to początki mojej wspaniałej emancypacji z wierzeń wiejskich, nie byłem do końca pewny, każdy szelest liści w ciemności mnie przerażał. Starszy chłopiec, mieszkający w ostatnim domu wsi Naczęsławice, jakby to wiedząc czekał często na mnie i odprowadzał przez łąki do Wróblina. Był to jedyny prawdziwy Anioł Stróż w moim życiu. Czekał może dlatego, że już wtedy miałem moją sławę i to właśnie w Naczęsławicach, gdzie roztrąbił ją wśród takich chłopców mój kuzyn Johann Gogolin, zwariowany muzykant skrzypek, ja malowałem. Był to chyba również powód, dla którego oszczędził mnie w bratobójczych bitwach mój starszy brat Alois, w gimnazjum nazywany Benno, nie wiedział przypadkiem, czy jestem jakimś stworzeniem, które należy zachować przy życiu dla ciekawości... "

Pierwszym etapem kształcenia przyszłego artysty było z dużymi tradycjami gimnazjum klasyczne w Głogowie, w którym przebywał już jego starszy brat Alojzy. Tutaj Jan należał do prymusów, zdradzając zdolności między innymi do języków. Kiedy hrabia Czartoryski z Gołuchowa koło Kalisza zwrócił się do szkoły z prośbą o wskazanie kandydata spośród uczniów, który mógłby być dla jego synów partnerem w konwersacji niemieckiej, władze szkolne poleciły mu właśnie Jana Cybisa. I tak podczas kolejnych wakacji syn śląskiego chłopa uczył hrabiowskie dzieci mówienia po niemiecku.

Polecony przez władze szkolne udziela w czasie wakacji lekcji języka niemieckiego dzieciom rodziny Czartoryskich. Być może Cybis nigdy nie zostałby malarzem, gdyby nie nauczyciel rysunków Hans Bloch, który odkrył przed nim uroki malarstwa współczesnego. Na zawsze zapamiętał uwagi swego nauczyciela - np. szary kolor składa się z różnych kolorów nie szarych!

Po zdaniu w 1916 roku matury na dwa lata powołany zostaje do armii niemieckiej, jako żołnierz bierze udział w I wojnie światowej. Tamte lata wspominały siostry Jana - Anna i Maria:

„Wybucha wojna. Chłopcy z Wróblina, a razem z nimi Benno, szli przez wieś z piosenką na ustach. Jan wyruszył później, w chwili rozpoczęcia wojny nie był jeszcze pełnoletni. Za nimi powędrował najmłodszy Robert. Wszyscy trzej wałczyli na froncie zachodnim. Robert zginął gdzieś nad Marną, Benno został ranny, Hanysa (Jana) nie imały się kule. Wyruszali pełni entuzjazmu. Wracali wynędzniali. Goszcząc od czasu do czasu we Wróblinie, od żyjących jeszcze wtedy sióstr Jana - Anny i Marii wysłuchałem również wieści o ich dalszych losach po powrocie z wojny.

„Przed dalszymi życiowymi decyzjami ojciec naradził się z synami - co dalej? W rachubę wchodziły studia, ale niedrogie, na utrzymanie musiała pracować cała rodzina. Brat Benno, kiedy został ranny przypatrywał się pracy lekarzy, potem pomagał im jako sanitariusz. Chciał studiować medycynę, ale ojciec stwierdził, że są to najdroższe studia. Początkowo upierał się przy teologii, ale później zgodził się na medycynę Benna. A Jan? Nic tylko malarstwo. - W rowie będziesz kosił, nic nie będziesz miał — mówił zagniewany ojciec. A Jan swoje. — Pod płotem zginiesz, szkoda moich pieniędzy. Zawód artysty, malarza mieszkańcy wsi rezerwowali dla ludzi niespełna rozumu, nawiedzonych. - Co ty jesteś hrabia Oppersdorff? -wyrzucił z siebie ojciec i postawił na swoim. Jan rozpoczął studia prawnicze we Wrocławiu. Wytrwał kilka semestrów, ale przeniósł się na malarstwo bez wiedzy ojca, który nigdy mu chyba tego nie wybaczył. "

W lutym 1919 r. podejmuje studia prawnicze, ale jeszcze w tym samym roku wstępuje na Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu, do pracowni O. Mullera. Po plebiscycie na Śląsku w 1921 r. mając 24 lata Jan przeniósł się do Krakowa, zdał egzamin do Akademii Sztuk Pięknych. „- Ciężko mu było" -zwierzała się siostra Anna. „Brat przyjeżdżał parę razy przez zieloną granicę. Zjawiał się w domu zabiedzony, głodny, obdarty. Pamiętam, że raz przyjechał tak wyczerpany, że czternaście dni leżał w łóżku. Ojciec lamentował — nic z ciebie nie będzie, weź się za co innego. Jan obiecywał, ale potem było znowu to samo."

Po zmianie obywatelstwa i wymianie dokumentów osobistych zmienił pisownię nazwiska z Cibis na bardziej fonetycznie brzmiące w języku polskim - Cybis. W Krakowie zaczyna się jego wielka przygoda intelektualna. Trafia do pracowni Mehoffera, Pieńkowskiego i Pankiewicza. Mówił jeszcze wtedy słabo po polsku i na przykład z Mehofferem chętnie porozumiewał się po niemiecku w zawiłych dysputach.

Krakowskie środowisko było bardzo żywe i młody artysta z miejsca włączył się aktywnie we wszystkie działania grupy. Pod wpływem Pankiewicza powstaje wśród studentów zamysł wspólnego wyjazdu do Paryża, po dalszą naukę dla zapoznania się z najwyższym poziomem światowego malarstwa. Powołano komitet, wszedł do niego Cybis, dla zdobycia funduszy na ten cel. Było to w 1923 r. Komitet został nazwany Komitetem Paryskim, od którego pierwszych liter KP nazwano ich kapistami. Słowo kapista (później koloryści) stało się z czasem określeniem członków nie tylko tej wąskiej grupy, ale wielu malarzy, którzy uprawiali malarstwo oparte przede wszystkim na kolorze i którzy się z ich poglądami solidaryzowali.

„Pierwszego dnia po przyjeździe do Paryża nałożę moje lakierki (szczyt elegancji) i pójdę do Poussina*) do Luwru -myślał Cybis, kiedy rozważał możliwości realizacji planów. Komitet zdobywał pieniądze organizując różne imprezy -loterie, bale, widowiska sportowe. Na scenie Teatru im. Słowackiego wystawiają specjalnie na tę okazje sztuki napisane przez Jaremę, m.in. „Napoleona w elektrowni" z Cybisem w roli tytułowej, który w trakcie występu w pewnej chwili powiada do publiczności swoją śląską gwarą mocno stremowany „psiokrew, zapomniolech".

jechaliśmy do Paryża zbuntowani przeciw malarstwu polskiemu, prędzej przeciw temu co za malarstwo polskie było uważane, okraszone ludowością z niebieskim śniegiem i chłopkami w kolorowych chustach ".    Przed wyjazdem Cybis w lipcu 1924 r. wziął ślub z koleżanką ze studiów Hanną Rudzką, w latach późniejszych małżeństwo zakończone rozwodem.

