Głogówek Online
 
22 | 10 | 2017
Dawnych lat wspomnienie - część 6 Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Teofila Kołodenna   
Sobota, 20 Październik 2007 03:00
Po śmierci mamy pisałam do tata list za listem. To przynosiło mi trochę ulgi. Wreszcie nadszedł długo oczekiwany list od taty. Pisał w nim, że żyje i że wyszedł z boju bez szwanku. Napisał też, jaką radość sprawił mu mój list, który napisałam do niego przed Bożym Narodzeniem, zanim mama pojechała w swoją ostatnią podróż. List ten ułożyła mi mama. Był pisany wierszem, bardzo długi i ładny. Żałuję dziś, że nie zachowałam z tamtych czasów żadnej pamiątki, w postaci listu, czy dokumentu, ale dla mnie wtedy było to nieistotne. Tato pisał, że w dzień Wigilii zebrali się razem (on i kilku kolegów) i on przeczytał im głośno mój list, który wzruszył ich tak bardzo, że wszyscy płakali. Wówczas nie wiedział jeszcze o śmierci mamy.
Mąż autorki (pierwszy z prawej) Mąż autorki (pierwszy z prawej) i koledzy z pułku. Wadowice, maj 1945 r.
Moich listów nie dostał, bo, jak się okazało, mąż wspomnianej wcześniej sąsiadki dostał od niej list, w którym pisała, by tata oszczędzić i nie dawać mu listów do rąk. Ale jak długo można to było ukrywać? W końcu dostał moje listy, a było ich (jak później pisał) około dwudziestu. Wpadł w taką rozpacz, że chciał się zastrzelić, ale koledzy go pilnowali i nie zostawiali samego. Zrozpaczony, prosił mnie w liście, żebym nie oddała dzieci do sierocińca, bo może ich po wojnie nie odszukać. Napisałam mu, że nigdy tego nie zrobiłabym, nawet bez jego prośby. Zapewniłam ojca, że na dobre i złe zostaniemy wszyscy razem. I zostaliśmy.

Trzeba było sobie jakoś radzić, by przetrwać. Chodziłyśmy do lasu po gałęzie, albo szłyśmy z Romcią nad brzeg Jeniseju, gdzie leżało drzewo przygotowane do wiosennego spławu i zabraną ze sobą piłą rżnęłyśmy je (tak cicho, jak tylko się dało) na takie kawałki, jakie mogłyśmy udźwignąć. Brałyśmy je na ramiona, ona na jedno, ja na drugie i tak uginając się pod ciężarem taszczyłyśmy je do domu. Przy wejściu do chaty były schody, a pod nimi - dziura. Tam właśnie chowałyśmy to drzewo.

Potem rżnęłyśmy na klocki i rąbały na mniejsze kawałeczki, którymi można było dopiero palić w piecu. Zaopatrzenie się w opał to był jeden problem, a drugi, niemniej ważny, to coś do jedzenia. Ponieważ obie z Romcią nie pracowałyśmy zawodowo, więc nie należał nam się przydział chleba. Tylko Władzia i Jasiu dostawali razem 800 g chleba na dzień. Na nas czworo było to zbyt mało, żeby się najeść. Można go było jedynie dobrze powąchać. Kiedy wydawało się, że nie damy sobie rady, znów maszyna mamy nas wyratowała.

Pewna młoda Rosjanka przyszła i zaczęła prosić, żebym jej uszyła sukienkę z materiału, który dostała w paczce przysłanej z terenu Niemiec. Znajdujący się tam Rosjanie grabili sklepy, a potem zdobyte łupy, między innymi materiały na ubrania, wysyłali swoim do Rosji. Z takiego właśnie materiału miałam uszyć tę sukienkę. Bałam się do tego zabrać, bo nigdy nie kroiłam materiału, jedynie patrzyłam, jak robiła to mama. Była to dla mnie wielka odpowiedzialność, bo gdybym ten materiał zniszczyła, nie miałabym ani możliwości odkupienia, ani pieniędzy na to. Z drugiej strony chęć, a właściwie potrzeba zarobienia choćby wiaderka ziemniaków była ogromna. Nie mieliśmy wtedy nic. Za tata dawali nam 150 rubli zapomogi, a wiadro ziemniaków kosztowało 200. Dwa dni przymierzałam się do krojenia. Na trzeci dzień pomodliłam się mówiąc: „Boże, dopomóż uratować dzieci od głodu”! I udało się. Sukienka była udana, dziewczyna zadowolona, a ja zyskałam nadzieję, że jakoś to będzie i z głodu nie umrzemy.

