Głogówek Online
 
26 | 06 | 2017
Dawnych lat wspomnienie - część 7 Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Teofila Kołodenna   
Czwartek, 22 Listopad 2007 11:21
Minęło lato. Czekała nas kolejna okropna zima. Bałyśmy się jej. Zastanawiałyśmy się, jak sobie poradzimy, co z nami będzie, ile jeszcze takich zim przyjdzie nam na tym wygnaniu przeżyć. Ale zaczęły dochodzić do nas głosy, że Ameryka i Anglia naciskają na Stalina, żeby uwolnił Polaków i pozwolił im wrócić do kraju. Z nadzieją oczekiwaliśmy dnia powrotu. Wreszcie zaczęli nas spisywać i pytać, czy chcemy wracać. Oczywiście wszyscy chcieliśmy, więc zaczęli wyrabiać nam dokumenty potrzebne do wyjazdu. I oto dowiedzieliśmy się, że wyjedziemy 26 marca, póki jeszcze rzeka jest zamarznięta i żeby sańmi mogli nas odwieźć do Krasnojarska.

Powrót

Autorka z ciotką przyszłego męża - Smolakową. Stara Łomnica 1946 r.Nadeszła chwila pożegnania ze znajomymi Rosjanami. Oni płakali. Częściowo z powodu rozstania, częściowo z żalu, że my już wracamy, a o nich nikt się nie upomniał przez całe 12 lat, odkąd tam ich zesłano. Naszą radość z powrotu przyćmił smutek, że musimy zostawić tam najbliższych: mamę i babcię w Jermołajewie i dziadka, zmarłego gdzieś, nie wiadomo gdzie. Mieliśmy następnego dnia rano, by znowu jechać przez trzy dni z przerwami na wyproszone noclegi. Sprzedałam pierzynę, poduszki i czarną sukienkę mamy, żeby można było w drodze kupić coś do jedzenia. Teraz niestety nikogo nie obchodziło, co będziemy w czasie długiej podróży jeść. Przed podróżą poszliśmy na cmentarz, by się pożegnać z mamą i babcią. Był tęgi mróz. Na grobach leżało bardzo dużo śniegu, tylko krzyże ponad ten śnieg wystawały. Słońce zachodziło czerwono, a my wciąż staliśmy. Łzy zamarzały nam na policzkach, a serca pękały z żalu, bo dobrze wiedzieliśmy, że już nigdy tam nie wrócimy, nie zapalimy znicza, nie położymy kwiatów. W czasie naszego pobytu nie mogliśmy tego zrobić, bo po prostu nie było tam zniczy, ani kwiatów w tym surowym, klimacie, na odludziu.

Rano zajechały sanie. Wrzuciliśmy nasz kuferek oraz maszynę do szycia - pamiątkę po mamie i ruszyliśmy w drogę. Nadchodziła wiosna. Przyszła wcześniej, niż zwykle. Miejscami na lodzie była woda, więc nie wiadomo było, czy nie ma gdzieś jakiej dziury. W niektórych miejscach woda sięgała koniom do kolan. Kołchoźnicy bardzo się bali, ale musieli nas odwieźć. Taki mieli rozkaz. Nas też przerażał ten widok. Drugiego dnia podróży, kiedy sanie jechały jedne za drugimi, przeżyliśmy wielki strach. Władzia z Jasiem i jedna starsza kobieta, pani Młodzianowska, jechali przed nami, a my z Romcią i Frankiem, synem pani Młodzianowskiej, jechaliśmy za nimi. Nagle furman podbiegł do konia przy pierwszych saniach i raptownie w miejscu je zawrócił. Okazało się, że była tam duża dziura w lodzie. Gdyby nie refleks furmana, sanie poszłyby pod lód. To było wielkie szczęście, że furman w porę zobaczył, co się dzieje. Widocznie furmani byli przygotowani na różne zagrożenia, więc jechali z czujnością.

