Głogówek Online
 
22 | 03 | 2017
Człowiek człowiekowi powinien być bratem Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Zofia Jątrzko   
Niedziela, 13 Luty 2011 20:25

Jestem mieszkanką Głogówka od urodzenia. Tutaj spędziłam dzieciństwo, zdobyłam zawód w Liceum Pedagogicznym. Z tym miasteczkiem i ludźmi, którzy tu kiedyś mieszkali łączą mnie wspomnienia. Rodzice przybyli do Głogówka w ramach repatriacji. Ale dlaczego tutaj?

- Otóż właśnie. Ojciec mój pracował w charakterze nastawniczego na kolei w Stryju. Na punkcie repatriacyjnym rodzice mieli do wyboru - mieszkanie w Rudzie Śląskiej i dojazd ojca do pracy w Gliwicach, albo Głogówek z pracą i mieszkaniem służbowym na miejscu. Rodzice „poszli" w ciemno - zdecydowali się na to drugie. I tak się zaczęło.

W czwartek 29 czerwca 1945 r. w godzinach rannych, z pociągu jadącego w kierunku Nysy, na peron w Głogówku wysiada 3-osobowa rodzina. To moi rodzice: Michał i Maria Sławikowie z 15-letnim synem Marianem. Ja miałam powiększyć rodzinę za 5 miesięcy. Na miejscu okazało się nie tak, jak zapewniano. Służba owszem. Skierowano ojca na nastawnię i poproszono o podjęcie pracy. Mieszkania kolejowe natomiast, jeszcze były zajęte przez wojsko rosyjskie.

- Magistrat musi Wam na razie zapewnić jakiś dach nad głową - oznajmił naczelnik stacji.

Mama zostawiając brata z niedużym majdanem na peronie, z czego najśmieszniejszym przedmiotem na tę porę roku były zwykłe drewniane sanki, udała się w kierunku miasta. Ulice świeciły pustkami, panował jakiś dziwny nastrój. Spotkała grupę ludzi. Byli odświętnie ubrani Wracali z kościoła. Zapytała o urząd.

- Dziś nic nie załatwicie wszędzie pozamykane. Faktycznie - 29 czerwca Piotra i Pawła - święto kościelne.

W rezultacie zakwaterowano rodziców czasowo w prywatnym domu pani Siwoń. Mieszkała z córką Krystą, która była w wieku mojego brata. Z nieufnością i strachem przyjęła ich do siebie. Rodzice też byli nie ucieszeni taką sytuacją, ale czy mieli inne wyjście? Prawdę mówiąc, to tak. Brat - chłopiec ciekawy wszystkiego przynosił do domu wiadomości o wielu wolnych mieszkaniach, a nawet świecących pustkami domach, właściciele, których wyemigrowali na Zachód.

- Ja nie chcę niczyjej krzywdy - tak mówił ojciec. Niestety nie wszyscy przyjezdni byli tego samego zdania. Kiedyś brat, z takich wędrówek przyniósł do domu stołową lampę. Z tego powodu była awantura - jeżeli nie odniesiesz skąd zabrałeś zgłoszę cię na policję - krzyczał ojciec. Po latach brat przyznał, że zaniósł ją na śmietnisko i potłukł twierdząc, że i tak ktoś inny, by z niej korzystał.

Mijały tygodnie. Powoli obie rodziny przyzwyczaiły się do siebie. Gospodyni starała się mówić po polsku, ale nie zawsze się rozumieli.

Widząc odmienny stan mojej mamy, często dzieliła się czymś ze swojej kuchni. Raz obiecała dać na obiad świeżą kiszkę. Mama nie mogła się doczekać. Już nawet czuła zapach ciemnej, przysmażonej z cebulką kaszanki. Rozczarowała się, gdy gospodyni przyniosła w słoiku zsiadłe mleko. Innym razem pani Siwoń zachęcała:

- „Pani Słowik idźcie se natargać wieprzków". Mama dobrze wiedziała co to znaczy targać i co to jest „wieprzek". Ale nie wiedziała po co to ma robić - wróżby jakieś czy co? Okazało się potem że chodziło o zrywanie agrestu na kompot.

Wesołe to były scenki. Natomiast noce, szczególnie wówczas, kiedy ojciec był na służbie, nie zawsze należały do spokojnych. Często Rosjanie dobijali się do drzwi. Wtedy gospodyni milczała, a odzywali się jej lokatorzy. Skutkowało. Odchodzili.

