Głogówek Online
 
25 | 07 | 2017
Głogówek w czasach PRL-u Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Barbara Przybylska   
Piątek, 30 Listopad 2012 15:15

 

Znam wiele takich osób, które z nostalgią wracają myślą do czasów PRL-u, mówiąc „Komuno wróć!” Rodzi to natychmiastowe reakcje – zwariowałeś? Do długich kolejek w sklepach? Kartek na mięso, cukier, papierosy? Pustych haków w masarniach?

Należałoby sobie jednak uświadomić, że przed wielkim kryzysem przełomu lat 70 i 80 też istniało jakieś życie w naszym mieście. Malkontenci od razu się odezwą: korupcja, łapówkarstwo, cenzura, donosy, czyny społeczne… i będą mieli rację! Jednakże nauka udowodniła, że ludzie mają wyjątkową zdolność adaptacji do rzeczywistości, w której przyszło im żyć. Tak zawsze było w czasach wojen, okupacji, kryzysów gospodarczych – ludzie mimo czasem bardzo trudnych warunków życia, przetrwali, mało tego, zawsze szukali ich pozytywnych aspektów!

Rynek w Głogówku, zdj. J. Kłuskiewicz Dom Kultury w Głogówku, zdj. J. Kłuskiewicz Ul. Mickiewicza, zdj. J. Kłuskiewicz

Czy życie w czasie komuny w Głogówku miało tylko złe strony? Do czego wracają myślami z rozrzewnieniem ci, którzy widzą tę „pełną połowę szklanki”? Proponuję małą sentymentalną podróż do czasów PRL-u…

Nigdzie nie było tak dobrych lodów truskawkowych, jak w cukierni na Rynku prowadzonej przez pana Siekierę (obecnie masarnia Cybis). Obok był plac (Bank Spółdzielczy), na którym postawiono dużą pomarańczową wiatę, a pod nią cudownie konsumowało się latem cytrynową albo czekoladową piankę z gałką lodów i bitej śmietany. Naprzeciwko przystanku autobusowego na ul. Piotra Skargi (dworzec autobusowy zbudowano w latach 80-tych) stała budka z lodami pana Brylińskiego, do której co niedzielę po Mszy w kościele rodziny ustawiały się w kolejce po ten słodki rarytas.

Ludzie w tamtych czasach (mam takie osobiste przeświadczenie) byli bardziej otwarci, skorzy do zabawy, częściej wychodzili z domów szukając wzajemnego towarzystwa. Panowie spotykali się w knajpach - całe Winiary chodziły na piwo do Pita (ul. Powstańców), Oracze - na flaczki i polską surową do Gucwelda albo do „mordowni”- „Piastowska”, a centrum miasta – na golonkę i grzane piwo do Robociny, lub na coś mocniejszego do „Zamkowej”. Młodzi randkowali w kawiarni „Basztowa” i „Pod herbem”, a panie odwiedzały się wzajemnie w domach - „chodziły na kawę”, grały w karty, szyły, szydełkowały, robiły weki, wymieniały się przepisami… Okazją do spotkań w gronie rodziny i przyjaciół były urodziny, imieniny, rocznice – a Polacy słynęli z gościnności nie bacząc na pieniądze. To z tamtych czasów wywodzi się popularne powiedzenie „zastaw się a postaw się!”

„Pierwsze Maje”? Owszem trzeba było pójść rano na pochód – przedefilować przed trybuną ustawioną na placu Wolności w towarzystwie swoich kolegów i koleżanek z pracy, ale potem – pamiętne „Majówki” w parku, gdzie tańczyło się przy orkiestrze na wolnym powietrzu - prawie do samego rana. Każdy uczestnik pochodu otrzymywał talon na parówkę i piwo, a dalej już – co kto lubił…Opowieści co, kto i z kim starczało na najbliższy miesiąc…