Po śmierci mamy przychodził do nas wieczorami starszy pan. Nazywał się Chmielnicki, imienia nie pamiętam. Mieszkał z żoną niedaleko nas. Ich córka, Wanda, była na froncie. Przychodził często, by nas pocieszyć, ale także po to, by się z nami modlić. Co wieczór odmawialiśmy litanię i inne modlitwy za zmarłych. Pod koniec lutego przyszedł do nas jak zwykle. Pomodliliśmy się, potem jeszcze trochę z nami posiedział i poszedł do domu. Nazajutrz dowiedzieliśmy się, że wracając od nas przewrócił się na ganeczku swojego domu, gdyż dostał wylewu, albo zawału serca. Trzy dni strasznie charczał i nie ruszał się. Gdy zmarł, pochowano go obok naszej mamy. Straciliśmy naszego przyjaciela.

Do mnie przychodziło coraz więcej osób z szyciem, ale to, co zarobiłam nie starczało na życie. Była to kropla w morzu potrzeb. Nękały nas różne choroby: zapalenia, przeziębienia. Jeszcze za życia mamy chorowaliśmy na malarię, która bardzo nas męczyła. Raz gorączka nas paliła jak ogniem, to znów zimne dreszcze rzucały nami na łóżku. Dopiero kiedy dostaliśmy chininę, wyzdrowieliśmy. Pewnego razu przyszła do nas młoda dziewczyna z koleżanką, żeby jej uszyć sukienkę. Moja siostra, Władzia, bawiła się obok mnie. Była ładną dziewczynką z lekko kręcącymi się włosami. Rosjanka popatrzyła na nią i powiedziała: „Kakaja krasiwaja diewoczka!” (Jaka ładna dziewczynka!). Nagle dziecko zaczęło się chwiać na nogach. Położyło się i sprawiało wrażenie umierającego. Wystraszone nie wiedziałyśmy, co się dzieje. Romcia pobiegła po babcię, naszą sąsiadkę zza ściany. Przyszła, popatrzyła i spytała, jak to dokładnie było. Opowiedziałyśmy jej, a ona od razu się domyśliła, co się stało. Nic nie mówiąc wzięła wodę, do której wrzucała jakieś węgielki. Coś tam poszeptała, umyła ją tą wodą, potem znów coś tam zrobiła i nagle Władzia wstała i poszła się bawić, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Babcia nam wytłumaczyła, że to były uroki, że niektórzy ludzie mają zły wzrok, którym niechcący mogą zaszkodzić, kiedy się nad kimś zadziwią.

Zima dawała się we znaki i nękała nas okropnie. Spaliśmy we czworo w jednym łóżku. Nocami nie mogłam spać. Ciągle płakałam. Jednej nocy przyśniło mi się, że mama jest w szpitalu. Przyszłam do niej, a ona na mnie popatrzyła, podniosła się na łóżku, chwyciła mnie za ramiona i powiedziała: „Nie płacz więcej, bo jest mi tu bardzo ciężko”. Gdy się obudziłam, miałam ręce wyciągnięte nad łóżkiem. Zrozumiałam, że mama tonęła w naszych łzach. Nie chciała, żebyśmy płakali.