Dnia 1 września 1924 r. grupa jedenastu osób, powstała na zasadzie artystycznej przyjaźni i zaufania (przeważnie uczniów Pankiewicza), wyruszyła do Paryża. Wśród nich byli m.in. J. Cybis, H. Rydzka-Cybisowa, J. Czapski, J. Jarema, A. Nacht, P. Potworowski, Z. Waliszewski. Pobyt w Paryżu trwać miał siedem tygodni, zostali tam blisko dziesięć lat. Cybis - teoretyk o jakimś absolutnym czuciu malarstwa, bardziej rozważny i bardziej konsekwentny — „w miarę lat jego autorytet rósł wśród nas coraz bardziej. Razem łaziliśmy po galeriach, razem pracowaliśmy, razem dokazywaliśmy tak, że konsjerżka (dozorczyni) z pogardą nazywała nas bandą linoskoczków, dyskutowaliśmy namiętnie i docieraliśmy wzajemne poglądy. Żyliśmy przeważnie w naszym kręgu, odkrywaliśmy świat dla nas naprawdę zaczarowany. Luwr, wciąż podnosząc nasze ambicje, uczył nas nieustannie pokory" (J. Czapski). Wśród kolegów Cybis stał się od razu naturalnym przywódcą. Bez pośpiechu roztrząsał etykę malarską, studiował bardzo rzetelnie problem budowy obrazu barwami, doskonalił swój warsztat kopiując w Luwrze. W wędrówkach plenerowych sprawdzał i potwierdzał w praktyce to wszystko, czego się uczył w muzeach i galeriach oglądając impresjonistów - darząc szczególnym kultem Cezanne'a.

Lata przebyte przez kapistów w Paryżu nie były łatwe. Żyli w nędzy, gdyż pieniądze uzbierane w Krakowie wystarczyły ledwie na parę miesięcy. Chleb z musztardą był ich częstym pożywieniem. „Cybis niedożywiony, żółty, mało wychodząc z domu, chorował, bo nie jadł prawie tłuszczu, nie rozstawał się z Hanką Rudzką-Cybisową. Czy wytrzymałby te trudne, głodzone łata bez jej nieustanne opieki, jej kopiowania w Luwrze, które im przeżyć pozwalały? " (J. Czapski). 

Młodzi malarze przez długi czas wzbraniali się przed wystawianiem swoich prac, będącym jedynym sposobem zdobycia jakiego takiego rozgłosu i znalezienia marszanda. Opory te szły (pochodziły) głównie od Cybisa, przejawiającego już wtedy wyostrzony autokrytycyzm i wysokie wymagania wobec siebie. Uważał, iż „nie mamy nic do pokazania, nie jesteśmy jeszcze gotowi". Jedną z prób zdobycia pieniędzy był urządzony bal w 1925 r. pod patronatem samego Picassa, który pod względem finansowym przyniósł fiasko, ale jako impreza poruszył „cały" Paryż. Uczestników balu (wśród gości zjawił się Bonnard) ogromnie zaskoczyła wykonana przez kapistów oryginalna dekoracja sali z pomalowanymi ścianami, poustawianymi statkami oraz porozwieszanymi na suficie dziwacznymi aniołami z worków z piaskiem.

Zimę 1927/1928 Cybisowie spędzą w Polsce. Świadczy o tym list napisany do ojca, do Wróblina 7. stycznia 1928 r. przez artystę z Lublina - miejsca zamieszkania rodziców żony Hanny (korespondencja ta została znaleziona przeze mnie w niecodziennych okolicznościach w sierpniu 1994 r.). Pisze w nim m.in.: „Jak Bóg da, to talent jaki od Niego mam nie zmarnuję a dojdę do tego, czego dążę ".

Dopiero po pięciu latach pobytu we Francji w 1929 r. kapiści ujawniają swoje prace w Paryżu, w pracowni A. Zamoyskiego, na konkursie malarskim ogłoszonym przez paryski Związek Polskich Artystów. Zdobywają na nim wszystkie pięć nagród (wśród nagrodzonych jest też Cybis). Po tym zbiorowym sukcesie odbyła się pierwsza oficjalna wystaw kapistów w 1930 r. w Galerie Zak w Paryżu. Przyszło na nią wielu wybitnych krytyków i ludzi Paryża, m.in. Gertruda Stein, znana pisarka i kolekcjonerka, która bardzo zainteresowała się malarstwem Cybisa zakupując dwa jego obrazy. Druga wystawa kapistów odbyła się wiosną 1931 r. w Galerie Moos w Genewie. Oba te wystąpienia publiczne przyniosły kapistom duży rozgłos  i sukces, mocno podreperowując ich kiesę, albowiem wiele obrazów został sprzedanych.

W latach 1931-1934 kapiści wrócili do Polski. Malowali wyłącznie z natury. W ich obrazach decydujący był kolor, a nie forma i dlatego nazywano ich również kolorystami. Dokonali rewolucji w polskim malarstwie, której skutki są widoczne do dnia dzisiejszego. Cybis w 1931 r. osiadł w Krakowie (z żoną Hanną Rudzką) często powracając do Paryża urzeczony sztuką Cezanne'a i Bonnarda. Z całą energią zaczął organizować życie artystyczne.

Kapiści pierwszą swoją wystawę w kraju organizują w 1931 r. w Warszawie. Darzono ich życzliwym zainteresowaniem, któremu dopomagała fama sukcesów odniesionych w Paryżu i Genewie. Wystawa ma charakter manifestu - będący „wyznaniem wiary" kapistów. Wstęp do katalogu napisany przez Cybisa zawiera programowe wypowiedzi i sformułowania, jak np.: „Charakterystyczną cechą współczesnego malarstwa jest jego świadome poszukiwanie elementów plastycznych w przeciwstawieniu do epok, kiedy prawdy malarskie były zdobywane i przekazywane tradycyjnie i warsztatowo... Głównym warunkiem powstania obrazu jest jego koncepcja malarska... Kolor na płótnie powstaje dopiero przez kontakt z innymi kolorami... "

Pierwsza indywidualna wystawa Cybisa odbyła się w 1932 r. w Krakowie - złożyło się na nią 19 prac (uzupełnionych obrazami H. Rudzkiej-Cybis i Z. Waliszewskiego).

