Głogówek Online
 
23 | 03 | 2017
Dawnych lat wspomnienie - część 8 Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Teofila Kołodenna   
Wtorek, 11 Grudzień 2007 11:24
Był 9 maja 1946 roku, a więc rocznica zwycięstwa nad Hitlerem. Jadąc spotykaliśmy defilady. Ludzie biorący w nich udział patrzyli na nas ze zdziwieniem jeszcze większym, niż tamci w poczekalni dworca kolejowego. Zobaczyli wóz drabiniasty pełen brudasów i obdarciuchów, jadący przez miasto, kiedy oni odświętnie ubrani uroczyście świętowali. Myśleli chyba, że to jakaś maskarada. Kiedy zajechaliśmy przed dom stryja, wszyscy wyszli, żeby nas przywitać. Stryj na nasz widok aż się rozpłakał. Czekał już na nas obiad i kocioł nagrzanej wody. Najpierw trzeba było zrzucić z siebie zawszone, brudne łachmany i zmyć wieloletni brud. Kiedy już wszyscy po kolei wykąpaliśmy się i włożyli podarowane czyste ubrania i jakieś buty, dopiero wtedy jak ludzie, albo przynajmniej podobni do ludzi, zasiedliśmy do pierwszego normalnego obiadu. Było nas razem aż 20 osób: oprócz naszej dwunastki (nas czworo, mój stryjek, ciocia Frania i ciocia Bronia z piątką dzieci), także ośmioro domowników (stryj z żoną, ich syn i dwie córki, zięć i dwoje dzieci). Byliśmy wszyscy tacy szczęśliwi.

Brakowało nam do szczęścia tylko naszego ojca, który mieszkał na ziemiach odzyskanych. Od stryja dowiedzieliśmy się, że pojechał tam z siostrą swojego szwagra, która była panną z dzieckiem. Było nam trochę przykro, że tato układał sobie życie nie czekając na nas. Wysłaliśmy do niego wiadomość, że już wróciliśmy, ale zanim dotarła, trochę to trwało. Tymczasem czuliśmy się w gościnie bardzo dobrze. Pomagałam przy sprzątaniu, gotowaniu, czy dojeniu krów. Obie ciocie i kuzynka także pomagały, ile mogły. Nigdy nie zapomnę dobra, którego tam doświadczyliśmy. Czuliśmy się tam jak u rodzonej matki. Co wieczór chodziliśmy na majówkę i mszę św. Rodzina stryja była liczna. Wszyscy nas zapraszali, gościli. Cała wioska była nam przychylna i gdyby tato po nas nie przyjechał, byli już chętni, którzy chcieli nas zabrać do swoich domów.