Ja szyłam i gotowałam, a Romcia chodziła do sklepu po chleb, który był na kartki. Sklepikarz zaznaczał na kartce każdy dzień, kiedy się go brało. Robił to ołówkiem. Pewnego razu stojąc w kolejce, Romcia niechcący palcami pocierała kartkę, akurat w miejscu z wczorajszą datą. Kiedy przyszła jej kolej, sklepikarz popatrzył na kartkę i spytał: „Nie brałaś wczoraj chleba”? Ona nie wiedząc o co chodzi, powiedziała, że nie. Wtedy dał jej drugi chleb, za poprzedni dzień. Okazało się, że gdy ona tak nerwowo tę kartkę ściskała, starła ślad po ołówku. Potem kilka razy specjalnie próbowała wymazać datę i udawało się, ale raz sklepikarza zastępował jego syn i on przyłapał ją na oszustwie. Zabrał jej kartkę, karząc ją w ten sposób. Byliśmy w strachu, że do końca miesiąca będziemy bez chleba, ale na drugi dzień był w sklepie ten sam, co zawsze, starszy pan i powiedział: „Roma, zapomniałaś wczoraj kartki na chleb” i kartkę oddał. Może zrobił to z litości, ale na pewno nas uratował, za co byliśmy mu bardzo wdzięczni.

Zimą nie można było wieczorami wychodzić z domu. Wilki chodziły pod oknami i zagryzały kołchoźnikom owce. Na naszej ulicy, niedaleko od nas, wilki zagryzły cielną krowę, wyciągając z niej cielątko. Ludzie nie mieli co temu bydłu dać jeść, więc chodziło luzem narażone na pożarcie. Latem trawy było w lesie pełno, ale nie wolno było kosić prywatnie, chociaż kołchoz tego i tak nie używał. Ludzie mieli tylko tyle, ile zdołali ukraść. Mieli swoje małe działeczki i tylko z tego mogli korzystać.

Nadal chodziłam pomagać komendantowej, ale już nie sama. Chodziłyśmy z Romcią na zmianę. Trzeba było jakoś przetrwać do lata. Zaczęłyśmy się starać, żeby sprowadzić do nas babcię z ciocią. Stryjek był na froncie, a one zostały we dwie w miejscowości oddalonej od nas o 50 km. Na pogrzebie mamy nie były, gdyż nie było ich jak zawiadomić, a po drugie w czasie takiej ostrej zimy babcia, staruszka, nie dałaby rady przyjechać. W zarządzie rady wiejskiej obiecali nam, że dadzą podwodę, czyli transport dla nich. Tak też się stało. Po pewnym czasie przyjechały do nas i zamieszkały razem z nami w naszej chatynce. Było nam odtąd raźniej, ale nie lżej. Babcia była stara, schorowana, sama wymagała opieki. Ciocia dostała pracę w szkole, jako sprzątaczka.

Byliśmy wciąż głodni. Naszym największym pragnieniem było, by chociaż raz najeść się do syta zwykłego, suchego nawet chleba, czy postnych ziemniaków, ale nawet tego nie było na codzień. Brakowało wszystkiego. Chęć zaspokojenia głodu skłoniła mnie do kradzieży. Trudno mi się do tego przyznać, ale wtedy nie myślałam o wyrzutach sumienia, tylko o tym, jak ukraść, żeby mnie nie przyłapano. Była jesień. U sąsiadki w ogrodzie rosły ziemniaki, które mnie strasznie kusiły. Pewnego dnia postanowiłam, że pod osłoną nocy pójdę spróbować. Gdy nastał wieczór i zrobiło się ciemno, z bijącym sercem poszłam i zaczęłam delikatnie, po jednym czy dwa ziemniaki, wybierać spod krzaka. Niewiele wtedy ukradłam. Później wzięłam trochę więcej, ale to było tylko tej jednej jesieni i tylko kilka razy.