W 1934 r. odbyła się w Warszawie druga grupowa wystawa kapistów. Była to już grupa o dużym rozgłosie, zdobytym głównie dzięki bojowości i nieprzejednanemu stanowisku w realizowaniu założeń propagowanego prze siebie malarstwa, będącego nowością na tle ówczesnej sytuacji artystycznej w Polsce, nowością szokującą już nie tylko szeroką publiczność, ale nawet wielu krytyków. Malarz i krytyk Konrad

Winkler pisał wtedy o kapistach: Bezwzględna przewaga czystego malarstwa i to wyspecjalizowanie się w kierunku barwy jako wartości ekspresyjnej niezależnie od przedmiotu — dezorientuje tu nieco naszą publiczność, przyzwyczajoną do zgodnej z lokalnym kolorem interpretacji przedmiotu w naturze. Momenty zwłaszcza kiedy ta barwa przelewa się poza linie, kiedy przesiąka poza granice konturu w tło, kiedy i faktura (tj. sposób kładzenia farby na płótnie) uniezależnia się od zarysów formy — momenty te nie znajdują u przeciętnego widza należytego zrozumienia, a widz ten skłonny jest raczej do zaliczenia tego procederu na karb nieudolności malarza, aniżeli na konto jego świadomej pracy nad ożywieniem barwnej płaszczyzny obrazu ".

W ostrej kampanii prasowej, jaka się rozpętała wokół tej wystawy, szczególnie malarstwo Cybisa jest przedmiotem polemik artystycznych. Niemal wszyscy dawali wyraz przekonaniu, że Cybis obdarzony jest wybitnym talentem. Powrót kapistów do Polski nie był powrotem triumfalnym. Malarstwo i cały ich program artystyczny - podobnie zresztą jak grup awangardowych - nie znajdowały w kraju szerszego oddźwięku społecznego. Mecenat państwowy, słaby zresztą, preferował inną sztukę, podobnie jak potencjalni nabywcy, bogata burżuazja, ziemiaństwo czy lepiej sytuowane warstwy inteligencji. Wojciech Kossak pozostawał ciągle rodzajem ideału narodowego malowania. Nowoczesne pojmowanie malarstwa mogło liczyć na zrozumienie i poparcie tylko w wąskich grupach intelektualnych i artystycznych oraz paru zamożniejszych fantastów. Ten stan rzeczy przynosił często biedę i osamotnienie tych artystów, którzy chcieli pozostać wiernymi sobie. Do nich należał Cybis.

Zarówno w publicystyce, jak i w pracy związkowej walczy o prawo i miejsce dla nowoczesnej myśli artystycznej. Trybuną prasową kapistów stał się wychodzący w Krakowie w latach 1932-1939 „Głos Plastyków" redagowany m.in. przez Cybisa.

Wrzesień 1939 r. zastał Cybisa w Krakowie. Zmobilizowany, lecz z braku umundurowania i broni nie wcielony, idąc za oddziałem dotarł do Tarnopola, potem do Krzemieńca, gdzie spędza pierwsze lata wojny. Tu rozpoczyna równolegle drugi etap życia wiążąc swe losy z Heleną Zarembianką. Utrzymywał się z dorywczych prac - jako retuszer u fotografa i z zamówień na „święte obrazy" do cerkwi. Zajmował się tłumaczeniem książki (z języka francuskiego -bez słownika) „Mistrzowie dawni" E. Fromentina (wydana przez Ossolineum w 1956 r.).

W 1943 r. przedostaje się z żoną i synem (Jackiem) do Warszawy. Wokół artysty zaczynają się skupiać młodzi malarze kształcący się w podziemiu. Po powstaniu i pobycie w obozie w Pruszkowie Cybisowie znajdują gościnę w Milanówku. Gdy prof. St. Lorenz, dyr. Muzeum Narodowego podjął akcję ratowania dzieł sztuki z Warszawy, Cybis wspólnie z innymi ratował to, co można było jeszcze ze zburzonego miasta ocalić.

W 1945 r. na stałe wraca do Warszawy. Pierwsze lata powojenne (1945-1950) były dla Cybisa okresem wytężonej pracy. Już w kilka tygodni po wyzwoleniu Warszawy zostaje wybrany Prezesem Okręgu Warszawskiego Związku Polskich Artystów Plastyków. W 1945 r. na wystawie zatytułowanej „Ruiny Warszawy" za rysunek „Most Poniatowskiego" zdobywa nagrodę Ministra Kultury i Sztuki. W 1946 r. obejmuje jako profesor katedrę malarstwa w powstającej do życia Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Uczestniczy aktywnie w odbudowie od podstaw szkolnictwa artystycznego kraju i swoim autorytetem przyczynia się do nadania mu wysokiej rangi. W czasie nauczania duże znaczenie przywiązuje do określenia moralnych postaw młodzieży na kierunkach artystycznych.

Działając w ZPAP troszczy się o interesy materialne i zawodowe kolegów. Po 22 latach nieobecności (w 1946 r.) odwiedza dom rodzinny we Wróblinie, w którym żyją jego siostry. Pierwsze wiadomości o losach rodziny otrzymał artysta od księdza Warkocza rodem z Naczęsławic. Dużo maluje i wystawia (Warszawa, Poznań, Bydgoszcz, Toruń, Sopot, Łódź) oraz bierze udział w XXIV Biennale w Wenecji (1948 r.)

Przychodzą trudne lata pięćdziesiąte. Pod adresem środowisk twórczych zostały wysunięte postulaty realizmu socjalistycznego. Zarzuty, jakie stawiano obrazom Cybisa (m.in. portretowi Joliot Curie zdjęto z wystawy - jakoby pokazywał język), i zła prasa krytyków spowodowały wycofanie się artysty na kilka lat ze środowiska i zamknięcie we własnej pracowni. Jako czołowy przedstawiciel niezależnej twórczości artystycznej nie poddawszy się socjalistycznym nakazom pozbawiony został w 1951 r. katedry malarskiej ASP (prze pewien czas zostaje zatrudniony w Muzeum Narodowym). Jego obrazy nie są przyjmowane na wystawy. Żyjąc w izolacji artystycznej (nie licząc garstki przyjaciół odwiedzających go systematycznie) tworzył niezmiennie to, co mu dyktowało własne przekonanie. „Nie robić ustępstw, nie dogadzać nikomu. Sensem sztuki jest kreowanie a nie pouczanie, nauczanie, informowanie, moralizowanie. Z prawdziwego dzieła sztuki widz sam wyciągnie morał!". Większość obrazów znajdujących się w pracowni zostało, zamalowane lub przemalowane, dlatego na niektórych obrazach widnieją dwie daty, z których pierwsza określa rok namalowania obrazu, druga zaś rok, w którym obraz był przemalowany Latem 1953 r. Cybis wyjeżdża na krótko do Wróblina. Ten kontakt z rodzinnym środowiskiem dodaje mu sił, zamierzał nawet osiedlić się tu na stałe. O tym mówiła mi Anna -siostra artysty w czasie moich odwiedzin w ich domu- powtarzając słowa brata: „Wiecie dziołchy, tam na strychu urządzilibyśmy atelier ".

Na szczęście w 1955 r. klimat artystyczny i polityczny się zmienia. Cybis otrzymuje w tym roku Nagrodę Państwową I stopnia w dziedzinie sztuki oraz zostaje powołany na profesora malarstwa w WSSP w Sopocie (dojeżdża tam przez dwa lata z Warszawy).