3 listopada 1945 r. (sobota) urodziłam się w nowo organizowanym szpitalu. Położną, która opiekowała się mną i mamą po powrocie ze szpitala była pani Ociepka. Na chrzcie, którego udzielił mi w kościele Parafialnym ks. Peltz otrzymałam imiona: Zofia, Jadwiga, ale w księgach parafialnych i metryce zanotowano: Sofii, Hedwig Slawik.

Rosłam konsumując dodatkowe mleko i słodzik na kartki. Byłam oczkiem w głowie mojej rodziny i gospodyni, która chętnie opiekowała się mną podczas nieobecności mamy.

Wiosną 1946 r. wprowadzamy się do 3-pokojowego mieszkania służbowego w kamienicy na I piętrze przy ul. Bończyka. Zasiedlono w niej cztery rodziny. Również na I piętrze, za ścianą zamieszkali nasi sąsiedzi. Była to rodzina z dwoma synami Erhardem i Adamem o nazwisku Patalong. Przeprowadzili się z Mysłowic. Sąsiad Teofil dojeżdżał do pracy na kolei w Koźlu Porcie. W domu posługiwali się dwoma językami niemieckim i polskim.

Moje dzieciństwo i lata szkolne u boku tej rodziny zapamiętałam najbardziej. Nie przypominam sobie, żeby kiedyś dochodziło między nami do sprzeczek i gniewu. Nawet wtedy, gdy będąc dzieckiem udusiłam małe kaczątko tych państwa. Pobiegłam wtedy z wiadomością na górę wołając: - „Oho tejo już kaczka kaput..."

Pamiętam, jak w południe z garnuszkiem w ręku stawałam pod chlewikiem czekając, aż pani naleje mi świeżego, koziego mleka.

Mieszkanie w naszej kamienicy było słoneczne i przytulne, ale mimo dezynfekcji i remontu spotykało się nie wytrute robactwo po przeszłości. Taka rozmowę na powyższy temat prowadziła na korytarzu moja mama z sąsiadką:

- Pani Patalongowa, czy u was też są szwaby? - Ni, pani Sławikowa, u nas są rusy.

Właściwie chodziło o czarne karaluchy. Jednym i drugim dał radę jeż, którego brat przyniósł z parku.

Nie byliśmy posiadaczami radia, ale w kuchni na ścianie wisiała tekturowa, popielata, grająca skrzynka. W soboty w towarzystwie sąsiadów słuchaliśmy audycji „Radiowa czeladka", wspólnie śledziliśmy losy jej bohaterów: Maryjki, Kaczmarka, Karlika. Niektóre wyrażenia gwary śląskiej były dla nas niezrozumiałe, wtedy sąsiedzi okazywali się doskonałymi tłumaczami.

Parter kamienicy zajmowały dwie rodziny napływowe. Wszyscy razem stanowiliśmy jedną dużą rodzinę. W okresie żniw chodziliśmy na ściernisko zbierać kłoski, by mieć ziarno dla kur. Pewnego razu spotkała nas przykra sytuacja. Nadjechała właścicielka pola krzycząc: „Wy hadziaje raus z mojego pola". Zabrała wówczas wszystkie wiązanki mozolnie zebranych kłosków. W podobnej sytuacji znaleźli się moi rodzice i inni ludzie jesienią podczas wykopków ziemniaków. Inna reakcja była wtedy właściciela pola, gospodarza z Głogówka pana Szegi. Uspokoił on spłoszonych ludzi:

„Dlaczego uciekacie? Wy nakopcie sobie, a i dla mnie wystarczy".

Nieopodal naszego domu mieszkał z rodziną lekarz pan Kurka (słabo mówił po polsku). Przez jakiś czas chodziłam do niego na opatrunki. Codziennie wracałam od niego nie tylko z nowym opatrunkiem, ale i garścią cukierków. Po zakończeniu leczenia mowy nie było o zapłacie. Za to w czerwcu, gdy obrodziła w ogródku nasza papierówka, wybraliśmy kosz najpiękniejszych owoców, z których lekarz się ucieszył, a my byliśmy zadowoleni, że przynajmniej tak skromnie mogliśmy się odwdzięczyć.

Do szkoły uczęszczałam z dziećmi, których rodzice od urodzenia mieszkali w Głogówku. Specjalnej różnicy między nami nie było. Bawiliśmy się razem i panowała między nami zgoda. Zazdrościłam moim rówieśnikom eleganckich tornistrów, skórzanych piórników wyposażonych w długopisy i filesy (wieczne pióra). Ja niestety musiałam się zadowolić tekturowym tornistrem, drewnianym piórnikiem z ołówkiem i zwykłym piórem. Ojciec pocieszał mnie zawsze, że ważniejsze jest to, co zawiera głowa, a nie tornister.