Wreszcie dojechaliśmy do Krasnojarska. Długi skład wagonów czekał na ludzi, przyjeżdżających z różnych stron. Znowu wsiadaliśmy do bydlęcych wagonów, ale już nie zapędzani jak bydło. Byliśmy wolni. Nikt za nami nie zatrzaskiwał drzwi, nikt nas nie popędzał. Czekaliśmy chyba trzy dni na ciągle dojeżdżających ludzi - tułaczy. Tu spotkaliśmy naszą ciocię Kaniową. Wujek też był na froncie i tak jak nasz tato, nie wracał już na Sybir, tylko po skończeniu wojny przebywał u rodziny, a potem obaj pojechali na ziemie odzyskane szukać miejsca do osiedlenia się. Do własnych domów nie można było wrócić, bo Stalin je zabrał i dał Ukraińcom. Dowiedzieliśmy się od cioci, że u nich nikt nie zmarł, a nawet jeszcze ich przybyło, bo urodził im się syn, Zbigniew. Był ich piątym dzieckiem, gdyż mieli już Kazimierę, Tadeusza, Leszka i Matyldę. Razem z ciocią i jej dziećmi jechał też nasz stryj. Kiedy został ranny na froncie, nie pojechał do swoich, tylko do siostry i teraz razem dołączyli do transportu. Wspólnie było nam raźniej. Przed wyjazdem dostaliśmy list, w którym tato pisał do nas, żeby nie jechać tam, gdzie nas powiozą, tylko żeby się udać do cioci Cwynarowej, która mieszkała koło Przemyśla, albo w jego rodzinne strony, do Handzlówki, do jego stryjów.

Pociąg wlókł się powoli, ale kiedy się zatrzymywał, mogliśmy spokojnie, przez nikogo nie poganiani wyjść i odetchnąć świeżym powietrzem. Świadomość, że jesteśmy wolni, dodawała nam otuchy, choć głód nam nadal bardzo doskwierał. Jeść nam nikt nie dawał, a kupić nie bardzo było za co i gdzie. Pociąg nie zatrzymywał się często, a jeżeli już stawał, to nie zawsze tam, gdzie można było kupić kawałek chleba, czy jakąś zupę. Poza tym ten naród był po wojnie tak biedny, że sam nie miał co jeść. Byliśmy coraz bliżej końca wędrówki, choć nie bardzo wiedzieliśmy dokąd jechać, gdzie wysiadać. Na postojach ciocia przychodziła do naszego wagonu, albo my do niej i wspólnie zastanawialiśmy się nad tym.

Pociąg jechał przeważnie nocami. Rano zatrzymywał się na uboczu, żeby ludzie mogli rozprostować kości, albo iść za potrzebą. Pewnego ranka pociąg się zatrzymał, więc ludzie wychodzili i wchodzili, a nasza Romcia zaspała i gdy się obudziła, nie patrząc na nic, bez namysłu wyskoczyła z wagonu. Obok stał inny pociąg, dalej następny. Trzeba było przejść pod wagonami, żeby znaleźć ustronne miejsce. Zanim skończyła, pierwszy pociąg ruszył, więc musiała czekać, aż przejedzie, a były to bardzo długie składy wagonów, nie było widać ich końca. Gdy była już niedaleko naszego pociągu, ten ruszył. Zaczęła biec, lecz nie dała rady. Zdołała złapać uchwyt, ale wymknął jej się z ręki i spadła. Pociąg jechał do południa bez przerwy, a my umieraliśmy ze strachu, co się z nią stało. Nie wiedzieliśmy, czy wpadła pod pociąg i zginęła, czy leży gdzieś ranna. To byłoby straszne, gdybyśmy ją stracili i to w czasie, gdy pociąg zbliżał się już do granicy. Okazało się, że było więcej takich jak ona. Poszliśmy do kierownika pociągu i powiedzieliśmy mu, co się stało. On zadzwonił na tamtą stację i zgłosił ile osób tam zostało. Czekaliśmy do wieczora. Kiedy pozbierali wszystkich zabłąkanych, przywieźli ich pociągiem. Na szczęście Romcia była cała i zdrowa. Opowiedziała nam, ile strachu przeżyła, kiedy biegła za pociągiem. Chwyciła za uchwyt w drzwiach, myśląc że na stopniu jakoś się utrzyma, ale się nie udało. Spadła na szczęście obok pociągu. Dobrze też, że nie potoczyła się na drugi tor, po którym jechał właśnie inny pociąg. Gdy się pozbierała, nie wiedziała, co robić. W oddali zobaczyła domy, więc poszła tam. Weszła do pierwszego z nich i opowiedziała, co ją spotkało. Dobrzy ludzie dali jej kawałek chleba na drogę i zaprowadzili na stację kolejową. Mieszkali tam Polacy, bo to były przedwojenne polskie tereny. Tak więc, dzięki Bogu, znowu byliśmy razem.