Czas mijał, a my wciąż czekaliśmy na tata. Trzeba było przecież ochrzcić naszych małych sybiraków - Jasia i Zbyszka. Taty kuzyn, Roman, zrobił bratu buciki (w jego rodzinie prawie każdy umiał robić buty), a ja uszyłam mu ubranko. Pacierza uczyłam go wcześniej, teraz nauczyłam go odpowiedzi na pytania zadawane w czasie chrztu. Radził sobie doskonale. Dwunastego maja skończył sześć lat. Chcieliśmy, by chrzest odbył się właśnie w jego urodziny, ale musieliśmy czekać na ojca. Po trzech tygodniach, kiedy wracaliśmy z majówki, zobaczyliśmy mężczyznę siedzącego na belkach przed domem. Wydawał nam się jakiś znajomy. Kiedy podbiegłyśmy z siostrą bliżej, poznałyśmy naszego tatę.  Było mnóstwo łez radości, ale i rozpaczy z powodu śmierci mamy. Opowiedziałyśmy ojcu wszystko, co przeżyliśmy pod jego nieobecność. Nagle brat zapytał tatę bez pardonu: „Co, tato kupiłeś nam macochę”? Tato się trochę speszył i zaczął tłumaczyć nam, że sam na gospodarstwie nie dawał sobie rady, że ktoś był mu potrzebny do pomocy, więc szwagier podsunął mu swoją siostrę. Powiedział też, że jak się nam nie spodoba, to ją odprawi.  Ale nie odprawił. Po pewnym czasie ożenił się z nią. Nadszedł dzień chrztu świętego. Chyba pierwszy raz ludzie patrzyli na chrzest tak dużych dzieci. Zbyszek miał trzy latka, a brat skończył sześć. Kiedy ksiądz polał głowę bratu, ten zawołał głośno: „Nie liej, wada chałodnaja”! Rozbawił tym wszystkich obecnych. Chrzestnym był kuzyn taty Roman, a chrzestną jego siostra Albina. Przyjęcie też było. Wszystko zorganizowała rodzina. Nigdy nie zapomnę ich dobroci, troski i życzliwości. Kiedy tylko ich wspominam, życzę im nieba. Stryjowie taty bardzo dawno już umarli, a ja nigdy więcej tam nie pojechałam. Byłam tam taka szczęśliwa, że nie bardzo miałam ochotę wyjeżdżać z tatą. Bardzo mi się spodobały okolice i mieszkający tam życzliwi ludzie, ale wszystko ma swój koniec, więc trzeba było ruszać znowu w drogę. Wujek Kania przyjechał po swoją rodzinę, a tato po nas. Zabrał też stryja i ciocię Franię. Znowu pociąg ruszył a my, nieustanni tułacze jechaliśmy dalej szukać swojego miejsca na ziemi.

Lata powojenne

Wujek Kania i nasz tato zajęli gospodarstwa rolne na ziemiach odzyskanych w sąsiednich wioskach, w powiecie bystrzyckim koło Kłodzka. Tato osiedlił się w Starej Łomnicy, a wujek w Nowej Łomnicy. W lipcu 1946 r. ożenił się nasz stryjek, a w sierpniu nasz ojciec. Do szkoły poszło młodsze rodzeństwo, natomiast ja i Romcia zostałyśmy w domu. Nie było naszej prawdziwej mamy, nikt się nami nie interesował, nikt nas nie zachęcił do nauki, a poza tym wstyd było dorosłym zaczynać od piątej klasy podstawówki. Wielokrotnie potem żałowałam tego. Zdawałam sobie sprawę z braku wykształcenia. Musiałam zapomnieć o moim marzeniu bycia nauczycielką. Czułam się życiową kaleką w sensie wykonywania zawodu uzależnionego od wykształcenia, jak i w sensie przebywania wśród ludzi wykształconych. Mimo przebytych wielu chorób, wychudzenia i osłabienia oraz pewnych konsekwencji po przebytych chorobach, nie byłam kaleką fizyczną. Zawsze dawałam sobie w życiu radę dzięki pracowitości i wielkiemu poczuciu odpowiedzialności za swoje czyny i za innych, powierzonych mojej opiece. Przeznaczone mi było widocznie coś innego, niż to, o czym marzyłam. Umiałam szyć i lubiłam to robić. Służyłam ludziom, a przy tym coś niecoś zarobiłam.

