Głogówek Online
 
22 | 10 | 2017
Dawnych lat wspomnienie - część 9 Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Teofila Kołodenna   
Czwartek, 17 Styczeń 2008 11:32

Front przesuwał się to w jedną, to w drugą stronę. Wojska nieprzyjacielskie robiły wielkie zniszczenia. Kiedy przyszli Niemcy, Ukraińcy zaczęli donosić na Polaków. Pewnego wieczoru w domu Jasia zjawili się Ukraińcy i kazali jemu oraz ojcu iść z nimi, a matce kazali się położyć na łóżku, przykładając bagnet do pleców. Ostrzegli, że jeśli będzie próbowała wstać, to ją przebiją na wylot. Jeden z nich został pilnować matkę, a pozostali zabrali Janka i ojca. Wyprowadzili ich w pole, gdzie już było więcej, zgromadzonych na stracenie mężczyzn. Wśród nich byli dwaj młodzi chłopcy. Pod osłoną nocy zaczęli strzelać. Zastrzelili tych chłopaków i kilku starszych. Gdy przyszła kolej na Janka i jego ojca, zdarzył się cud, bo oto nadjechał niemiecki samochód. Wysiadł z niego oficer, który usłyszawszy strzały, chciał sprawdzić, co się dzieje. Zapytał jednego z Ukraińców, dlaczego strzelają do tych osób. Ten zaczął tłumaczyć, że to są groźni ludzie.  Wskazując na Jasia powiedział, że ma radio podziemne, a na ojca, że posiada granat. Na szczęście ojciec znał trochę język niemiecki, bo przed pierwszą wojną światową był kilka lat w Niemczech na robotach zarobkowych. Zaczął więc po niemiecku mówić tłumacząc, że syn nie ma żadnego radia podziemnego, tylko same słuchawki, a on nie ma pocisku, lecz pion zrobiony z pustego granatu, potrzebny przy budowie domów.  Słysząc to, Ukrainiec chciał uderzyć ojca, ale Niemiec powiedział: „Stop! Nie wolno ci go bić!” i zapytał ojca, skąd zna język niemiecki. Gdy mu odpowiedział, zapytał jeszcze, w jakiej miejscowości przebywał. Ojciec wymienił nazwę miasta. Wtedy Niemiec się roześmiał i powiedział, że to jego rodzinne miasto. Zwracając się do Ukraińców rozkazał: „Nie wolno wam ich zabić. Zaprowadźcie ich na posterunek policji, a ja tam zaraz przyjadę i wszystko sprawdzę. Jeżeli ich zabijecie, wasza wieś zostanie zdziesiątkowana”. Idąc drogą, Ukraińcy zastanawiali się, co zrobić. Jedni chcieli ich rozstrzelać, drudzy obawiali się, że Niemiec przyjedzie naprawdę. Przyjechał rzeczywiście i obiecał im wolność. Na posterunku dowiedzieli się, kto ich wydał na śmierć. Siedzieli tam prawie trzy dni. Wreszcie wypuszczono ich do domu. Niemiec dotrzymał słowa. Byli wolni, ale postanowili nie nocować w domu, przynajmniej przez jakiś czas z obawy, że mogą znowu po nich przyjść. Na miejscu usłyszeli od matki, co się działo po ich wyjściu.  Otóż, cały czas leżała nieruchomo, czując na plecach ostrze bagnetu. W potwornym strachu modliła się o cud. Gdy umilkła strzelanina, Ukrainiec powiedział: „Teraz idź i szukaj sobie ich”. Z przerażenia nie mogła wstać na nogi. Szła na kolanach. Nie mogła wymówić ani jednego słowa. Nie wiedziała dokąd ma iść, gdzie ich szukać. Dowiedziała się od ludzi, że jej brat także został postrzelony i wrzucony do dołu, ale na szczęście ktoś go znalazł rannego i uratował mu życie. Okazało się, że wojna jest straszna nie tylko dla tych na froncie, ale i dla tych, co zostali w domach i dla nas, Sybiraków, oddalonych od frontu o tysiące kilometrów. Wszyscy w jakiś sposób przeżywali okropności wojny.