Na dansingach organizowanych w słynnej w całej okolicy kawiarni „Agawa”, co tydzień bawiło się mnóstwo ludzi. Trudno było czasem dostać się do środka, bo przyjeżdżała tutaj „elita” z okolic Opola a nawet Wrocławia. W pięknych, przypominających szklarnię wnętrzach ustawiono ogromne tropikalne rośliny – palmy, fikusy, agawy. Na środku holu, gdzie było miejsce do tańca stała wielka fontanna – ileż to razy była świadkiem wspaniałych Sylwestrów, balów karnawałowych, Andrzejek, Śledzików, ale w opowieściach ludzi pozostała jako ochłoda, gdzie często lądowali zbyt zapalczywi tancerze…

Lokal ten nie mógł pomieścić wszystkich chętnych do zabawy, więc Gminna Spółdzielnia wybudowała przy ul Mickiewicza restaurację „Głogowiankę”, gdzie bawiła się reszta mieszkańców, którzy nie „załapali się” na Agawę.

W telewizji oglądało się wówczas czeski serial „Kobieta za ladą”, a w Głogówku też mieliśmy jej odpowiedniczki – pani Wistuba ze spożywczego na „Złotym rogu”, gdzie zawsze pięknie pachniało kawą, bo na życzenie klientów, kawę świeżo mielono w specjalnym młynku, i gdzie można było dostać najlepsze słodycze – pamiętam cukierki w kształcie ziarenek kawy wypełnione likierem, tofiki albo „mordoklejki” z makiem. Zaraz obok, przy ul. Mickiewicza był wielki niezabudowany plac (obecnie bloki mieszkalne Spółdzielni), na którym chłopcy urządzili sobie boisko i gdzie często rozgrywali mecze piłki nożnej (pamiętajmy, że były to czasy sukcesów Orłów Górskiego!) Blisko chodnika stała budka z warzywami i owocami, w której sprzedawały dwie siostry Kozubkowe, a zaopatrzenie było imponujące – prawie wszystkie warzywa i owoce ekologiczne z ogrodu i pola pana Czaji.

Nieco później powstały na Rynku Delikatesy (obecnie sklep z art., chemicznymi) – pierwszy sklep spożywczy samoobsługowy, gdzie królowały nieodmiennie: pani Strzała i pani Stolarewska. To tam można było zakupić po raz pierwszy w Głogówku amerykańską Coca-colę w szklanych butelkach oraz czekoladowe lody „Bambino” na patyku. Zgodnie z modnym wówczas hasłem o „sprawiedliwości społecznej”, niedługo potem na Oraczach wyrósł podobny sklep „Anatol” a na Winiarach – „Danusia”.

Plac Wolności, zdj. J. Kłuskiewicz Rynek 1961, zdj. J. Kłuskiewicz Dożynki 1976, zdj. J. Kłuskiewicz

Na Rynku Pani Mucha prowadziła sklep odzieżowy, Pani Hoinka - galanterię męską, gdzie kupowało się garnitury i dodatki, a pani Knicz cierpliwie odmierzała centymetrem i odcinała klientom materiały i tekstylia. Artykuły chemiczne i „różne różności” kupowało się u pani Winkler w drogerii, pan Kopka miał sklep AGD, a pan Rudy prowadził sprzedaż i nabijanie syfonów. Był jeszcze Krasnoludek z zabawkami dla dzieci i księgarnia, w której pracowała pani Migus. W kiosku z gazetami (i nie tylko) na rogu Rynku i ul. Staszica, siedziała pani Wieczorek.

W centrum miasta pod ratuszem pan Świczewski jako pierwszy założył postój taksówek. Czekał tam zawsze swoją „Warszawą” na klientów.

Do czego współcześnie można by porównać sklep u Żyda prowadzony przez pana Zygmana na ul.Mickiewicza? Tam kupowało się wszystkie te towary, których nie można było kupić gdzie indziej (m.in. pierwsze w Głogówku grające pocztówki) – taki mini sklep kolonialny. Na tej ulicy Pan Mucha prowadził także swój Zakład Fryzjerski a pani Konczalowa – tekstylia.