Niedługo po nas wrócili z Syberii Pałkowie, to znaczy mamy siostra z mężem i dziećmi. Kiedy wyjechaliśmy z Dwoje Ustia, nie widzieliśmy się potem ani razu. Wujek Pałka znalazł sobie miejsce gdzieś w innym kołchozie daleko od nas. Pamiętam, kiedy jeszcze mieszkaliśmy na początku razem, ich syn, a mój kuzyn Józek był akurat w wieku dorastania. Nie mogę zapomnieć, jak on strasznie z głodu płakał. Bez przerwy siedział pod barakiem i zawodził. Tam też zmarła ich najstarsza córka Stasia. Kiedy dowiedzieliśmy się, że Pałkowie po powrocie osiedlili się w Łące Prudnickiej, pojechałam z tatą, żeby się z nimi zobaczyć. Radość ze spotkania była ogromna. Opowiadaliśmy sobie wzajemnie nasze przeżycia. Między innymi wujek opowiedział, jak oni w tym kołchozie strasznie biedowali. Głód był tak dokuczliwy, że kiedy zdechły konie w kołchozie i kołchoźnicy wywieźli je do lasu, ludzie w nocy szli i po kawałku wyrzynali mięso. Pierwszej nocy się udało. Na drugą noc, gdy przyszli, zobaczyli stado wilków. Nie dali jednak za wygraną. Rozpalili ognisko i kradli po kolei - ludzie wilkom, wilki - ludziom. Wujek był tak wychudzony, że jako dorosły mężczyzna ważył 35 kg. Podobnie było z Józkiem. Wyglądem przypominał grochową tyczkę z racji wysokości i niedożywienia. Obaj szczęśliwie jednak przeżyli.

Ślub. Stara Łomnica, 9 luty 1947
W Łące Prudnickiej osiedliło się wielu repatriantów ze wschodu, między innymi brat mamy Piotr Powroźnik i mamy siostra Honorata oraz rodzice mojego przyszłego męża - Karolina i Andrzej Kołodenni. Wujek Piotr i ciocia Wiktoria krótko mieszkali w Łące. Potem przeprowadzili się do Trzebini, bo wujek jako stolarz potrzebował warsztatu, a tam taki warsztat stolarski był. Mój kuzyn, Józek Pałka, przyjaźnił się z Jasiem Kołodennym, który w czasie wojny ukrywał jego brata Andrzeja. Janek był młodym, dwudziestosześcioletnim wdowcem. Miał czteroletniego synka.  Żona Jasia zmarła w 1945 r. na tyfus plamisty, więc dzieckiem opiekowali się jego rodzice. Janek miał rodzinę w Gorzanowie, położonym w pobliżu Starej Łomnicy. Pewnego dnia umówili się, że pojadą razem odwiedzić swoich krewnych. Józek zatrzymał się u nas, a Jasiu u cioci Baranowej. Kiedyś Janek przyszedł do nas, by się spotkać z Józkiem i tak jakoś wyszło, że wizyty zaczęły się powtarzać, a my zaprzyjaźnialiśmy się coraz bardziej. Jasiu widział, jakie jest moje życie przy drugiej matce, więc zaproponował mi małżeństwo. Mieszkał z rodzicami, odkąd wrócił z frontu, na małym gospodarstwie. Dla mnie własny dom i pewność, że nie będę popychadłem i nie będę głodować, była jakąś nadzieją na przyszłość. Dzieckiem się nie przejmowałam. Pomyślałam sobie, że skoro w takich ciężkich warunkach nie dałam umrzeć z głodu rodzeństwu, to chyba podołam czekającym mnie obowiązkom. Nie było długiego narzeczeństwa. Przyjeżdżał do mnie kilka razy, napisaliśmy do siebie parę listów i już 9 lutego 1947r. wzięliśmy ślub. Syn Jasia, Edzio, szybko przyzwyczaił się do mnie. Swojej mamy nie pamiętał, gdyż zmarła, kiedy miał niecałe dwa latka. Babcię, która go wychowywała, nazywał mamą, a mnie - mamusią. Starałam się, jak mogłam, żeby go nie urazić, ani nie skrzywdzić, bo wiedziałam, co znaczy mieć macochę po stracie matki. Ja i rodzeństwo doświadczyliśmy tego. Nasza druga matka miała swojego (nieślubnego) syna i niechętnie patrzyła na czwórkę obcych dzieci. Ponieważ była dużo młodsza od naszego ojca, chciała się jeszcze bawić chodząc na potańcówki. Gromadka dzieci była zawadą, bo trzeba było więcej jedzenia ugotować, więcej rzeczy wyprać, więcej ubrań kupić, a po wojnie brak było wszystkiego. Z tego powodu chciałyśmy z Romcią szybciej pójść z domu na swoje. Nie miałyśmy długiego, wesołego dzieciństwa, nie zaznałyśmy radości lat młodzieńczych, toteż nie bardzo nam się spieszyło do zamążpójścia. Ale okoliczności nas do tego zmusiły. Romcia wyszła za mąż na wiosnę za Feliksa Rudnickiego z Gorzanowa i też poszła na gospodarstwo jako synowa. Władzia z Jasiem zostali. Chodzili do szkoły i pomagali w gospodarstwie. Z czasem i Władzia poczuła, że jest powodem kłótni ojca z matką, szczególnie wtedy, gdy stawał w obronie swoich dzieci, kiedy widział, że dzieje się im krzywda, że nie traktuje ich na równi ze swoim synem, który dostawał lepsze jedzenie, lżejszą pracę, albo był z niej zwolniony. Kiedy Władzia ukończyła 16 lat, zapisała się do organizacji „Służba Polsce” i wyjechała z domu.  Jakiś czas się jeszcze uczyła, dorabiając na swoje utrzymanie, potem dostała pracę w fabryce nici w Nowej Soli. Tam też poznała swojego przyszłego męża, Edmunda Zielińskiego z Kożuchowa. Po ślubie zamieszkała u niego. Najmłodszy brat przebywał w domu do czasu powołania go do służby wojskowej. Po wyjściu z wojska zamieszkał u Romci.