Jak już wspomniałam mój mąż był wdowcem, kiedy się poznaliśmy. Pierwszy raz ożenił się w 1942 r. z Julią Dereń. Piętnastego maja 1943 r. urodził im się syn, Jan Edward. W 1944 r. Janek został wzięty do wojska polskiego (pod jego nieobecność w 1945 roku zmarła jego żona) i wysłany na front. Szedł z frontem aż do Berlina. W 1946 r. został zwolniony do cywila, więc wrócił do rodziny i zamieszkał w Łące Prudnickiej. Napisałam już wcześniej, jakie okoliczności sprawiły, że związaliśmy się ze sobą. Nasz ślub odbył się w Starej Łomnicy. Po skromnym przyjęciu przyjechałam z Jasiem do Łąki, gdzie zamieszkałam z jego rodzicami i synem. Teściowie nie bardzo byli zadowoleni.  Trochę dlatego, że wciąż nie mogli się pogodzić ze śmiercią pierwszej synowej, a trochę też z powodu mojego ubóstwa. Moim całym majątkiem było to, co miałam na sobie. Przed ślubem mąż powiedział mi, że wie, w jakiej jestem sytuacji, i że to co do życia potrzeba, ma w domu, a resztę będziemy się razem dorabiać. Ja umiałam szyć, a on miał zdolności do majsterkowania. Robił ludziom fotografie, naprawiał zegary, radia, rowery i inne rzeczy. Mimo braku wykształcenia technicznego sam potrafił zrobić kosiarkę do zboża, tak zwaną skrzydłówkę i młockarnię, a w późniejszych latach zrobił centralne ogrzewanie, spawarkę, dźwig. To dawało nam nadzieję, że sobie poradzimy po tym, co już w życiu przeżyliśmy. Razem z rodzicami pracowaliśmy na gospodarce, a w wolnych chwilach dorabialiśmy jeszcze, tak jak umieliśmy. W 1947 r. urodził nam się syn Ryszard. Warunki nie były takie łatwe. W sklepach nic nie było dla maluchów.