Rok 1956 jest okresem bardzo pomyślnym w twórczości Cybisa. W lutym tego roku otwarta została w Zachęcie w Warszawie wystawa indywidualna (120 obrazów olejnych, 54 akwarele, 47 rysunków), która stała się wielkim sukcesem artysty i oznaczała jego powrót do życia publicznego.

Wystawa ta była doniosłym wydarzeniem w życiu kulturalnym nie tylko Warszawy, ale także całej Polski. Pobudziła wiele dyskusji i stała się punktem wyjścia dla licznych wypowiedzi prasowych, m.in. słynnego malarza meksykańskiego Diego Rivery reprezentującego monumentalną koncepcję malarstwa - przeciwstawną twórczości Cybisa. Po jej zwiedzeniu napisał zachwycony: „Niewiele razy w mym życiu doznałem tyle radości dzięki malarstwu, jak wczoraj na wernisażu wystawy obrazów Jana Cybisa. Niezwykle czuła i delikatna a zarazem ostra i mocna wrażliwość tego artysty sprawiła, że z płócien jego bil ku mnie jakby strumień rozkoszny radości. Cybis posiada ową rzadko spotykaną władzę obdarowania przez swe malarstwo tych, którzy jak ja mają szczęście go doglądać, tym co jest najlepszego w człowieku. Nasyca on swoje obrazy ładunkiem najgłębszej miłości do wszystkiego co nas otacza. Każdym dotknięciem pędzla umieszcza na płótnie jakiś ładunek wzruszenia - czasem burzliwy, czasem czuły jak pieszczota, to znów podobny do nagłego draśnięcia. W miarę jak rosną warstwy materii malarskiej uczuciowa treść obrazu potęguje się, staje się coraz bardziej nasycona i uzyskuje moc przekazywania nagromadzonej w nim siły emocjonalnej. Jego wrażliwość na kolor, bezpośrednio przekazująca specyficzne „unerwienie" malarza, jest głęboko ludzka i powszechna i przez to równocześnie w pełni narodowa do tego stopnia, że w jegopejzażach malowanych w Paryżu i całkowicie wiernych w stosunku do motywu, czuje się jednak tęskną tonację, która jest szczególną właściwością jego pejzaży polskich. Jest to po trzykroć malarz i po trzykroć poeta, to znaczy jest to wielki malarz; na pewno bowiem jeśli w malarstwie nie ma poezji nie ma w nim nic... "

Z. Kępiński - przyjaciel Cybisa i dyr. Muzeum Narodowego w Poznaniu pisał: „Z ziemi śląskiej malarstwo Jana Cybisa wyrasta w nie mniejszej mierze, jak jego spokojna i surowa, z chłopska uroczysta postać... Jest rewelacją i etapem w dziejach polskiego malarstwa krajobrazowego... "

Echa tej wystawy dotarły również na Opolszczyznę i do Wróblina:

„Redakcja pisma niedzielnego na Opolszczyznę „Katolik" przysłała mi numer, w którym omówiona jest moja wystawa. Recenzent porównuje mnie z Chopinem. Nieźle. „Katolik" jest tradycyjnym tytułem pism na Górnym Śląsku. Ojciec abonował „Katolika". Politykę na Śląsku można było uprawiać tylko pod pokrywą wiary". Cybis ma satysfakcję, że wystawa sprawiła radość rodzinie we Wróblinie. „Naprawdę szczerze z mojego sukcesu ucieszono się we Wróblinie. Mnie także najgłębiej raduje to, że sprawiłem im trochę przyjemności. W tej chwili są dumni ze mnie..."

Cybis jest jednym z nielicznych malarzy, który w 1956 r. otrzymuje w Paryżu narodową nagrodę plastyczną (1000 dolarów) amerykańskiej Fundacji im. S. Guggenheima za obraz „Kobieta przy stole". Opinia jego o wernisażu, na którym eksponowano wyróżnione wtedy prace elity światowej, była dość sceptyczna: ,Mam wrażenie, że znalazłem się tam fuksem. Nagrodę główna otrzymał Anglik. Czy lepszy od innych, nie wiem. Moje obrazy małe, o technice wystawowo żadnej. Ani jednego z płócien wystawionych nie zabrałbym ze sobą w zamian za swoje. Inni z wystawiających też nie zachcieliby się zamienić ze mną. Trochę wrażenia, jak gdyby któraś z moich sióstr w Wróblinie, które są cudowne kobiety, chciała zrobić wrażenie w Paryżu - na rewii mód. Jeden wniosek, ludzie tu lepiej pracują „ na wystawę". Wszystko jest wielkie, brutalne, agresywne, wystawowo celowe. Na całej wystawie byłem jedynym „nie abstrakcyjnym", więc tylko dziwakiem. Bierz swoje pieniądze i idź do domu. Innego stanowiska ta sprawa nie jest warta. Wniosek praktyczny, trzeba zdobyć w Warszawie wreszcie pracownię i malować płótna większe. Semaforów nie będę chyba nigdy malował, ale trzeba malować płótna przynajmniej o wielkości zauważalnej. Jeżeli na tej wystawie jest czterech czy pięciu malarzy, jestem wśród nich. Inna rzecz, że ich nie zauważyłem, tak jak mnie z pewnością nikt nie zauważy. Szkoda, że wystąpiłem w imprezie obcej, w zespole abstrakcyjnym, z płótnami wielkości znaczków pocztowych wobec płócien wielkich jak wrota; że zmarnowana została okazja pokazania się jako malarza, którym w końcu jestem. Tu byli tylko wystawcy. Przed płótnami tak niepozornymi nikt się nawet nie zatrzyma. Przyjechałem z nadziejami własnymi i wmówionymi mi, a zobaczyłem, że jestem poza nurtem. " Mimo doznanego rozczarowania stwierdza: „Czy nie jestem najszczęśliwszym człowiekiem, gdy maluję tak, jak maluję? Czy może się człowiek zmienić? " Dobry nastrój towarzyszy mu już na przyjęciu wydanym z okazji tego wernisażu, co potwierdzają jego słowa: „...nieźle się bawiłem. Panowie we frakach, damy gołe po dupę (od góry oczywiście).'Ja nawet zapomniałem zdjąć sweter, poszedłem tak, jak chodzę cały dzień. Czułem się znakomicie i bez żadnej tremy. Żarcie mi smakowało, picie również. Porobiłem znajomości, spotkałem już nowych znajomych, wymieniłem adresy itd. Mówiło czterech czy pięciu facetów, wszyscy się wzajemnie bardzo chwalili. Ani jeden nie podniósł kieliszka na cześć artystów czy sztuki. Żaden z artystów się też o to nie upominał, wszyscy czekali na dolary, ja również... "

Nagrodzone prace wystawiane są w muzeach Paryża i Nowego Jorku. Od tego czasu w ciągu następnych lat obrazy Cybisa torowały sobie miejsce na wszystkich większych wystawach sztuki polskiej za granicą. Oglądane były m.in. w New Delhi, Kalkucie, Madrasie, Bombaju, Moskwie, Sao Paulo, Sztokholmie, Amsterdamie, Genewie, Paryżu, Nancy, Buenos Aires, Londynie, Coventry, Edynburgu, Manchesterze, Essen, Stuttgarcie, Belgradzie, Skopje, Zagrzebiu, Bukareszcie, Wiedniu, Chicago, Waszyngtonie, Oslo, Kopenhadze.