Kiedy zbliżaliśmy się do przedwojennej granicy z Polską, był już kwiecień. Wiosenne słońce sprawiało, że nie marzliśmy. Już na samą myśl, że wkrótce będziemy w kraju, robiło się cieplej. Serca nam biły z radości i niecierpliwości. I oto nadszedł dzień, kiedy pociąg zatrzymał się w Królewcu. Były to polskie ziemie, chociaż już nie nasze. Kiedy wyszliśmy na peron, naszym oczom ukazał się na wzgórzu mały kościółek. Kościółek, za którym tak bardzo tęskniliśmy przez długie sześć lat. Ktoś pobiegł do maszynisty, czy też kierownika pociągu, nie pamiętam, by spytać, jak długo nasz pociąg będzie stał na stacji i czy zdążymy pójść do kościoła pomodlić się i podziękować Bogu za szczęśliwy powrót. Usłyszeliśmy, że mamy dwie godziny postoju. Co się potem działo, trudno opowiedzieć. Kto tylko miał siłę, wysiadał z pociągu, tak że po krótkim czasie zaroiło się na peronie jak od mrówek. Płacząc z radości ludzie zmierzali w jednym kierunku. Niektórzy na kolanach przekraczali próg kościoła, w którym po chwili rozległ się jeden wielki szloch. Ludzie przez łzy zanosili modły i głośno wzdychali. Trudno wyrazić słowami to, co przeżywaliśmy w tym momencie. Obok kościoła była plebania, z której zaraz wyszedł polski ksiądz. Przywitał nas serdecznie i pobłogosławił. Powiedział, że witał już kilka takich transportów, którymi wracają zesłańcy. Pokrzepieni na duchu wróciliśmy na stację i pojechaliśmy dalej.

Autorka z przyszłym mężem w okresie narzeczeństwa. Stara Łomnica 1946 r.
Następny dłuższy postój był w Baranowiczach. Tam też poszliśmy do kościoła. Trafiliśmy akurat na wieczorne nabożeństwo, które było dla nas wielkim przeżyciem. Ostatni postój miał miejsce w Brześciu Litewskim, a więc tuż przed polską granicą. Był pierwszy maja 1946 roku. Tak jak na poprzednich postojach udaliśmy się do kościoła, gdzie zaczęło się właśnie nabożeństwo majowe. Kiedy zaśpiewali Litanię do Matki Boskiej, to wydawało mi się, że całe niebo śpiewa, a na moją duszę spływa jakiś kojący balsam. Były w tym dniu akurat moje osiemnaste urodziny i choć wtedy o tym nie myślałam, dziś wiem, że był to dla mnie najwspanialszy prezent.