Autorka z mężem i teściami oraz dzieć-mi: Janem, Ryszardem i Karoliną. Łąka Prudnicka, czerwiec 1952 r.
Wiadomo jak to po wojnie, brakowało wszystkiego, a więc także pieluch, kaftaników, śpiochów. Trzeba było sobie radzić. Ubranka się szyło, pieluchy robiło się z zużytych poszew, czy prześcieradeł. W 1949 r. przyszła na świat córka Karolina. Rodzina się powiększała, więc nie było rozkoszy, ale w porównaniu z tym, co było na Syberii, to i tak było nieźle. Mąż zaczął się rozglądać za jakąś pracą. Trwała akurat wielka radiofonizacja kraju, a ponieważ Janek w wojsku służył w łączności, bez trudu znalazł pracę na poczcie, związaną właśnie z łącznością. Zakładał głośniki, które były w każdym domu i często zastępowały zegary budząc ludzi o piątej rano, by nie zaspali do pracy. Mąż pracował różnie, to znaczy albo miał dyżury w centrali radiotelefonicznej, pracując na zmianę, albo jechał w teren po kilkanaście kilometrów rowerem (czasem szedł pieszo), by zakładać lub naprawiać linie telefoniczne. Potem kupił sobie motor, WFM-kę. Praca w zimie była ciężka. Trzeba było podczas silnych mrozów wspinać się na słupy telegraficzne i łączyć zerwane linie. Później przyszła pora na telefonizację, więc pracy nie brakowało. W 1954 r. urodziłam bliźnięta, ale jedno urodziło się martwe. Przy życiu została dziewczynka - Teresa. Teściowa nie bardzo była z tego zadowolona. Ona urodziła jedno, a my mieliśmy już czworo. Kiedyś mąż mi się zwierzył opowiadając, jak było mu w dzieciństwie źle, bo był sam. Już wtedy postanowił, że w przyszłości, kiedy się ożeni, będzie miał więcej dzieci, żeby nie czuły się takie samotne jak on. Na czwórce dzieci się nie skończyło. W 1956 r. urodziła się córka Ania, a w 1961 r. przyszedł na świat jeszcze jeden syn - Artur. Mieliśmy więc trzech synów i trzy córki. Było czasami bardzo trudno, ale dzięki naszej ciężkiej pracy i pomocy teściów mogliśmy wychować nasze dzieci.
Autorka z mężem i dziećmi. Boże Narodzenie 1952 r.
Gdy zaczęły uczęszczać do szkoły, przyszły nowe kłopoty, ale i radości, szczególnie związane z najstarszym synem. Mąż opowiadał mi w jakich okolicznościach przyszedł na świat. Otóż jego pierwsza żona miała bardzo ciężki poród. Dawniej na wsi nie było lekarza, a tym bardziej porodówki. Na miejscu była tylko akuszerka. Dziecko bardzo długo nie mogło się urodzić, co pogarszało stan matki i dziecka. Akuszerka robiła co mogła, ale nic nie pomagało. Mąż i jego ojciec modlili się o zdrowie obojga. W modlitwie mąż ofiarował dziecko Bogu mówiąc: „Boże, jeżeli chcesz, zabierz je sobie, ale jeszcze nie teraz. Pozwól mu się urodzić i żyć”. Tak się też stało. Po latach Bóg się o niego upomniał. Kiedy syn był w trzeciej klasie podstawówki, często mówił, że pójdzie na księdza. Nikt jednak nie zwracał uwagi na dziecinne gadanie. Gdy kończył siódmą klasę i trzeba było pisać podanie do średniej szkoły, napisał podanie do Seminarium Duchownego w Gliwicach. Zrobił to bez naszej wiedzy. Kierowniczka szkoły też była zaskoczona. Były to bardzo trudne czasy dla Kościoła. Odradzaliśmy mu proponując wybór innej szkoły, ale on powiedział, że jeżeli nie pójdzie tam, nie pójdzie nigdzie. Tak więc w 1957 r. pojechałam z nim na egzamin wstępny do Gliwic. Zdał pomyślnie, a po dziesięciu latach został księdzem. Jak wiele przeżył w tym czasie, tylko my wiemy.  Kiedy tylko przyjechał do domu na święta, czy na wakacje, przyjeżdżali ludzie z SB i przesłuchiwali go. Namawiali, żeby zrezygnował z kapłaństwa. Obiecywali, że dostanie bardzo dobrą pracę. Często zabierali go do samochodu i wywozili z dala od domu na długie godziny. Kiedy wracał, był zmęczony i zdenerwowany. Pewnego razu zajechał przed dom samochód. Myśląc, że to znowu esbecy, bez namysłu schował się pod łóżkiem. Okazało się, że przyjechał jego profesor, ks. Nabzdyk. Wstyd mu było wychodzić spod łóżka. Później pojechał do niego i wszystko wyjaśnił. Chociaż byłam jego drugą matką, miał do mnie duże zaufania.
Autorka (piąta z lewej) z mężem, teściem, ciotką i sąsiadami   Łąka Prudnicka, żniwa 1953 r.
To do mnie pisał listy, kiedy czegoś potrzebował. To ja jeździłam do niego, kiedy trzeba było coś zawieźć, czy go odwiedzić. Kiedy przyjeżdżał na wakacje, czy święta, długie godziny rozmawiał ze mną, nawet do późnej nocy. Dzielił się ze mną swoimi troskami i radościami. Starałam się, jak mogłam, zastąpić mu matkę, bo wiedziałam, co to znaczy zostać sierotą. Brakowało mi matki, kiedy dorastałam, a także wtedy, kiedy miałam już swoją rodzinę. Brakowało mi jej cennych rad i wsparcia w ciężkich chwilach, nawet teraz. Dlatego pomagałam mu jak mogłam. Te dziesięć lat nauki były ciężkie dla niego i dla nas. Nauka w Seminarium była płatna, nie było stypendium. Trzeba było czasem odjąć pozostałym dzieciom, żeby starczyło dla niego. Ale kiedy w 1967 r. otrzymał święcenia kapłańskie, byliśmy dumni i bardzo szczęśliwi, że udało się pokonać trudne czasy. Po prymicjach pracował jako wikary w Pruszkowie koło Opola, w Smolnicy, Stolarzowicach i Sławięcicach, a potem jako proboszcz w Przylesiu Brzeskim, Malni i Czarnowąsach. Tam właśnie został pochowany, gdy zmarł ósmego maja 2000 r. po ciężkiej chorobie.