W 1957 r. Cybis powraca na swoją macierzystą katedrę malarstwa w warszawskiej ASP, otrzymuje również upragnioną pracownię malarską z mieszkaniem przy ul. Karowej oraz zostaje wybrany prezesem ZG ZPAP. W tym roku - jako przedstawiciel kultury polskiej, odbywa podróże do Chin, Mongolii i Korei (KRL-D).

Na uwagę zasługuje jego indywidualna wystawa zorganizowana w 1965 r. w Muzeum Narodowym w Warszawie, na którą złożyło się 91 obrazów olejnych, 48 akwarel i gwaszy. Cieszyła się dużym powodzeniem oraz pochlebnymi recenzjami. W opinii J. Czapskiego była ona „koroną sukcesu jego życia". Po jej otwarciu Cybis zanotował:

„Pomału przytomnieję i rekonstruuję sobie w wyobraźni przebieg wczorajszej uroczystości. Lecz trudno mi to wszystko uporządkować. Znalazłem się w czymś, co i pozostawiło szum w uszach i zamęt w głowie, jakby przesunęła się po mnie lawina. Zdumienie, że się stoi nadał na nogach i patrzy na to spokojnie i trzeźwo. Przyszły tłumy. To co zobaczyłem, było zaskoczeniem, przeszło moje oczekiwanie. Garderoba nie pomieściła płaszczy, zwalono je na sterty. Takie tłumy widuje się u nas tylko na pogrzebach lub pchające się po cytryny. Po co pchali się tu, kto to był? Trochę dla mnie zagadka. Wyglądało wręcz na jakąś demonstrację. Był Krasko, był Zenon Kliszko. Byli dawni ministrowie kultury i sztuki Kuryluk. i Gliński. Była dyplomacja zagraniczna, ambasadorowie z żonami i sztabem. Było nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Byli literaci z Iwaszkiewiczem, Ważykiem (który piał nad moimi płótnami z lat 1956 do 1964). Byli aktorzy, muzycy, filmowcy, architekci. Tłumy plastyków wszelkiego autoramentu. Tłumy moich studentów. Tłumy pań. Lorentz był w swoim żywiole i trudno o lepszego gospodarza. Przemawiał, oprowadzał, był wszędzie... powiedział wszystko, co można było powiedzieć chlubnego przy tej okazji, wyczerpał wszystkie pochwały. Przedstawił mnie jako leadera wielkiego ruchu artystycznego w Polsce, ruchu, który przeszedł do historii, jako wychowawcę dwóch generacji malarskich, jako artystę rangi światowej i przedstawiciela polskości prze dwa dwudziestolecia, a nawet jako bohatera, który przyczynił się w czasie okupacji do uratowania Muzeum Narodowego, w którego murach obecnie wystawia. To chyba mogło każdemu wystarczyć. Koledzy również chwalili w Muzeum i przy wódce, było to coś sympatycznego z ich strony, tak, że pozwalam im (z góry) mówić później dla równowagi trochę inaczej ".

 Otrzymał również z tej okazji list z Wróblina (23.03.1965 r.), który sprawił mu wielką radość: „największą radość, jaką mi przyniosła wystawa" - zanotował. Oto jego treść: „Wielki Janie, Bracie i Szwagrze! Obserwowaliśmy w telewizji Twoje wielkie dzieło w Muzeum Narodowym i czytaliśmy, co napisali o tym: Dominik Horodyński i Józef Prutkowski, tośmy byli dumni z Twojego wielkiego sukcesu. Składamy Ci, drogi bracie i szwagrze, najserdeczniejsze gratulacje i spodziewamy się, że w tym wypadku (będzie) jakaś większa nagroda, która pozwoli na zakup i utrzymanie tego wspaniałego samochodu. Cała wioski, jak Wróblin i Naczęsławice, oglądały w telewizji wystawę swojego rodaka i tylko mowa była o Cybisie z Wróblina. Ściskamy i całujemy Was — Agnieszka i Paweł

W lipcu 1966 r. na zaproszenie władz wojewódzkich Cybis (wraz z żoną) gości w Głuchołazach - hotel „Leśny", zwiedzając miasteczka i wsie Opolszczyzny. Powstają akwarele, szkice, gwasze z motywami pejzażowymi.

W 1968 r. Cybis żegna się z Akademią i przechodzi na emeryturę. Przez ostatnie lata życia maluje bez przerwy, często od świtu do późnej nocy. Umiera nagle 13. grudnia 1972 r. w swoim mieszkaniu w Warszawie - pochowany na Powązkach.

Jan Cybis stworzył wiele dzieł, liczą one tysiące rysunków, akwarel i obrazów olejnych, które zapewniły mu poczesne miejsce w naszej kulturze. Pod względem chronologicznym artystyczny dorobek Cybisa przedstawia się następująco:

-   Z okresu krakowskiego (1921-1924) pozostało bardzo mało prac, kilka rysunków i w zasadzie żaden obraz, chociaż niedawno stwierdzono, że dwa obrazy Cybisa będące w posiadaniu jednego z mieszkańców Głogówka pochodzą z tego okresu, co jest pewną artystyczną rewelacją.

-   Z okresu paryskiego (1923-1934) oprócz kilkunastu prac olejnych prawie nie zachowało się nic. Historia utraty tego dorobku jest dość prozaiczna; Cybis w 1931 r. na określony czas przyjechał do Polski, by uzgodnić z Jaremą współpracę przy realizacji plafonu na Wawelu. Wyjeżdżając pozwolił zamieszkać w swej paryskiej pracowni przyjacielowi Nachta, niemieckiemu uchodźcy politycznemu. Ten po pewnym czasie opuścił pracownię nie zapłaciwszy czynszu i przepadł. Właściciel kamienicy, chcący sobie wyrównać choć częściowo straty, sprzedał, co się dało, a resztę wyrzucił. Tak przepadł prawie cały Cybisowy dorobek, to, co namalował i co, mimo ubóstwa, zgromadził przez te lata.

-   Z twórczości międzywojennej - z okresu poparyskiego zachowało się sporo rysunków i obrazów, które prezentują już artystę w pełni dojrzałego.

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych powstała wielka jednorodna seria obrazów z kwiatami - temat kwiatów przewija się również przez pozostałą jego twórczość. Mimo iż daleko im do botanicznej wierności, są jednak na ogół rozpoznawalne.

-   Portretów malował mało - przypuszcza się, że wynikało to z niechęci i może strachu, aby nie popaść w niewolę wierności wizerunku osoby portretowanej, czyli pewnej dosłowności. Poza tym, epoka wielkiego portretu dawno minęła. Portrety, które zostały wykonane, są podobne, ukazują prawdziwie malowane osoby.