Niedługo potem brat zaczął chorować na dziwną chorobę. Na głowie robiły mu się gule (to znaczy guzy) z ropą, która z nich wypływała i ciekła po ciele. Była to gęsta maź. Trzeba było co chwilę ją zmywać, bo gdy zaschła, brat nie mógł obrócić głową. Biedny siedział i bez przerwy płakał. Byłyśmy bezradne, więc znów poszłyśmy po pomoc do naszej sąsiadki. Babcia przyszła, pooglądała i powiedziała nam, że ta choroba nazywa się u nich zołotucha, że jest spowodowana brakiem witamin i że dziecko nie powinno jeść same tylko ziemniaki. Trzeba koniecznie dać mu coś mącznego. Łatwo powiedzieć, ale skąd wziąć mąkę. Wpadłyśmy na pomysł, żeby iść do tej Rosjanki, która pracowała w magazynie zbożowym. Wzięłyśmy ten angielski mundur, w którym kiedyś zamarzałam, żeby wymienić go na pszenicę. Zgodziła się. Dała za niego chyba 30 kg pszenicy, którą zmieliłyśmy na żarnach. Zaczęłyśmy brata tym karmić i pomogło. Wyzdrowiał dzięki naszej mądrej i życzliwej sąsiadce, która kiedyś wyleczyła nam Władzię.

Wczesną wiosną było bardzo ciężko. Bardzo skromne zapasy dawno się skończyły, a pokrzywy i szczawiu jeszcze w lesie nie było. Poszłyśmy z Romcią na niezaorane pole po ziemniakach należące do kołchozu z nadzieją, że coś znajdziemy. No i znalazłyśmy kilka zmarzniętych, kilka zgniłych. Ucieszyłyśmy się, że będą placki. Potarłam te ziemniaki, dodałam trochę śrutu z pszenicy i na piecu upiekłam te upragnione placki. Do dziś czuję ich zapach i smak. Głód to wielki pan. Wszystko da się zjeść, tylko z jakim skutkiem. Ciężko to odchorowaliśmy.

Nadeszła wiosna. Nasz komendant wyprowadził się do Daurska, więc już nie chodziłyśmy sprzątać, tylko ja czasami szłam do komendantowej, do Daurska, coś uszyć, albo w czymś pomóc. Tato pisał do nas listy, w których donosił, że jest cały i zdrowy. Kule go omijały, choć był na pierwszej linii frontu w piechocie, a ta wiadomo, najbardziej była wystawiona i narażona na strzały i śmierć ze strony przeciwnika. Szedł z frontem od Lenino do Berlina i dzięki Bogu ani razu nie był ranny. Szczęśliwie dożył końca wojny, który przyszedł razem z piękną wiosną. Była to dla nas radosna, długo oczekiwana chwila, ale nadal nie było wiadomo, co z nami będzie, czy ktoś się o nas upomni i czy będziemy mogli wrócić z zesłania.

Po śmierci mamy, kiedy sytuacja wydawała się bez wyjścia, nachodziły mnie głupie, straszne myśli, by iść i utopić się. Miałabym wtedy spokój, ale myśl o rodzeństwie odwodziła mnie od tego zamiaru. Myślałam dalej tak: „Ludzie umierają z głodu, a my żyjemy. Może Bóg da, że połączymy się z ojcem”. To dodawało mi otuchy i nadziei. Wydawało się, że ten moment jest blisko. Cieszyliśmy się bardzo z końca wojny, ale musieliśmy jeszcze długo czekać na prawdziwy koniec naszej udręki, naszych kłopotów, głodu i wyczerpania. Choć byliśmy już wolni, nic się w naszym życiu nie polepszyło. Był 1945 rok. Minęło pięć lat, jak nas wywieziono na Sybir. Okropnie tęskniliśmy za ojczyzną, za Polską, ale żadnej nadziei nie było widać. Nie poprawiła się nasza sytuacja żywieniowa (jeśli nie liczyć pokrzyw i szczawiu, który znów można było w lesie zrywać). Żeby zapomnieć o głodzie, niektórzy dużo czasu przesypiali, albo przetańcowali.

Żyjąc tyle lat wśród Rosjan zauważyłam, że był oni bardzo muzykalni. Wszyscy pięknie śpiewali. Dziewczyny grały na bałałajkach, chłopcy na harmoszkach i gdy tylko przyszła wiosna, wychodzili na ulice grając i śpiewając. Nasza wioska była położona na obu brzegach rzeki Czeremoszki, która na końcu wioski wpadała do Jeniseju. Te dwa brzegi łączył most, na którym młodzież się spotykała. Wieczorem wychodził jakiś chłopak z harmoszką i zaczynał grać idąc ulicą. Do niego dołączali inni, szli przez most na drugą stronę rzeki, a tam wychodzili następni chętni i znowu wracali na most, gdzie śpiewali i tańczyli do późna.