W ciągu trzydziestu trzech lat kapłaństwa odwiedzał nas, rodziców, witając od progu donośnym głosem, słownie lub śpiewem, często wierszem. Zachowałam jego niektóre listy i wiersze. Oto jego ostatni wiersz napisany w opolskim szpitalu 17 kwietnia, a więc krótko przed śmiercią.

Dwa kielichy

Pan zbrojną ręką w policzki me chlusta,
kielichy się dwoją, niech milkną me usta.          
Nie będę się żalił według Hioba sposobu.
Wystarczy płacz jego. Po co żal obu?
        Wystarczy ręce wyciągnąć po kielich goryczy
        i wypić wraz z nektarem anielskiej słodyczy.
        Wysączyć i dwa kielichy. Wiernym zostać Bogu
        w zdrowiu, powodzeniu, cierpieniu, barłogu.
„Wasz smutek w radość się obróci.”
To słowo Pana nowe siły mi wróci.
Będzie mi światłem nad moją głową,
bym lepiej Go wielbił drugą życia połową.

Bardzo nam go brakuje. Zostały tylko wspomnienia oraz zdjęcia i nagranie z naszego jubileuszu pięćdziesiątej rocznicy ślubu, kiedy to jako koncelebrant odprawiał mszę św. w Łące Prudnickiej 16 lutego 1997 r. Niestety Bóg po raz drugi i ostatni upomniał się o niego. Być może między innymi, dlatego syn kazał sobie napisać na płycie nagrobnej słowa: „Bądź wola Twoja.”

Syn Ryszard po ukończeniu Technikum Chemicznego w Sławięcicach został zatrudniony w Instytucie Ciężkiej Syntezy Organicznej w Blachowni Śląskiej. Po pewnym czasie zrobił dyplom inżyniera chemii na Politechnice w Gliwicach. Były to studia wieczorowe, gdyż nie chciał przerywać pracy, która go pasjonowała. Nadal pracuje w Instytucie. Wkrótce przejdzie na rentę ze względu na zły stan zdrowia. Ożenił się z Krystyną Myszkowiec, którą poznał w Sławięcicach, będąc na stancji u jej cioci, Anny. Mieszkają tam nadal. Mają dwoje dzieci: Elżbietę i Grzegorza. Oboje wyjechali za granicę i mieszkają obecnie w Berlinie.

Autorka z rodzeństwem  Romcią, Władzią i Jasiem  Prudnik, luty 1997 r.
Córka Karolina ukończyła Liceum Pedagogiczne dla Wychowawczyń Przedszkoli w Prudniku, a potem Studium Nauczycielskie (kierunek - wychowanie muzyczne) w Raciborzu. Pracowała w Szkole Podstawowej w Gostomii (gmina Biała Prudnicka) ucząc dzieci w klasach młodszych i muzyki w klasach I - VIII. Od dziecka kochała muzykę, śpiewając w chórach szkolnych i kościelnych, grając w orkiestrach na skrzypcach i mandolinie, a także w zespołach muzycznych i teatralnych. Od dziesięciu lat jest na emeryturze. Mieszka w Głogówku z mężem Edwardem Brylakiem i synem Mariuszem w domu, który wspólnie wybudowali. Ich najstarszy syn, Tomasz, wyjechał z żoną Iwonką i córeczką Julią do Anglii i zamieszkał w Grantham. Niedawno dołączył do nich średni syn Jakub, którego żona, Kasia i córeczka Nikola mieszkają w Prudniku. One też na pewno wkrótce wyjadą do Anglii.