-   Stosunkowo dużo namalował aktów. Najczęściej malował jednak pejzaże oraz martwe natury. W nich uwidaczniało się wszystko to, co w nim tkwiło; rozterki i pewność, rozpacz i duma, a przede wszystkim siła i upór. W martwych naturach poza przedmiotami miał ulubione motywy zwierzęce (zające, bażanty, kury, indyki). Ponieważ farby wodne i papier są proste w użyciu, lekkie i niekłopotliwe przy noszeniu, Cybis chętnie się nimi posługiwał w wypadach w plener.

-   Szczególne miejsce, zwłaszcza w ostatnich latach, zajmuje tematyka morska - plaże z koszami dla plażowiczów, łódki, nadbrzeża, mola, ubogie zabudowania. T. Dominik - uczeń Cybisa, stwierdza, iż „ten śląski chłop malował morze z taką naturalnością jakby się tam narodził".

Cybis nigdy nie układał pięknych kolorów. Budował swoje obrazy z farby i obojętne mu było, czy użyte kolory są same w sobie ładne. Brał te, które miał pod ręką, traktując wszystkie tylko jako budulec ani ładny, ani brzydki. Mawiał: "nie ma kolorów ładnych, czy brzydkich, są tylko trafnie użyte lub nie". Większość obrazów Cybisa nosi ślady męczącej rozgrywki między artystą a jego powstającym dziełem. Szło mu czasem jak z kamienia. Żalił się: „harówka cały dzień (notabene niedziela) i całą noc do świtu (przy tym zabrakło mi papierosów) nad jednym z płócien, jedna z tych eskapad nieprzytomnych, gdzie płótno przemienia się od góry do dołu, gdzie na planie nie ma już nic prócz mazi. W tej chwili jest mokre i oślizgłe jak śledź. Gdy wyschnie mam nadzieję, że finalizuję, bo uzyskało jakby gamę i rysują się w pełnej możliwości. I dalej: ulga, kiedy płótno odpada od człowieka jak jabłko z drzewa. Zrobione lepiej czy gorzej, robaczywe, czy nie. Natychmiast przemija uczucie, że się jest kretynem, przychodzą myśli o malowaniu rzeczy nowych.

U nas - powiada Cybis - artysta czeka na natchnienie, starzy mistrzowie, a nawet ci we Francji, świeżej daty których znalem pracowali systematycznie jak w urzędzie, Jak się tak pracuje natchnienie jest niepotrzebne. "

Ostatnie lata pracował po kilkanaście godzin na dobę. Najchętniej w ogóle nie opuszczałby pracowni. Wstawał skoro świt (pisał, że często budzą go szpaki) i zaczynał pracę. Wieczorem miewał gości, z którymi lubił pogawędzić. Obrazy pokazywał niechętnie, niewielkiej liczbie osób spośród najbliższych. Dużo obrazów zaginęło pod wieloma pokładami nowych warstw, niektóre z nich malował latami, dlatego były ciężkie, gruzłowate. Zdaniem Czapskiego proces poszukiwania jest dla niego „zawsze ważniejszy od rezultatu.... obraz dla niego nigdy nie był skończony ".

Cybis dał się poznać jako znakomity pedagog i przyjaciel młodzieży. Przekazał wielu rocznikom swój poważny stosunek do sztuki i moralne wymagania wobec powołania artysty. T. Dominik wspomina: „Poświęcał na studentom wiele czasu i cierpliwość, poza normalnymi indywidualnymi korektami rozmawiał z nami często o sztuce ... stale przejawiał się motyw bezinteresownego stosunku artysty do sztuki. Zwykł był mawiać: jeżeli ktoś z was liczy na to, że na malowaniu obrazów zrobi zloty interes, niech od razu zrezygnuje i weźmie się za inną pracę". Dodawał: - Oczywiście może się tak zdarzyć, ale nie należy z tym wiązać nadziei." Od swych studentów nigdy nie żądał, by go naśladowali, przeciwnie - rozwijał u nich samodzielność widzenia, budził umiejętność poszukiwania własnego wyrazu. Mówił do nich: „Nie wolno się poddawać, nie bój się zepsuć, nie rezygnuj. Zostawisz rzecz nie rozstrzygniętą - niczego się nie nauczysz ".

Był człowiekiem tolerancyjnym. Gdy został prezesem ZG ZPAP (1957 r.) i gdy przez pewien czas głos jego ważył w polityce kulturalnej kraju, stanął w obronie nawet tych, którzy go osobiście atakowali. Gdy czynniki oficjalne zaczęły występować przeciwko abstrakcji, Cybis w jednym z wywiadów oświadczył: „Wszystkie kierunki winny mieć prawo rozwoju, a więc i abstrakcyjne malarstwo. Ogarnia ono coraz większe kręgi ludzi, zyskuje coraz więcej zwolenników i porywa nieprzeparcie młodzież, staje się dla niej potrzebą - nie modą jak to niektórzy sądzą". Dla Cybisa: „podział na wystawie nie przebiega pomiędzy abstrakcjonistami i nie abstrakcjonistami, albo między młodymi i starymi, podział w sztuce jest zawsze jakościowy. Cenię przede wszystkim fakty, daleko mniej teorie".

O abstrakcjonistach wyrażał m.in. następujący pogląd: „ - To chyba najgłupsi wśród plastyków. Z przykrością czytam ich wywody śmiertelnie poważne, pełne wyższości... Nie znają się na niczym, są niewrażliwi. Przy tym ile się nacierpią za swoje przekonania, istni męczennicy, tacy co to cale życie stoją na jednej nodze. Druga tymczasem usycha. To już lepiej raczkować...".

Poprzez sztukę Cybis pokazuje nam własną wizję artystyczną, nie cudze przeżycia, jego sztuka wyraża autentyczny, osobisty stosunek do świata, jest sztuką oryginalną. Od początku do końca ma w sobie cechy stałe, jest w pewnym sensie jednolita, choć ulega tak poważnym przemianom w ciągu lat. Swój wpływ na środowisko artystyczne zawdzięcza Cybis w dużej mierze swej nigdy nie zachwianej postawie moralnej.