Siostra autorki Romana z mężem Feliksem Rudnickim. Stara Łomnica, kwiecień 1948 r.
Niedługo potem ożenił się z bardzo ładną, pracowitą i miłą dziewczyną, Zofią Chmielowiec z  Gorzanowa. Jakiś czas mieszkali z jej rodzicami, potem przeprowadzili się do własnego domu.

Po pewnym czasie naszemu ojcu urodziło się jeszcze dwóch synów - Tadeusz i Stanisław. Mieliśmy więc jeszcze dwu braci. Druga żona ojca, Janina Cwynar  nie żyła długo. Zmarła na zawał serca, w czasie snu, w wieku 41 lat. Osierociła trójkę dzieci. Jej syn, z panieństwa, był już dorosły. Po śmierci matki wyjechał w jej rodzinne strony i słuch po nim zaginął. Natomiast pozostała dwójka była jeszcze niepełnoletnia. Tato gospodarzył z dziećmi sam. Było mu trudno pogodzić pracę na polu z pracami domowymi. Gdy był raz w Łące Prudnickiej, ktoś mu naraił pewną starszą, samotną kobietę, z którą potem się ożenił. Sprzedał gospodarstwo w Gorzanowie i przeprowadził się do Łąki, gdzie kupił dom z kawałkiem ziemi. Mówił, że zrobił to dla dobra dzieci. Niestety, ten związek był bardzo nieudany. Ta kobieta, Anna Rzepa, nie była dobra ani dla ojca, ani dla dzieci, których nie rozumiała (nie mówiąc o kochaniu). Czasem, w przypływie szczerości, tato mi się zwierzał i żalił się. Żałował tego ożenku. Raz powiedział tak: „Pierwsza żona była od Boga, druga od ludzi, a trzecia od diabła”. Tato był człowiekiem bardzo pracowitym, ugodowym, życzliwym, towarzyskim i kochającym. Bardzo kochał naszą mamę i nas. Pamiętam z dzieciństwa, jak wieczorami brał mnie na kolana. Wtedy czułam się taka szczęśliwa i bezpieczna w jego ramionach. Te momenty bardzo mocno utkwiły w mojej pamięci.  Szczególnie wieczorem wracają wspomnienia tych szczęśliwych chwil sprzed kilkudziesięciu lat. Życie tata nie oszczędzało. Ciężko pracował na roli i w lesie na Syberii. Stracił dwie żony (pierwsza miała 39 lat, druga 41). Przeszedł cały szlak bojowy od Lenino do Berlina, będąc na pierwszej linii frontu. Walczył dzielnie i ofiarnie, za co otrzymał najwyższe odznaczenie wojskowe, Order Virtuti Militari pierwszego stopnia. Szkoda, że choroba (udar mózgu) pokonała go trochę za wcześnie. Zmarł w wieku 75 lat. Mimo przeciwności losu był pogodny. Umiał się zabawić i rozweselić innych, a co najważniejsze, bez pomocy alkoholu. Nigdy w życiu nie widziałam swojego ojca pijanego, za co mu dziękuję i życzę nieba.