Druga córka Teresa, ukończyła Liceum Medyczne w Prudniku i przez pewien czas pracowała w szpitalu jako pielęgniarka na oddziale ginekologicznym. Wyszła za mąż za Jana Brylaka (kuzyna Edwarda) i zamieszkała z nim i teściami na gospodarstwie w Olszynce koło Prudnika. Ma troje dzieci: Radosława, Marcina i Anię. Po urodzeniu drugiego dziecka pracowała jako pielęgniarka środowiskowa w Wiejskim Ośrodku Zdrowia. Trudności w pogodzeniu obowiązków zawodowych z pracą w gospodarstwie i wychowywaniem dzieci (szczególnie po urodzeniu Ani) zmusiły ją do rezygnacji z pracy w Ośrodku Zdrowia. Radek mieszka w Pruniku z żoną Wioletką i córeczką Wiktorią. Marcin znalazł pracę w Gdańsku, toteż z żoną Joasią i córeczką Kornelią przeprowadził się i zamieszkał właśnie tam. Ania czasowo mieszka we Wrocławiu, gdyż tam studiuje na Akademii Rolniczej. Przeżyła bardzo ciężki wypadek drogowy. Mimo to nie załamała się. Pokonała trudności związane z chodzeniem i szybko nadrobiła zaległości w nauce. Bardzo martwiliśmy się o jej zdrowie, współczując córce w tych trudnych chwilach. Był to dla niej już drugi taki cios. Przed kilkunastu laty jej mąż był blisko śmierci w wyniku tragicznego wypadku drogowego na terenie Niemiec, kiedy to przed świętami Bożego Narodzenia wracał po pracy do domu. Jesteśmy przekonani, że tylko cud go uratował. Zginęły wtedy dwie osoby, a on dzięki Bogu przeżył. Gorąco modliliśmy się o jego zdrowie.

Anna, trzecia nasza córka, też ma za sobą ciężkie przeżycie. Trzy lata temu straciła męża, Jana Wąsowskiego, który po ciężkiej chorobie zmarł we wrocławskim szpitalu. Została sama z dwójką dzieci: Agnieszką i Krzysztofem. Jest przemęczona wieloletnią już pracą zmianową na tkalni w prudnickim zakładzie przemysłu bawełnianego. Ukończyła najpierw szkołę przyzakładową, potem Wieczorowe Technikum Włókiennicze w Prudniku, cały czas pracując. Po ślubie mieszkała z mężem u nas. Później przeprowadzili się do Prudnika. Ania jest bardzo opiekuńcza, troskliwa i pracowita. Często nas odwiedza i pomaga nam.

Autorka z mężem i dziećmi: Anną, Arturem i Teresą  Łąka Prudnicka, luty 1997 r.
Najmłodszy syn Artur, mieszka z nami. Ukończył Technikum Rolnicze w Prudniku i objął po nas gospodarstwo. Ma czworo dzieci: Pawła, Wojciecha, Natalię i Karolinę. Jego żona Krystyna, rozwiodła się z nim, ale nadal mieszkają razem. Od dawna nie układało się między nimi. Trudno znaleźć przyczynę rozpadu ich związku. Mimo wszystko jest nam bardzo przykro patrzeć, jak marnują swoje życie. Nam też było ciężko. Bywało różnie, jak to w życiu, w rodzinie się zdarza, ale potrafiliśmy przetrwać wszystko, wybaczyć sobie przykrości, urazy. Umieliśmy iść przez życie wspierając się nawzajem. Może to było możliwe dzięki silnemu poczuciu obowiązku i odpowiedzialności, a może po prostu dzięki silnym zasadom wiary i religijności. Jakby nie było, jeśli Bóg pozwoli, w przyszłym roku obchodzić będziemy 60 lat wspólnego życia. Nie dorobiliśmy się przez ten czas majątku, ale nie żałujemy tego. Dziękujemy Bogu, że pozwolił nam wychować dzieci i dożyć szczęśliwie lat, by móc oglądać wnuki, wnuczki i prawnuczki. To dla nich właśnie spisałam swoje (i męża) wspomnienia, bo kto im potem opowie, kiedy nas nie będzie?

Wiele napisano o ofiarach hitleryzmu. Potem zaczęto jawnie mówić o losach Akowców i ofiarach Katynia. O Sybirakach natomiast nie mówi się prawie wcale. Kiedy poproszono mnie, bym opowiedziała dzieciom z naszej szkoły w Łące Prudnickiej swoje przeżycia, nie odmówiłam. Byłam zaskoczona tak wielkim zainteresowaniem ze strony małych słuchaczy. Ucieszyło mnie to, że ktoś pomyślał o tym, by młodym ludziom przekazać wiedzę, której nie ma w podręcznikach.