Związki i kontakty z ziemią rodzinną, Śląskiem, Wróblinem

Los sprawił, że już w jedenastym roku życia Cybis opuszcza dom rodzinny, kiedy to ojciec podejmuje decyzję o posłaniu syna do gimnazjum w Głogowie, gdzie już wcześniej rozpoczął naukę najstarszy z braci Alois (nazwany Benno). Miejscowy proboszcz Hugo Hanke udziela mu lekcji łaciny, by mógł zdać egzamin do drugiej klasy gimnazjum. Dalej wyrusza w świat, by się kształcić; studia we Wrocławiu, Krakowie, Paryżu. Po powrocie do kraju w latach 1931-1939 intensywna praca artystyczna w Krakowie. Lata tułaczki drugiej wojny światowej spędza najpierw na Podolu - Krzemieniec, Sapanów, następnie przedostaje się do Warszawy, przebywając w między czasie w Pruszkowie i Milanówku. Był to trudny okres w życiu Cybisa, który nie sprzyjał, czy wręcz uniemożliwiał kontakt z rodziną, za którą tęsknił. Nie obojętny mu był krytyczny stosunek ojca do podjętej młodzieńczej decyzji, że będzie malarzem. Artystyczny wybór nigdy przez ojca nie był akceptowany, bo w ówczesnym wiejskim środowisku, z którego wyrósł Cybis, nie poważano artystów. Dawniej twórcy ludowi - bajarze, śpiewacy, rzeźbiarze, malarze świątkowi, uchodzili za nawiedzonych i gorszyli poważnych gospodarzy. U nas na Śląsku zawsze ceniono chłopską twardość, obowiązkowość, dyscyplinę i pracowitość ludzi. Deklaracja Cybisa, że zostanie malarzem, była dla ojca i rodziny, katastrofą - wstydem. Z pewnością zapewnienia Cybisa pisane do ojca w okresie paryskim w 1928 r. „Jak Bóg da, to talentu, jaki od Niego mam nie zmarnują, a dojdę do tego, do czego dążę" (cytat z listu znalezionego przeze mnie w 1994 r.) nie przekonały go do końca (zmarł 22.02.1930 r.) o słuszności jego wyboru. Dlatego też Cybis zawsze sam sobie musiał udowadniać, że malarstwo, jego malarstwo jest poważną sprawą. Stąd jego upartość, bronienie się przed modą, nie zabieganie „o podobanie się".

Kiedy po dwudziestu dwóch latach rozłąki od 1946 r. Cybis zaczął odwiedzać rodzinę we Wróblinie, kiedy jego pozycja artystyczna już się gruntowała i zaczął zbierać honory, nie przyznawał się, że jest malarzem. Zdawał sobie sprawę z tego, co dla tych, spracowanych ludzi znaczy artysta - malarz. Za bardzo cenił i szanował panującą tu twardą walkę o byt - pracę na polu, której oddawali się wszyscy wokoło, by w czasie pobytu we Wróblinie zdobyć się na rozstawienie sztalugi -nigdy tego nie uczynił, nikt nie widział go malującego. Potwierdził to w 1966 r., kiedy na zaproszenie ówczesnego Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich Cybis wyraził gotowość przyjazdu na miesiąc na Opolszczyznę: „prosił szelmowsko, aby go na Boga nie lokowano przypadkiem w Głogówku - a właśnie myślano o TRZZ-owskiej zabytkowej Oberży na Pasterniku - zwierzał się Ryszard Hajduk. A nuż rozstawię na ryneczku sztalugi, a tu wyrośnie nagle za moimi plecami zabłąkana jakaś ujma czy rozweselony ujek z Wróblina lub Naczęsławic, przystaną, popatrzą i pokiwają z politowaniem głową - Myśleliśmy zawsze, że to profesor a to tylko malarz -dowodził z przymrużeniem oka Cybis".

Uhonorowano życzenie profesora - zamieszkał (wraz z żoną Heleną z Zarębów Cybisową) w hotelu „Leśnym" w Głuchołazach. W czasie tego pobytu codziennie robili wypady w teren (m.in. artysta po raz pierwszy zobaczył na Górze św. Anny Pomnik Czynu Powstańczego dłuta X. Dunikowskiego, zachwycając się dziełem kolegi. Nareszcie, po długich latach (nie licząc krótkich odwiedzin w ojcowski domu) dana mu była możliwość skonfrontowania wyobrażeń pozostałych w dziecinnej pamięci z obrazem żywym. Podczas tego pobytu artysta wykonał szereg szkiców i rysunków, powstał również cykl akwarel i gwaszy z Głuchołaz. Mała ciekawostka związana z owym pobytem Cybisa w naszej okolicy: z pewnością sztalugi, jak sam zapewniał, na rynku nie rozstawił, ale okazuje się, że uczynił to w parku miejskim na alei biegnącej u podnóża zamku malując jego narożną basztę. Jest to ciekawy szczegół z życia artysty (nigdzie nie wzmiankowany), niedawno usłyszany od żyjącej głogówczanki, która właśnie w 1966 r. spotkała go przy pracy. Do spacerującej z wózkiem matki powiedział: „ale fajny bobasek". Wróblin właściwie niewiele o Cybisie wtedy wiedział, on jednak zawsze myślał o nim częściej niż o innych miejscach na Ziemi: „nawet w moich paryskich pracach jest gdzieś przecież to dziedzictwo polskie i śląskie " - zanotował. Tu do Wróblina, choć na krótko, bardzo chętnie przyjeżdżał i wypoczywał. Ślady jego pobytu odnajdujemy w „Dziennikach" z 1960 r.: „zbliżając się do wsi, bo szliśmy z Głogówka pieszo, nie słuchałem chłopców, którzy mówili: "„Klękaj, tato, Wróblin", byłem jednak wzruszony. Było mi bardzo dobrze we Wróblinie, ale wróciłem niemal chory lirycznie od oddawania się wspomnieniom... nie jestem w stanie zanotować na gorąco jakiejkolwiek impresji wróblińskiej, tak wypada to zawsze obrzydliwie, sentymentalnie... "

Przyjeżdżał tu m.in. w trudnych politycznie (nie tylko dla niego) latach 50., kiedy został zwolniony z ASP i przeniesiony do Muzeum Narodowego, za to iż, nie uległ narzuconemu i obcemu wtedy w sztuce realizmowi socjalistycznemu (okres stalinizmu). Tu u sióstr (lato 1953 r.) regenerował swoje siły duchowe i fizyczne - kiedy przeżywał biedę i izolację artystyczną, (gdy zakazano kupowania jego obrazów w muzeach i „Desie") oraz wycofał się z udziału w wystawach. „Było to zatrudnienie czysto fikcyjne... nie chodził do muzeum nawet po pieniądze... Popadliśmy w takie tarapaty finansowe, że nasza 4-osobowa rodzina dosłownie głodowała" - wspomina żona Helena Zaremba-Cybisowa.

Swoją nostalgię do Wróblina wyraził m.in. także w liście (z 22.05.1963 r.) do sióstr: „Serdecznie was pozdrawiam moje drogie dziołchy. Tak samo Kórglów. Życie tak się układa, że nie wiem kiedy z Wami się zobaczę. Marzę, ich träume, już od lat by wpaść do Wróblina na wiosnę. Pamiętam jako najpiękniejszy czas, okres kiedy pokazuje się pierwsza pokrzywa aż mniej więcej do pierwszego koszenia łąk. No ale nie ma wtedy nigdy wolnego czasu. W tym roku także go nie ma. Przypuszczalnie zobaczymy się dopiero w jesieni. Całuję Jan. (List po raz pierwszy publikowany, a znajduje się w zbiorach Muzeum Regionalnego w Głogówku).