W okazałej kamienicy na Rynku (róg z ul. Wodną) na parterze można było oglądać wystawę fotografii rodzinnych - wesel, roczków, komunii… Witryna Zakładu Fotograficznego pana Czunera zastępowała współczesne plotkarskie gazety - zawsze można było dowiedzieć się kto z kim się ożenił, kto miał sukienkę na komunię z „Rajchu”, a kto roczek obchodzi trochę za wcześnie po weselu…

Na Wodnej królował Zakład Zegarmistrzowski pana Pankali (drugi – brata, był na Zamkowej)oraz Szewski pana Kacana (jego żona pani Melita Kacanowa swojego czasu przyjmowała samego towarzysza Gierka!), a dalej na Piastowską chodziło się do fryzjera – państwa Laryszów. W pierwszym pomieszczeniu sam szef przy strzyżeniu zabawiał klientów, a w drugim kwitło życie towarzyskie przy „trwałych”.

Przy ul. Świerczewskiego (obecnie Pizzeria Angelo na Zamkowej) była Praktyczna Pani, kierowana ręką niezapomnianej pani Leonardy Zalewskiej. Większość głogóweckich dziewcząt przewinęła się przez jej królestwo, gdzie uczyły się gotować i ozdabiać potrawy, piec, szydełkować, haftować i wszystkiego, co dziewczynom mogło być potrzebne do prowadzenia własnego gospodarstwa domowego. Pani Zalewska organizowała także pokazy na wsiach, na których kobiety uczyły się m.in. jak komponować posiłki, aby zawierały wszystkie potrzebne składnik. Uczty kończące te pokazy zawsze ozdabiał czekoladowy jeż, mocno nasączony rumem…

Na Świerczewskiego (Zamkowa) był także sklep rybny, gdzie nieodmiennie ludzie chodzili kupować „śledzie i ryby” oraz masarnia z Zakładem Mięsnym na zapleczu, która zaopatrywana była w pierwszej świeżości wyroby, i gdzie z 1 kg mięsa nie powstawało 2 kg szynki! Do dziś jeszcze pozostał mi w pamięci smak mortadeli, śląskiej, parówek czy grubej kminkowej z tamtych czasów…

Przy ul. Zawadzkiego (Dworcowa) była Łaźnia Miejska na wzór rosyjskich Bani, gdzie mogli zażywać kąpieli mieszkańcy, którzy nie mieli w domu łazienek, albo mieli, a szukali towarzystwa do rozmowy. W latach siedemdziesiątych naprzeciwko wjazdu na ul. Kąpielową powstał Dom Mody, a nieco dalej, po drugiej stronie, zbudowano wielki Pawilon Meblowy (obecnie Biedronka), w którym kupowało się meble projektowane według modnego wówczas desingu lat 70.

Na rogu ul. 1.maja (3.maja) i Zawadzkiego (Dworcowa) był słynny Bar Mleczny – później nazwany Kefirkiem. Już od rana mnóstwo ludzi siedziało w dużej sali przy śniadaniu, gdzie można było wypić gorące mleko, kako czy kawę z mlekiem. Do świeżej bułki wybierano kulkę twarogu z cebulką, sałatkę jarzynową, śledzika w śmietanie albo „meduzę” – czyli galaretę z nóżek (wszystko domowej roboty). Jeżeli chciało się załapać na „ruskie” , należało być koniecznie przed 13.00, ponieważ później zostawały już tylko „leniwe”…. Wszystkie posiłki były bardzo smaczne i na każdą kieszeń. Można było spokojnie siedzieć przy stoliku i słuchać, kiedy przygotowane zostanie jego danie – zrazy raz… wątróbka raz…cynaderki raz… Wiele osób stołowało się wówczas w tym barze, a zakłady pracy dofinansowywały im obiady dla całej rodziny.

Bar Kefirek 1976, zdj. J Kłuskiewicz Nowoczesna Gospodyni 1976, zdj. J Kłuskiewicz

Za barem był Zakład Mleczarski (1.maja), kierowany przez pana Jagiełłę, z którego świeżutkie produkty można było kupić m.in. w zakładowym sklepiku obok Pasmanterii na ul. Mickiewicza. Mleko w dużych, wymienialnych (patrz ekologia) butelkach ze srebrnym kapslem, z którego na drugi dzień naturalnie tworzyło się zsiadłe mleko, śmietanka – z porannego udoju, maślanka, sery… Nawet jeszcze w późniejszych latach rodziny z Niemiec przyjeżdżające w odwiedziny, kupowały zawsze wielkie zapasy tych serów, bo były bardzo tanie.