Do Związku Sybiraków należę od 26 X 1992 r. W roku ubiegłym na uroczystej akademii w Prudniku wręczono mi krzyż „Zesłańcom Sybiru”. Było to wzruszające dla nas - Sybiraków, że ktoś „z góry” sobie o nas przypomniał. Szkoda tylko że nas, żyjących jeszcze Sybiraków, nie traktuje się jednakowo. Nie wszyscy bowiem mają szczęście trafić na mądrych i uczciwych lekarzy orzeczników ZUS, którzy na podstawie Ustawy o kombatantach przyznają rentę inwalidy wojennego. Kilkakrotnie odmówiono mi tego w opolskim oddziale ZUS twierdząc, że mój stan zdrowia nie ma absolutnie związku z pobytem na Syberii. Natomiast zespół lekarzy z Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, specjalizujący się od wielu lat w badaniu odległych następstw zdrowotnych u ofiar prześladowań politycznych rozpoznał u mnie zespół stresu pourazowego w postaci przewlekłego i postępującego zespołu lękowo - depresyjnego, który pozostaje w bezpośrednim związku przyczynowym z urazami psychicznymi i fizycznymi podczas zesłania na Syberię w czasie mojego dzieciństwa. Na moim przykładzie widać, jak mało wiedzy na temat przeżyć i cierpień Sybiraków mają w Polsce lekarze i ludzie tworzący niejasne, niejednoznaczne przepisy prawne krzywdzące osoby ciężko doświadczone przez los. Sybiracy, jako pacjenci, bywają podczas badań (przeprowadzanych w czasie ubiegania się o rentę inwalidy wojennego) upokarzani, wyśmiewani, wyszydzani, posądzani o chęć wyłudzenia pieniędzy od ZUS -u, a ich choroby są przypisywane starości. Czasami żąda się od nich zaświadczeń lekarskich z okresu zsyłki, jakby Stalin zapraszał ich na Syberię do sanatorium, a nie wysyłał na zagładę. Moje dziewięcioletnie starania były daremne, ale cieszy mnie to, że mój przypadek będzie wykorzystany na szkoleniach w Katedrze Psychiatrii UJ w Krakowie, jako szczególny przykład ignorancji niektórych lekarzy i braku wnikliwości Sądu. Może nowi, młodzi lekarze będą inaczej traktować Sybiraków. Obawiam się tylko, że do tego czasu Sybiracy po prostu powymierają. Z każdym rokiem jest nas coraz mniej. W rejonie prudnickim jest bardzo mało Sybiraków, którzy byli wywiezieni do Krasnojarskiego Kraju. W Prudniku było nas tylko dwoje: ja i Franek Młodzianowski, z którym mieszkaliśmy na Syberii w jednej miejscowości, a potem razem wracaliśmy do kraju. Po powrocie nie wiedziałam dokąd pojechał. Nie miałam pojęcia, że ożenił się i zamieszkał tak blisko - w Prudniku. Gdy dowiedział się, że mieszkam w Łące Prudnickiej, odwiedził mnie. Nie zapomnę tego spotkania. Ze łzami wspominaliśmy naszych bliskich, których tam zostawiliśmy. Franek stracił na Syberii ojca,  brata, siostrę i jej dziecko. Wrócił tylko z matką. Przyjaźniliśmy się, aż do jego śmierci.