Trzeciego maja rankiem przekroczyliśmy polską granicę. Jaka to była radość! W ten piękny słoneczny poranek ludzie zapomnieli o głodzie i o tym, co ich akurat martwiło - gdzie znajdą dach nad głową. Ciocia Kaniowa przyszła do nas i powiedziała, że będziemy jechać do końca, dokąd nas pociąg zawiezie. Ja natomiast chciałam jechać do Orzechowic koło Przemyśla, tak jak nam radził w liście tato, to znaczy do cioci Cwynarowej. Niestety zadecydował głos cioci, więc jechaliśmy razem dalej w kierunku Szczecina, gdzie miała się zakończyć nasza podróż. Kiedy dojechaliśmy do Poznania, transport się zatrzymał. Stał dość długo, więc mieliśmy czas i okazję porozmawiać z żołnierzami, którzy wracali akurat z okolic Szczecina. Powiedzieli nam, że tamtejsze poniemieckie domy są bardzo zniszczone, bez drzwi i okien. Widzieli, że większość z nas, wracających z zesłania, to kobiety z dziećmi, więc odradzili nam dalszą jazdę mówiąc: „Co wy tam same będziecie robić”? Wtedy ciocia zaczęła się zastanawiać i kiedy pociąg miał już ruszyć, przybiegła do naszego wagonu i kazała nam wysiąść. Niewiele było do zabrania, tylko kuferek i maszyna do szycia, więc szybko wynieśliśmy nasz bagaż na peron, dzieci wysiadły i pociąg ruszył. A my zostaliśmy pod gołym niebem z niewiadomą, co dalej robić. Postanowiliśmy, że pojedziemy do Handzlówki, do stryjów tata i cioci. Ona się tam urodziła, więc dobrze znała okolicę. Nie było strachu, że zabłądzimy.

Mieliśmy tylko obawę, jak nas tam przyjmą bez zawiadomienia i zgody z ich strony. Ciocię znali, ale nas nie, a poza tym było nas razem 12 osób. Kto weźmie sobie „na głowę” taką gromadę biednych ludzi? Na początek trzeba było znaleźć coś do jedzenia i zdobyć bilety na podróż. Dowiedzieliśmy się, że w mieście jest punkt pomocy repatriantom. Dobrzy ludzie wskazali nam drogę. Na miejscu rzeczywiście udzielono nam pomocy. Dali nam jedzenie, a na bilety kazali trochę poczekać. Trwało to chyba trzy dni. Przez ten czas chodziliśmy tam po jedzenie. Kiedy dostaliśmy te upragnione bilety, wsiedliśmy do pociągu jadącego w kierunku Łańcuta. Ósmego maja o godzinie jedenastej wieczorem byliśmy na miejscu. Noc trzeba było spędzić w poczekalni. Przyzwyczajeni do ciężkich warunków spaliśmy na podłodze. Byliśmy brudni, obdarci, wynędzniali, to też ludzie patrzyli na nas ze zdziwieniem. Gdy jednak usłyszeli skąd wracamy, byli bardzo poruszeni. Obudziwszy się wczesnym rankiem zauważyliśmy, że nie ma cioci. Godziny mijały, a jej wciąż nie było. Zastanawialiśmy się, dokąd poszła i dlaczego nic nam nie powiedziała. Zaczęliśmy się o nią martwić. Wychodziłyśmy z Kazią, jej córką, na miasto, ale zaraz wracałyśmy, bo nie wiedziałyśmy gdzie jej szukać. Zbliżało się południe, gdy przed poczekalnię zajechał drabiniasty wóz, służący do zwożenia z pola snopów zboża. Siedziała na nim ciocia i nieznany nam mężczyzna. Okazało się, że był to kuzyn taty, Pusz Roman. Ciocia zrobiła nam niespodziankę. Wstała bardzo wcześnie, bo chciała jak najszybciej dotrzeć do Handzlówki oddalonej o 12 km. Szła piechotą, ale znała drogę, więc dotarła na miejsce dość szybko. Powiadomiła stryja o naszym przybyciu, załadowała na wóz jedzenie i przyjechała po nas. Jaka wielka była nasza radość na widok takiej dużej ilości jedzenia. Pierwszy raz po sześciu latach mogliśmy się najeść do syta tak upragnionego chleba i jajek, których tam nie widzieliśmy na oczy. Kiedy już wszyscy się najedli i powsiadali na wóz, ruszyliśmy w drogę.

Kolejne części wspomnień już wkrótce w Głogówek Online.  

Zmieniony: Sobota, 29 Listopad 2008 22:14