Dużym plusem było to, że ludzie, którzy chcieli pracować – mieli zapewnioną pracę. W Głogówku w latach 70-tych przemysł zatrudniał 1200 osób – a było w czym wybierać: Roszarnia, Piast., Piekarnia, Mleczarnia, Rozlewnia, Masarnia, Młyny, Cegielnie, Rejonowe Przedsiębiorstwo Robót Budowlanych (z którego pracownicy mieli możliwość wyjeżdżania do pracy do Czech i NRD), Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”, Państwowy Ośrodek Hodowli Zarodowej, 4 Rolnicze Spółdzielnie. Rolnicy indywidualni pracowali na swoich gospodarstwach, których było w całej gminie ok. 2 000. Marnotrawstwo ziemi? Ludzie mogli z tego spokojnie utrzymać rodzinę a często wystarczało także na inwestycje.

Wszystkie dzieci pracowników zakładów miały co roku prawo do bezpłatnych kolonii, a pracownicy raz na dwa lata otrzymywali skierowanie na wczasy do ośrodków nad morzem lub w górach. W gminie funkcjonowało 20 przedszkoli, żłobek, szkoły podstawowe w każdej wsi, a w mieście dzieci miały do zabawy nowoczesny wówczas Ogródek Jordanowski z ogromnym muchomorem. Pamiętam te „Mikołaje” (a może „Dziadki Mrozy”?) organizowane w wielkiej Sali tanecznej w Mochowie dla wszystkich dzieci rzemieślników z całej gminy, gdzie każde z ogromnej rzeszy dzieciaków było „zauważone” i obdarowane zabawkami i słodyczami.

W Głogówku był też szpital rejonowy z oddziałem wewnętrznym, położniczo - ginekologicznym i chirurgicznym, którego głównym szefem był pan Grynagiel. Funkcjonowały cztery przychodnie: Międzyzakładowa (ul. Kościuszki), Ośrodek Zdrowia (al. Lipowa), Poradnia Przeciwgruźlicza (ul. Zawadzkiego) i Poradnia dziecięca i stomatologiczna (1 maja), gdzie po krótszej czy dłuższej kolejce, wszyscy pacjenci przyjmowani byli bezpłatnie. Za to mieszkańcom wystarczała tylko jedna (!) apteka na Rynku, kierowana przez pana Kłuskiewicza.

Brakowało mieszkań? Ruszyło budownictwo indywidualne. Ludzie czasem kosztem wielkich wyrzeczeń i ciężką pracą budowali własne domy. Powstało osiedle Helberg, zapełniały się ulice: Niepodległości, Polna, 1.Maja, Wiejska, Hanki Sawickiej, Fabryczna… Czy dziś ci ludzie żałują? Na pewno nie! W tamtych czasach jeżeli komuś udało się wyjechać za pracą do Niemiec (oczywiście na „czarno”) – przelicznik ówczesnej marki był imponujący i był to duży finansowy zastrzyk w budowę.

Jednym z najważniejszych przystanków na mapie kulturalnej Głogówka było kino „Świt” (obecnie sklep FHK). Tam chodziło się na najnowsze polskie premiery filmowe, takie jak: „Rejs”, „Chłopi”, „Potop” czy „Jak rozpętałem II wojnę światową”, ale także „Sami swoi”, „Nie ma mocnych” i „Kochaj albo rzuć!”. Z dużym opóźnieniem oglądało się amerykańskie „Love story”, „Wejście Smoka”, czy „Gorączkę sobotniej nocy” – nie przeszkadzało to jednak niektórym być po kilka, a nawet kilkanaście razy na tym samym filmie.