Pamięć o swojej ziemi potwierdzał nie tylko w pamiętnikach, listach czy swoją fizyczną obecnością, ale wyrażał i utrwalał ją również w twórczości malarskiej. Ziemia rodzinna, piękno jej krajobrazu, szarość architektury urzekającą prostotą, wszystko to wielokrotnie znajduje oblicze w twórczości Jana Cybisa, a cechy wyniesione z domu rodzinnego, jak ład i porządek, również znajdują swoje potwierdzenie w komponowaniu obrazów malowanych w ciągu całego życia. Wszystko musiało być najpierw dokładnie przemyślane, zanim stało się gotowym dziełem sztuki. Potwierdza to również w jednym z fragmentów „Dzienników": „Pierwsze pojęcie o zorganizowanej przestrzeni zakiełkowało w mojej głowie, gdy jako onieśmielony chłopiec przemierzałem obszerne podwórze siodłacze, otoczone zabudowaniami mieszkalnymi, stajniami, oborami, kolniami, wozowniami, a kończące się na olbrzymiej stodole o dwóch gumnach... Czas zajęć regulował dzwon rozbrzmiewający z wieży kościoła trzy razy na dzień...".

Oprócz serii prac powstałych w autentycznym krajobrazie rodzinnym: rysunki, szkice, akwarele i gwasze z Wróblina (z 1953 r.) i Głuchołaz (z 1966 r.), w warszawskiej pracowni powstały obrazy olejne o tytułach świadczących o miejscu, w którym się urodził. Są to: „Martwa natura z butelką i kuflem śląskim" (1953), „Kwiaty z ogródka siostry" (1959), „Ślązaczka" (1960), „Motyw pejzażowy Wróblina" (1960-70), „Martwa natura z garnkiem ludowym i filiżanką - kuchnia Walpurgi" (1971-72). W pracach olejnych odnajdujemy i akcenty głogóweckie: „Brama w Głogówku" (1959-60), „Ulica w Głogówku" (1970). Wyszczególnione obrazy można było oglądać na zamku w istniejącym u nas w latach 1976-1993 Muzeum Jana Cybisa, Oddział MŚO w Opolu, którego byłem kierownikiem.

Przez długi okres czasu Cybis nie istniał w naszej świadomości. Przypominam sobie, jak na jednym ze spotkań w „Oberży" w latach sześćdziesiątych padło nazwisko malarza -przeszło ono jednak bez większego zainteresowania, gdyż Cybis był wówczas prawie nieznanym w naszym środowisku: „Z Wróblina w Warszawie? Wybitny artysta malarz? To z pewnością pomyłka, łub przesada" - słyszano z sali.

Swój pobyt w Głogówku został również odnotowany w „Dziennikach" w 1965 r.: „W Głogówku przed zamkiem Oppersdorffów zobaczyłem kamień z napisem że w roku 1806 Beethoven, po ukończeniu IV symfonii zaczął tam swoją symfonią V. Ponieważ Jacek ma ją na płycie, słuchaliśmy jej zaraz po powrocie do Warszawy. Nie spodziewałem się, że Beethoven skojarzy mi się kiedykolwiek z moimi stronami rodzinnymi. Głogówek jest starym ładnym miasteczkiem, pomimo zniszczeń wojennych, które obecnie chwała Bogu, zaczynają naprawiać ".

Cybisa w Warszawie w latach pięćdziesiątych odkrywa nie kto inny jak ... Rafał Urban, co optymistycznie odnotował Cybis: „Poznałem, ponieważ mnie odwiedził, pana Urbana z Głogówka. Ucieszyłem się z tej wizyty i sądzę, że znajomość będzie kontynuowana... prezes Związku Literatów Okręgu Opolskiego z zawodu ogrodnik obieżyświat, ale przede wszystkim miłośnik i znawca regionalnych spraw śląskich... Dzięki niemu poznałem, choć może późno moje rodzinne strony... Już dzisiaj dowiedziałem się czegoś o moim nazwisku... Przybyło ze stron ruskich dzięki jakiejś akcji osiedleniowej... Wzruszającą jest rzeczą pomyśleć, że jakiś Anastazy Cyryl czy Metody, mój pradziad z pewnością młody, przebył tę ogromną na owe czasy drogę spod Kijowa, Lwowa, czy Brodów na nieznany Śląsk..." (1956). Kolejne jego odwiedziny zapisuję mniej optymistycznie chociaż z poczuciem humoru: „Mój krajan Urban... bardzo mnie dzisiaj zmęczył. Chociażby najmilsza rozmowa z regionalistą nie może trwać za długo (1957)". W 1961 r. Cybisa po raz kolejny odwiedza w Warszawie Urban, tym razem z rodziną (ze studiującą wtedy tam córką Zuzanną i zięciem). Miał być bardzo zadowolony z tego, że odwiedzili go Ślązacy, którzy się kształcą. W 1963 r. Cybis zanotował: „Mój krajan Rafał Urban z Winiar. Zabawiał mnie. 100 dni odpustu (1963 r.) ".

Urban był ponoć pierwszym, który miał nawiązać kontakt między artystą a muzeum w Opolu w sprawie zakupu jego obrazów. Według zwierzeń syna Urbana - Karola Piotra, Cybis też gościł w ich domu na Winiarach. Cybis zawsze pamiętał, że jest synem naszej śląskiej ziemi, kochał ją i z wiekiem ta miłość do rodzinnych stron czy wręcz tęsknota do nich przybierała na sile. Piękne ślady tego przywiązania znajdujemy właśnie w przywoływanych tu „Dziennikach" cytowanych we fragmentach. Obszerne i bardzo ciekawe impresje wróblińskie Jana Cybisa, oparte na jego „Dziennikach", ukażą się niebawem w oddzielnym wydawnictwie.

Przypisy:

*) Poussin [pusę] Nicolas (ok. 1593-1665) - malarz francuski, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli nurtu klasycyzującego w sztuce baroku.

 

Byłeś jednym z nas

I Ty
byłeś Jankiem z Wróblina
biegnącym po wsi
na bosaka
w portkach
sięgających do pół łydek
 
I Ty
chodziłeś wyboistą
i stromą drogą polną
której towarzyszyły
wiekowe, grube topole,
ich Uście
zgrabne, lśniące
zwiewnie tańczące na wietrze,
jak gdyby chciały rozweselić
długi i monotonny żywot,
pnia staruszka
I Ty patrzyłeś
na spracowane ręce Matki,
która znakiem krzyża
błogosławiła chleb
i z szacunkiem podnosiła
najdrobniejszy okruszek.
Obraz ten
w Paryżu Ci się śnił,
kiedy głodny
bruzdami farb
orałeś swoje dzieło
tak ciężko i mozolnie
jak orał ojciec Twój
świętą ziemię śląską.

Małgorzata Żewicka z domu Cibis

(Wiersz zamieszczono w numerze czerwcowym z 1997 r. czasopisma „Życie Głogówka")

Referat wygłoszony na IV Śląskim Sympozjum Krajoznawców w 1984 r., następnie poszerzony i wydrukowany w odcinkach w "Życiu Głogówka" od lutego 1997 do 1998 r. Publikacja w serwisie Głogówek Online za zgodą autora.

Zmieniony: Sobota, 29 Listopad 2008 22:04