Autorka z mężem, synem Ryszardem i no-wonarodzoną córką Karoliną. Łąka Prudnicka, maj 1949
Wracając jeszcze do wspomnień z dzieciństwa, przypominam sobie jak wiosną nasz tato wstawał o trzeciej nad ranem, dawał koniom obrok, czyścił je, przeglądał uprząż. Wszystko musiało wyglądać przyzwoicie. Potem (obowiązkowo przed siódmą rano), pogwizdując sobie jechał na pole. W zimie, kiedy nie było pracy w polu, pomagał mamie w domu. Jak już wspomniałam wcześniej, tato wyręczał mamę w wielu pracach domowych. Potrafił zrobić prawie wszystko. Jedyne, czego się nigdy nie nauczył, to dojenia krów. Mleko zawsze leciało mu do rękawów. Te wszystkie umiejętności, które posiadał (gotowanie, robienie masła, pieczenie chleba, pranie) przydały się szczególnie wtedy, kiedy mama w 1936 r. musiała jechać do Lwowa na operację. Gdy była w ciąży z Władzią okazało się, że ma guza na jajniku. W Tarnopolu żaden lekarz nie dawał gwarancji, że w czasie operacji uda się zachować ciążę, bez narażania życia dziecka. We Lwowie był bardzo dobry lekarz żydowskiego pochodzenia, który zapewnił mamę, że nic nie zagraża ani jej, ani dziecku, że wszystko się na pewno uda. I tak też się stało. Władzia urodziła się w terminie, cała i zdrowa.