W muzeum prowadzonym wówczas przez pana Albert Szyndzielorza, które zajmowało prawą stronę pomieszczeń zamkowych można było oprócz eksponatów muzealnych podziwiać cały zbiór obrazów samego Jana Cybisa. Z Winiar w świat wędrowały słowa literata, duchowego patrona wielu pisarzy polskich ale także obieżyświata, folklorysty, gawędziarza, działacza społecznego i politycznego, wyprzedzającego swoje czasy ogrodnika, Rafała Urbana. Jego staraniem przy współpracy z Towarzystwem Ratowania Zabytków z panem Tomaszem Cuberem na czele odrestaurowano „Oberżę”, w której skupiło się życie kulturalne miasteczka. Tutaj odbywały się spotkania z pisarzami i ciekawymi ludźmi, można było posłuchać muzyki, bo często ktoś grywał na stojącym w rogu pianinie (niczym w krakowskiej Jamie Michalikowej). TRZ przekształciło się w 1973 roku w Towarzystwo Miłośników Głogówka, które m.in. organizowało na Rynku doroczne Jarmarki Św. Jerzego. Dom Kultury organizował imprezy dla twórców i animatorów sztuki, tzw. „Głogóweckie zmagania artystyczne” W okolicznych wsiach działało 16 Klubów Wiejskich i bibliotek

W 1975 roku władze partyjne i administracyjne województwa podjęły decyzję o remoncie głogóweckiego Zamku - „który będzie w przyszłości centrum kulturalnym nie tylko o charakterze wojewódzkim ale nawet o zasięgu ogólnopolskim” – mówił ówczesny I sekretarz KMG Kazimierz Suchecki na otwarciu sesji popularnonaukowej „Miejsce Głogówka w kulturze narodowej”. Miał tutaj powstać ogólnopolski Dom Pracy Twórczej – niestety kryzys pokrzyżował plany. Dotychczas w Zamku funkcjonował hotel turystyczny PTTK, gdzie można było tanio przenocować. Jednakże z powodu zimna panującego w komnatach, większość turystów decydowała się na nocleg w internacie Technikum Budowlanego(ul. Batorego), gdzie latem mieściło się schronisko młodzieżowe. W lewym skrzydle zamku nieźle prosperował Dom Handlowy WSS, który nie był może współczesną Karolinką, jednak skupiał kilka nawet nieźle zaopatrzonych sklepów w jednym budynku (nasze miasto było wówczas znane w okolicy z dobrego zaopatrzenia, a na zakupy przyjeżdżało się bardzo łatwo, bo prawie co godzinę jeździły autobusy i pociągi we wszystkich kierunkach!)

Rok 1975 był obchodzony w Głogówku jako jubileuszowy 750-lecia miasta. Z tej okazji odbyło się wiele imprez kulturalno – oświatowych, wydano także wiele okolicznościowych pamiątek: medale, znaczki, ręczniki, bieżniki, porcelanę, proporczyki, plakaty, publikacje – i to wszystko bez pomocy Unii Europejskiej!

Mieszkańcy byli dumni ze swego miasta – to nic, że mówiono o nim „Klein Berlin”, znała go prawie cała Polska. Głogówek w latach 70-tych brał udział w telewizyjnym turnieju „Bank miast 440”, w którym wygrał z miastem Nowy Tomyśl, a dodać tutaj należy, że w tamtych czasach w telewizji była tylko „Jedynka” i „Dwójka”, więc wszyscy oglądali to, co oferowały te kanały (ale za to nie było żadnych reklam!!! Czy możemy to sobie teraz wyobrazić?).

Tak zakończę już moją sentymentalną podróż do wspomnień z czasów PRL-u. Na pewno wielu czytelników, którzy pamiętają tamte czasy, a przestawiając się na optymistyczne patrzenie na rzeczywistość, będzie miało kilka swoich subiektywnych, miłych wspomnień. A ja, na stwierdzenie pesymistów – „Za komuny nic nie było!” odpowiem za Janem Brzechwą – „To wszystko nazywa się nic?”

 

Bibliografia:

1. Wydawnictwo okolicznościowe 750 lat Głogówka, pod red. Tadeusza Soroczyńskiego i Antoniego Weigta, Głogówek 1976r.

2. Wspomnienia i relacje świadków (niestety czasem zawodne)

Zmieniony: Piątek, 08 Luty 2013 16:51
 
Podobne artykuły: