Głogówek Online
 
24 | 10 | 2017
Dawnych lat wspomnienie - Dodatek Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Teofila Kołodenna   
Czwartek, 17 Styczeń 2008 11:32
Dodatek do książki Teofili Kołodennej ”Dawnych lat wspomnienie”

ZESŁAŃCÓW  LOS

Już tyle lat minęło od  tej okropnej chwili,
gdy nas radzieccy sołdaci na Sybir wywozili.
Był mroźny, zimowy ranek i wszyscy jeszcze spali,
kiedy okrutni oprawcy pod dom nasz zajechali.
Kolbami w drzwi uderzając do domu z hukiem wtargnęli
i nas, wystraszone dzieci, z łóżeczek wyciągnęli.
 
Kazali się szybko ubierać, rzeczy w godzinę spakować,
wsiadać na sanie przed domem, w nieznane strony wędrować.
Wieźli tak całe rodziny w ten straszny, mroźny, poranek.
Czasami małe dzieci w śnieg wypadały z sanek.
Mama nas, trójkę dzieci, na saniach posadziła
i żebyśmy nie pomarzli, pierzyną otuliła.
 .
Sama szła na piechotę, bo dla niej już miejsca nie było.
Na tych niedużych saniach niewiele się zmieściło.
Przywieźli nas na dworzec, gdzie stały bydlęce wagony.
Każdy miał komin na dachu i dla nas był przeznaczony.
Małe z kratami okienka i prycze słomą posłane,
a drzwi wagonu na wielką zasuwę zamykane.
           
Na koniach, z karabinami, oprawcy już czekali
i krzykiem do wagonów nas wszystkich zapędzali.
Jak straszny był to widok ! Niech nikt już nie zobaczy
takich nieszczęsnych zesłańców i ich ogromnej rozpaczy.
Ojca w domu nie było. Nie był on w tedy z nami.
Nocował u kolegi, bo robił tam buty mamie.
 
Chociaż był w innej wiosce, dowiedział się, co się stało
i nie szedł już do domu, bo serce mu kazało,
ażeby nas odszukać i jechać w dal razem z nami.
Kochał nas, a więc nie chciał zostawiać sierotami.
Szedł wzdłuż wagonów i wołał . Krzyczał, ile tylko sił w piersi:
"Czy jest tu moja rodzina ? Czy są tu moi najbliżsi”? 
 
A kiedy nas odnalazł i byliśmy razem z tatą,
czuliśmy jego obecność, dziękując mu bardzo za to,
że nas nie zostawiał samych, choć miał okazję by zostać,
że nie skorzystał z tego i nie chciał się z nami rozstać.
Nasz pociąg jechał i jechał całymi nocami i dniami.
a dom nasz rodzinny i Polska pozostawały za nami.
 
Niemyci, niekąpani, bo wody brakowało.
Przez całe długie tygodnie do picia jej nie starczało.
Zesłańcy z wycieńczenia w wagonach umierali,
a Ruscy potem ich ciała w śniegu zakopywali.
Płakali ludzie z rozpaczy, bo nawet nie wiedzieli
w jakim mieście, czy wiosce, swych bliskich zostawili.        
 
 
Ileż to było smutku, ile łez było w tej niemocy!
Do dzisiaj o tym wspominam kiedy nie mogę spać w nocy.
A kiedyśmy już dotarli do miejsca przeznaczenia,
to serca w nas zamarły z wielkiego przerażenia.
Wkoło - tajga i tajga, a w środku ogromne baraki.
Ściany mchem zatykane, a w ścianach gryzące robaki.
 
Te pluskwy w ścianach siedzące w nocy nam spać nie dawały,
a gdy się je rozgniatało, wtedy okropnie śmierdziały.
Do takich właśnie baraków nas wszystkich pozapędzali,
a w dniu następnym do lasu, do pracy nam iść kazali.
Szło się pracować do lasu, gdzie niedźwiedź i wilk grasował,
w czterdziestostopniowym mrozie. Nikt się nie ulitował.
 
A ludzie umierali z głodu i wycieńczenia,
z tęsknoty za ojczyzną, po której zostały wspomnienia.
Gdy mama umierała, ojciec na froncie wojował.
Walczył o naszą wolność, na zachód maszerował.
Długo trwała ta nasza ciężka, tułacza dola.
Długo, bo aż sześć lat i miesiąc trwała nasza niewola.
           
Wrogowie nam mówili, że zawsze tam zostaniemy
i że do końca życia do Polski nie powrócimy.
A myśmy żyli nadzieją i mocno Boga błagali,
by się nad nami zmiłował, byśmy się stamtąd wyrwali.
Wreszcie nadeszła  ta chwila kiedy nam oznajmiono,
że już jesteśmy wolni i wracać nam pozwolono.
 
Przyszedł czas, by się żegnać z naszymi najdroższymi,
którzy musieli pozostać w głębi nieludzkiej ziemi.
Serca z bólu krwawiły i łza się w oku kręciła,
gdy staliśmy nad grobem matki która nas opuściła.
Dziadek umarł w wagonie. Nie wiemy, gdzie pochowany.
Babcia także umarła. Spoczywa tuż obok mamy.
           
Do Polski, nam biednym sierotom, powracać już było trzeba,
ażeby już nie głodować do syta najeść się chleba.
I znowu jazda saniami, znowu bydlęce wagony,
długa droga przed nami, ale w ojczyste strony.
Brudni, obdarci, zawszeni, zmęczeni i bardzo głodni
jechaliśmy do Polski przez całe sześć tygodni.
           
I chociaż już minęło kilka dziesięcioleci,
tego się nie da zapomnieć, ani wymazać z pamięci.
Te nieudolne słowa zawarte w tym wspomnieniu
chciałabym pozostawić młodemu pokoleniu,
żeby umiało docenić wolność i chleb powszedni,
bo gdy nam tego zabraknie, jesteśmy bardzo biedni.
 
           
   
                                                Teofila Kołodenna
     Łąka Prudnicka, maj 2006 r.
 
  
Zmieniony: Czwartek, 17 Styczeń 2008 16:14