Miałam pisać o latach powojennych, ale muszę jeszcze raz wrócić do przeszłości, związanej z moim mężem, o którym już wspomniałam. Mój mąż, Jan Kołodenny, urodził się 9 lutego 1920 r. w Chodaczkowie Wielkim w rodzinie rolniczej. Był jedynakiem. W 1939 r. został powołany do zasadniczej służby wojskowej w Tarnopolu. Tam zaskoczyła go wojna. Wraz z innymi miał dołączyć do dywizji lwowskiej, więc maszerowali wszyscy w stronę Brzeżan. Nie zdążyli, bo się okazało, że z obu stron mają zamkniętą drogę. Z jednej szli zwyciężający wciąż Niemcy, a z drugiej strony kierujące się na nich czołgi radzieckie. W tej sytuacji poszli w stronę granicy rumuńskiej z nadzieją, że zdążą uciec do Rumunii, ale się nie udało. Widząc zagrożenie ze strony wojsk radzieckich, kapitan kazał im pozbyć się broni, zabrać legitymacje i uciekać na własną rękę, każdy w swoją stronę. Janek przenocował u jakiegoś Ukraińca, który rano dał mu coś zjeść i ruszył dalej. Było to jednak niebezpieczne, bo Ukraińcy napadali i mordowali polskich żołnierzy. Uciekał w stronę Stanisławowa, potem Tarnopola. We wsi Złotów zaatakował go Ukrainiec. Kazał mu zdjąć buty i mundur wojskowy. Janek znał język ukraiński, więc zaczął go prosić, mówiąc między innymi: „To co, ja pójdę w samej koszuli”? I tu się zdradził, bo powiedział po polsku. Na to Ukrainiec: „A w soroczce nie choczesz”? Temu zdarzeniu przyglądała się jego żona. Janek powiedział jej, że pochodzi z wioski Wisze, gdzie mieszkało wielu Ukraińców. Tym sposobem uratował skórę, bo ona wtedy zaczęła krzyczeć na męża: „To nasz chłopak, a pomylił się, bo mieszka z Polakami. Ty idź do młyna i miel mąkę”! Widocznie był młynarzem. Dziękując Bogu, Janek poszedł dalej. Dostał się do Kozowej, gdzie przenocował u znajomego i nazajutrz pomaszerował w stronę stacji kolejowej zobaczyć, czy nie jedzie jakiś pociąg w kierunku Chodaczkowa. Był już zmęczony pieszą wędrówką. Zobaczył stojący na stacji bardzo długi skład wagonów z dwiema lokomotywami. Chciał wsiąść, ale siedzący tam żołnierze nie chcieli go wpuścić. Zdenerwował się mówiąc: „Ja też jestem żołnierzem i też chcę wrócić do domu”, ale oni stanowczo go wypychali. Byli to głównie oficerowie i starsi rangą żołnierze. Mówili coś, że wiozą ich do Kozielska, czy Kozich Gór, ale on nie zwracał na nich uwagi, tylko siłą wsiadł do pociągu. Kiedy pociąg zbliżał się do Chodaczkowa, a on chciał wysiąść, usłyszał że nie wolno nikomu wysiadać w czasie podróży. Ktoś z polskich żołnierzy powiedział mu po cichu, że jeśli jednak uda mu się wysiąść, to żeby zawiadomił Sikorskiego za granicą, dokąd ich wiozą. W Chodaczkowie pociąg się zatrzymał, więc Janek chciał wyjść, ale nie było o tym mowy. Dwaj strażnicy pilnowali pociągu chodząc tam i z powrotem, to znaczy schodzili się i rozchodzili w przeciwne strony obok wagonów. Jasiu z przerażeniem patrzył na to nie wiedząc, co ma zrobić. Wreszcie zdecydował się. Kiedy strażnicy rozeszli się i troszkę oddalili, wykorzystał moment i wyskoczył. Tak szybko, jak potrafił przeskoczył tory i wpadł w rosnące tam krzaki. Było tam niewielkie zagłębienie, więc przywarł w nim mocno do ziemi i leżał nieruchomo z bijącym sercem. Czekał, co będzie dalej. Strażnicy coś spostrzegli, bo z dalszego wagonu też ktoś wyskoczył. Zaczęli więc strzelać i szukać uciekinierów. Dwóch rannych zawlekli do wagonu strasznie przeklinając. Po jakimś czasie ucichło, pociąg zagwizdał i ruszył powoli w dalszą drogę. Na szczęście Jasia nie zauważyli. Mąż nieraz wspominał, jak gorąco modlił się wtedy do Matki Boskiej, by go ocaliła. W późniejszym czasie okazało się, że ten właśnie pociąg wiózł ludzi na śmierć do Katynia. Po odjeździe pociągu Janek długo bał się podnieść głowę i ruszyć z miejsca. Kiedy cisza trwała nadal, wstał. Idąc w kierunku dworca, spotkał znajomego zawiadowcę stacji. Ten zapytał: „Synu, to ty uciekłeś z tego pociągu? Masz wielkie szczęście!” Janek opowiedział mu wszystko, przekazując wiadomość podaną przez żołnierza w pociągu. Potem Janek wstąpił do znajomych, pożyczył cywilne ubranie, żeby nie rzucać się w oczy radzieckim żołnierzom i dopiero wtedy wrócił do domu, gdzie czekała na niego matka z ojcem. 

 

Kolejne części wspomnień już wkrótce w Głogówek Online.

Zmieniony: Wtorek, 11 Grudzień 2007 11:47