Nie było chuligaństwa, agresji, ani różnicy, że to Rosjanin, Polak, czy ktoś innej narodowości. Wszyscy się spokojnie bawili. Moja siostra Romcia często mi uciekała na ten most, by śpiewać i tańczyć, bo jak mi się tłumaczyła, w ten sposób zapominała o głodzie, którego nie mogła znieść. Może i ja bym tam chodziła, gdyby los nie zrzucił na moje barki ciężaru odpowiedzialności za rodzinę. Miałam obowiązki. Musiałam wieczorami pilnować dzieci. Musiałam zastąpić im ojca i matkę. Czasami dziewczyny przychodziły do mnie z szyciem, albo tak po prostu - posiedzieć. Próbowały mnie nauczyć grać na bałałajce, ale niestety nie udało się. Moje palce nie nadawały się do tego, tylko do szycia, do ciężkiej pracy, choć muszę się przyznać, że zazdrościłam im tych zdolności. Teraz pociesza mnie to, że moja córka, Karolina, potrafi grać i śpiewać. Obecnie jest na emeryturze, ale wcześniej była nauczycielką. Mogę powiedzieć, że spełniła moje marzenie z lat dziecinnych, by uczyć w szkole.

Któregoś czerwcowego dnia 1945 r. poprosiła mnie komendantowa, żeby do niej przyjść, bo ma coś do uszycia. Poszłam wcześnie rano, sądząc, że zdołam uwinąć się z tym do wieczora.

Okazało się, że musiałam zostać dłużej. Nie wróciłam zaraz do domu. Nocowałam tam jedną, czy może dwie noce, nie pamiętam dokładnie. Kiedy wracałam do domu, mijałam dzieci bawiące się na drodze w naszej wsi. Gdy mnie zobaczyły, zaczęły wołać: „Wasza babcia umarła”. Nie dowierzałam im, ale z bijącym sercem przyspieszyłam kroku. Gdy weszłam do domu, zobaczyłam babcię już ubraną, na katafalku. Odeszła nagle w czasie popołudniowej drzemki. Siostra usypiała brata na łóżku, a babcia położyła się na kuferku pod oknem. Ciocia była w pracy, a młodsza siostra bawiła się z rosyjską koleżanką. Wydawało im się, że babcia za długo śpi, więc próbowały ją obudzić. Niestety, nie budziła się, a jej ciało było zimne. Wtedy ta koleżanka powiedziała: „Wasza babcia umarła. Ja wiem, bo jak umarła nasza, to też tak wyglądała”. Znów przyszły Rosjanki. Bez proszenia umyły babcię, ubrały, położyły na katafalku. Znowu była rozpacz i łzy. Kolejną bliską nam osobę trzeba było zostawić na obcej ziemi. Płakaliśmy również ze zmartwienia, bo nie było już komendanta, więc nie miał kto nam pomóc. Nie było z czego zrobić trumny. W nocy poszłyśmy z siostrą do kołchozu ukraść upatrzone wcześniej deski, z których stary dziadek, Rosjanin, zbił nam potem trumnę. Następnym problemem był grób i transport trumny. Musiałyśmy sobie same z tym poradzić, bo nie znalazł się nikt, kto by nam pomógł. Tak więc w trójkę, to znaczy ja, siostra i ciocia, wykopałyśmy grób. Robiłyśmy to na zmianę, bo żadna z nas nie miała dość siły, by się z tym uporać w pojedynkę. Później pożyczyłyśmy taczkę i zawiozły babcię na miejsce wiecznego spoczynku. Pochowałyśmy ją obok mamy i naszego przyjaciela, pana Chmielnickiego.

 

Kolejne części wspomnień już wkrótce w Głogówek Online

Zmieniony: Sobota, 20 Październik 2007 17:36