Po latach spotkałam się z koleżanką, którą poznałam na Syberii. Nazywała się Frania Kaczor. Została wywieziona z rodzicami i trzema siostrami. Byłam świadkiem śmierci jej ojca. Nie zapomnę tego nigdy. Jej najstarsza siostra poszła do lasu na grzyby. Kiedy wróciła, jej ojciec właśnie konał. Zrozpaczona zaczęła strasznie płakać. Chwyciła go za ramiona, chcąc podnieść, przytulić i nie dać mu umrzeć. W ten sposób przerwała mu zgon. Byłam tam i widziałam, jak potem umierał przez dwa dni, jak straszliwie się męczył. Wykręcało mu nogi, ręce i głowę. Wyrazu jego twarzy nie zapomnę do śmierci. Ta właśnie siostra Janka, poszła później na wojnę. Po pewnym czasie dostali wiadomość, że zmarła po zjedzeniu trujących grzybów. Następnie zmarła jej młodsza siostra. Frania została z mamą
i najmłodszą siostrą. Frania bardzo chorowała. Miała gruźlicę kości. Po powrocie do Polski nie miałam z nią żadnej łączności. Nie wiedziałam, czy przeżyła. Dopiero po kilkunastu latach dostałam od niej kartkę. Byłam ogromnie zaskoczona. Zastanawiałam się, skąd ona ma mój adres. Okazało się, że moja sąsiadka była w sanatorium, w którym akurat przebywała też Frania. W trakcie przypadkowej rozmowy na temat pochodzenia, Frania dowiedziała się, że pochodzi ona z Chodaczkowa. Frania zapytała, czy nie wie przypadkiem, gdzie mieszka rodzina Alfreda Pusza i czy ich zna. Sąsiadka odpowiedziała, że owszem zna i że właśnie jego córka Teofila po wyjściu za mąż zamieszkała w Łące Prudnickiej, akurat po sąsiedzku. Dała Frani mój adres, a ta zaraz wysłała mi kartkę. Potem napisała list, z którego dowiedziałam się, że mieszka w Nowej Hucie z mamą i siostrą i że wyszła za mąż za Bolesława Kurę. Zaprosiłam ją do siebie. Odwiedziła mnie dwa razy. Potem wysyłałyśmy do siebie kartki świąteczne. Od dłuższego czasu nie mam od niej wiadomości. Chyba już nie żyje.

Autorka z mężem i córkami: Karoliną, Teresą i Anną   Prudnik, styczeń 2005
Żyje natomiast moje rodzeństwo. Dziękuję Bogu, że nie oddałam ich do sierocińca, bo nie wiadomo, czy kiedykolwiek byśmy się odnaleźli. Przypomina mi się w tej chwili los mojej koleżanki Stefci Święch, która była wywieziona z rodzicami i dwoma starszymi braćmi w tym samym czasie co my. Jej los był jeszcze gorszy od mojego, gdyż oboje rodzice umarli z głodu, obgryzając sobie palce. Bracia zostali powołani do Wojska Polskiego i poszli na front, a ją zabrali do sierocińca. Do dziś nie wiem, co się z nią stało. Mnie jakoś udało się utrzymać rodzeństwo razem. Choć nie mieszkamy w jednej miejscowości, raz czy dwa razy w roku spotykamy się. Przeważnie oni przyjeżdżają do mnie i każde z nich mówi, że jadą do mnie jak do mamy. Bardzo mnie to cieszy. Razem wspominamy te straszne czasy, które przeżyliśmy. Tylko nasze rodzeństwo żyje w komplecie. U Kaniów pozostał przy życiu tylko Zbyszek, urodzony na Syberii, a u Pałków już nikt.

 

Świadectwo zsyłki
Upłynęło już 66 lat od momentu deportacji, ale tych sześciu lat przeżytych na nieludzkiej ziemi, gdy byliśmy oddaleni tysiące kilometrów od Ojczyzny, nękani chorobami takimi jak: cynga (szkorbut), malaria, świerzb, kurza ślepota, zapalenie płuc, zołotucha (nie znam polskiej nazwy), odmrożenia; wśród wszy, pluskiew, komarów i meszek; gdy byliśmy bez przerwy głodni, gdy patrzyliśmy na umierających z wygłodzenia i wycieńczenia ciężką pracą ludzi, gdy oglądaliśmy i przeżywali śmierć najbliższych - nie da się nigdy zapomnieć. Te wspomnienia powracają w dzień i w noc, we śnie i w chwilach bezsenności. Powracają na widok policyjnego munduru. Na byle stuk, który zakłóci ciszę, serce zamiera ze strachu. Nie może mi też ani na chwilę zabraknąć chleba w domu, bo wszystko przeżywam na nowo, tak jakbym cofnęła się w czasie. I wiem, że tak już pozostanie do końca moich dni.

 

Na koniec chciałabym podziękować tym, którzy przyczynili się do powstania tej książki, a więc: córce Karolinie za to, że mnie skłoniła do spisania wspomnień, wnukowi Mariuszowi za pomoc w przepisywaniu tekstu na komputerze, a także Stanisławowi Młynarskiemu za projekt okładki i skład komputerowy oraz wydanie niniejszej pozycji.

 Teofila Kołodenna

 

Zmieniony: Sobota, 29 Listopad 2008 22:11