Utkwił mi w pamięci dzień I Komunii Świętej. Kiedy wracałam z kościoła z rodzicami, bratem i bratową (to byli moi goście) wyszła nam naprzeciw pani Siwoń. Uściskała mnie serdecznie i wręczyła duży bukiet pachnącego bzu. Ucieszyłam się bardzo, a rodzice i brat mieli w oczach łzy. Przypomnieli sobie bowiem, pierwsze dni w Głogówku.

Życie toczyło się nadal. Większa część mojej klasy nie ukończyła szkoły podstawowej. W ramach łączenia rodzin wyjechali z rodzicami na Zachód. Pozostał po nich tylko wpis do pamiętnika.

W kamienicy było coraz serdeczniej i rodzinnie. Wszyscy pomagali sobie wzajemnie. Dużo korzyści czerpaliśmy z działki i ogródka. Część płodów rodzice sprzedawali, bo z samej pensji trudno było związać koniec z końcem. Rodzina, ze strony ojca i mamy rzadko nas odwiedzała, gdyż nie pałali miłością do Głogówka i jego mieszkańców My natomiast, nie widzieliśmy dla siebie lepszej przystani.

W 1962 r. ciężko zachorował mój ojciec. Sąsiedzi zza ściany opiekowali się nami, a w najcięższych chwilach dawali z siebie dużo serca i otuchy. Niestety choroba jest nieubłagana. Zostałyśmy z mamą same, ale nie bez pomocy sąsiedzkiej. Po czasie musiałyśmy zwolnić mieszkanie służbowe i zamieszkać w bloku komunalnym. Sąsiedzi też zmienili miejsce zamieszkania - wyjechali do Niemiec. Do dnia dzisiejszego utrzymujemy ze sobą kontakt.

Po ukończeniu Liceum Pedagogicznego podjęłam pracę w niedalekiej Kornicy. Dojeżdżałam autobusem, a od przystanku codziennie przemierzałam całą wieś do (starej) szkoły przez 16 lat. Po drodze spotykałam jej najstarszych mieszkańców Nigdy nie przechodziliśmy obok siebie bez słowa. Byli serdeczni i ufni, tacy prości, a tacy mądrzy. Szkołę pokochałam ze wszystkimi jej małymi obywatelami. Większość z nich wyjechała z rodzicami na Zachód. Smutno nam było się rozstawać. Powtarzałam wszystkim te słowa:

- „Pamiętaj, to nieważne w jakim kraju będziesz mieszkał, nieważne jakim językiem będziesz mówił, najważniejsze jest to, żebyś zawsze był człowiekiem".

Wzięli chyba sobie te słowa do serca. W 1983 r. napisał do mnie mój szóstoklasista Waldek: „...Ostatni raz widziałem panią przed 10-cioma laty, jednak często myślę jaka pani była dobra dla naszej klasy, wszyscy panią kochali i większość z nas na pewno nigdy pani nie zapomni...", odwiedził mnie kiedyś z mamą i córeczką.

Ukoronowaniem mojej pracy w Kornicy jest małżeństwo, które zawarłam z rodowitym mieszkańcem tej wioski z pochodzenia Ślązakiem. To, co kiedyś wydawało się wprost nie do pomyślenia, stało się rzeczywistością. W tym roku minie dwadzieścia lat naszego związku. Mimo, że stanowimy małżeństwo mieszane, jesteśmy bardzo tolerancyjni jeśli chodzi o sprawy narodowościowe. Nigdy z tego powodu nie doznałam przykrości ze strony rodziny męża, a również on lubiany jest przez moją rodzinę. Mamy dwie córki, dla których najważniejsze jest to, że mają rodziców, którzy je kochają.

Ostatnie dziesięć lat przepracowałam w Szkole Podstawowej nr 1 w Głogówku. Już trzy lata jestem na rencie inwalidzkiej, gdyż zły stan zdrowia nie pozwolił mi dopracować do emerytury.

Jak na początku wspominałam losy mojej rodziny od 1945 r. do dnia dzisiejszego związane są nierozerwalnie z Głogówkiem - miasteczkiem, które nazywano potocznie w całej okolicy „małym Berlinem", względnie „kleine Berlin" z racji języka niemieckiego, którym posługiwała się większość tutejszej ludności. Po części śląska, po części niemiecka, a my nie byliśmy tutaj intruzami, albo ludźmi niedocenionymi. Przynajmniej nigdy tego nie odczułam.

Patrząc na Głogówek teraz, z perspektywy czterdziestu ośmiu lat, coraz częściej nęka mnie obawa, że coś się psuje w narodzie. Odganiam prędko te myśli i powtarzam: „...Człowiek, człowiekowi powinien być bratem...", „...Zgoda buduje, niezgoda rujnuje...". Może to stare aforyzmy, ale jakie mądre i ciągle aktualne.

Moje córki, po przeczytaniu tego „Pamiętnika" powiedziały:

- "Mamo to nie na temat, miało być o pomocy".

Może mają rację. Według nich, to tylko dobre uczynki i gesty. Jednak wtedy, dla moich najbliższych i dla mnie była to duża pomoc. Choć nie zawsze materialna, ale uważam, że jeszcze większa bo moralna, która dodawała sił, nadziei, wiary i poczucia, że jest się potrzebnym.

Nieważne jest pochodzenie, kolor skóry człowieka ale jego charakter i zakres tolerancji jaki może ofiarować drugiemu człowiekowi bo:

„Gdzie miłość wzajemna i dobroć tam znajdziesz Boga Żywego..."

Większość bohaterów mojego opowiadania już nie żyje, z powodu czego jest mi bardzo smutno. W mej pamięci pozostaną na zawsze żywi.

Zofia Jątrzko Głogówek 1993 r.

WSPOMNIENIA CÓREK

Pamiętam jak mama pisała to opowiadanie. Poświęcała temu dużo czasu. Dzieliła się z nami każdym nowo-powstałym zdaniem. Wkładała w to całą duszę. Cieszyłam się bardzo, że jej opowiadanie zostało docenione w konkursie, bo wiedziałam jak wiele to dla niej znaczyło. Pamiętam również, że po śmierci mamy często zaglądałam do jej pamiętnika. Czytając go czułam jakby była bliżej. Bałam się żyć bez niej, myślałam, że nie potrafię, ale odzyskałam nadzieję dzięki wspaniałym ludziom. Chciałabym tym wspaniałym osobom podziękować za to, że byli ze mną również w tych najgorszych chwilach. Dziękuję Tacie.

Dziękuję mojej siostrze Ani, to ona była moją współtowarzyszką w cierpieniu.

Dziękuję również moim przyjaciółkom Ewie i Oli oraz ich rodzicom, za to, że bardzo pomogły mi to przetrwać i za to, że dzięki nim w tych dniach przepełnionych czarnymi chmurami dostrzegałam również promyki słońca. Zawsze będę pamiętać i doceniać to, co dla mnie zrobiłyście.

córka Magda Jątrzko

Zawsze była dla mnie wzorem, bratnią duszą i przyjaciółką. Radosna, pogodna, kochana, uczciwa. Każdego dnia pokazywała nam, co to znaczy "Pięknie żyć". Odeszła 4. IX. 1994 r. w cichą, wrześniową noc. Odeszła z naszego świata, ale w moim sercu, we wspomnieniach będzie zawsze żyła. Zostawiła cząstkę własnej siebie w tym opowiadaniu, które napisała w 1993 r. na konkurs zorganizowany przez radio Opole na temat: "Niemcy mówią dobrze o Polakach, Polacy mówią dobrze o Niemcach". Mama była bardzo szczęśliwa dowiedziawszy się, że jej praca zdobyła wyróżnienie. W 1995 r. wyszła książka Paula Hadascha pt. „Dziękuję bardzo" gdzie zamieszczone były nagrodzone opowiadania z tego konkursu. Jednym z nich był „Pamiętnik" mojej Mamy. Na pewno ucieszyłaby się wiedząc o tym. Chciałabym mówić jej każdego dnia: „Bardzo cię kocham i jestem z Ciebie dumna, dziękuję Ci Mamo". Jednak jedyne to, co mogę powiedzieć to - tęsknię, tęsknię...

córka Anna Dunikowska

Zofia Jątrzko - Urodziła się 3. XI. 1945r. w Głogówku. Rodzice jej przybyli na Śląsk jako repatrianci z kresów wschodnich. Szkołę podstawową i średnią ukończyła w Głogówku. Pracowała jako nauczycielka w szkole w Kornicy i Głogówku. W 1993r. otrzymała wyróżnienie za opowiadanie w konkursie zorganizowanym przez Radio Opole, na temat „Niemcy mówią dobrze o Polakach. Polacy mówią dobrze o Niemcach". Zmarła 4. IX. 1994r. Dzięki uprzejmości rodziny, możemy opublikować wyróżnione opowiadanie.

Artykuł ukazał się w Roczniku Głogóweckim - Portret 2000. Publikacja w Głogówek Online za zgodą TMG.

Zmieniony: Poniedziałek, 14 Luty 2011 12:29
 
Podobne artykuły: