Głogówek Online
 
22 | 10 | 2017
Dawnych lat wspomnienie - część 5 Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Teofila Kołodenna   
Piątek, 05 Październik 2007 11:12
Kiedy powstał Związek Patriotów Polskich, zapisaliśmy się do niego. Można się było już gromadzić. Z tej okazji mama napisała piękny wiersz, ułożyła też piosenkę. Dzieci recytowały wiersze, śpiewano polskie piosenki. Czuliśmy się już wolniejsi. A kiedy Stalin dogadał się z Ameryką, zagranica zaczęła się nami interesować i organizować dla nas pomoc. Nie było tego wiele: kawałek tak potrzebnego mydła, troszkę mąki, fasoli, oleju, jakieś ubrania. Zanim to do nas dotarło, przeszło przez ich (wiadomo czyje) ręce, więc zostawało już niewiele, ale dla nas znaczyło dużo. Niestety trzeba było iść po to 27 km piechotą. Raz ja się odważyłam iść. Była zimna jesień.

Szłam leśnymi ścieżkami aż do rzeki, na której nie było kładki, tylko drzewo rzucone w poprzek. Musiałam okrakiem po tym zimnym oszronionym drzewie posuwać się naprzód, trzymając się mocno, żeby nie wpaść do wody. Po przejściu tylu kilometrów tam i z powrotem z tobołkiem na plecach, przez dwa dni nie mogłam wstać z łóżka. Nie pamiętam nazwy miejscowości, do której szłam, ale przypominam sobie nazwisko kobiety, u której nocowałam. Nazywała się - Lemcio.

W naszej izdebce było tylko jedno łóżko, w którym spało czworo ludzi: rodzice i nas dwoje starszych dzieci, przykrywając się jedną pierzyną. Na piecu chlebowym spało dwoje młodszych. Byli mniejsi, to się tam prędzej zmieścili, a poza tym na piecu było ciepło, bo się w nim przez dzień paliło. Przykrywali się kocem i watowanymi kurtkami. Problem był czasem w nocy, kiedy któremuś z nich zachciało się siusiać, bowiem piec był dość wysoki i trudno się z niego schodziło. Oprócz łóżka i pieca stała maszyna do szycia, mały kufereczek, w którym mieściło się wszystko, co posiadaliśmy, stół, kilka taboretów, jakiś garnek, miska, łyżki drewniane i garnuszki. To był cały nasz dobytek.

Kiedy Anders zaczął zbierać ochotników do wojska, nasz ojciec się nie z zgłosił, gdyż nie chciał zostawiać nas samych. Był prawie jedynym żywicielem rodziny. Mama miała kłopoty z sercem, więc został z nami. Podobnie było w innych rodzinach, więc niewielu ochotników się zgłosiło. Czas, choć leniwie, ale płynął. Dzień za dniem coś się działo. Zaczęła świtać jakaś iskierka nadziei. Trudno mi dziś, po tylu latach, opisać dokładnie wszystko po kolei, ale staram się napisać chociaż o tych wydarzeniach, czy momentach, które utrwaliły mi się w pamięci na zawsze. Pamiętam, jak dziękowaliśmy Bogu za natchnienie, które dał mamie, żeby zabrać maszynę do szycia, bo jak się potem okazało, ona ratowała nam życie. No i oczywiście byliśmy wdzięczni temu żołnierzowi, który pozwolił nam maszynę zabrać. Wiary nam wtedy nie brakowało. Umieliśmy w tych ciężkich chwilach modlić się gorąco, z głębi serca, bo tylko w Bogu była nadzieja. Dziś, przyznam się, nie potrafię modlić się tak, jak tam: ze łzami w oczach, z książeczki do nabożeństwa zabranej z domu. Znałam prawie wszystkie pieśni na pamięć. Wciąż nurtowała nas jedna myśl, która nie dawała spokoju - czy jeszcze kiedyś wrócimy do ojczyzny.

Nastał rok 1943. Wojna wciąż trwała. Radzieccy żołnierze wracali okaleczeni, jako inwalidzi, a wielu nie wróciło wcale. W maju przyszła kolej na Polaków. Zostali powołani do wojska polskiego, do Pierwszej Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Wtedy to nasz ojciec też został wcielony do armii. Pamiętam, jak żegnaliśmy go ze łzami. Odpływał statkiem do Krasnojarska, a potem dalej. Został po nim ogromny smutek i lęk o jego życie. Zostaliśmy z mamą sami. Trzeba było sobie jakoś radzić. Mama szyła, a ja jej pomagałam, przyglądając się często, jak to robi. Rosjanki dostawały paczki z frontu od swoich bliskich. Przysyłali różne rzeczy, między innymi materiały. Ponieważ nikt tam nie miał maszyny, ani też nie było krawcowej, mama miała zajęcie, a my, choć bardzo skromnie, mogliśmy przynajmniej dwa razy dziennie coś zjeść. Oczywiście zapłatą za mamy pracę było coś do jedzenia. Po tę zapłatę chodziła Romcia i po kryjomu, wieczorem przynosiła do domu.

Dlaczego po kryjomu? Bo to, co mama zarobiła legalnie, klientki mamy zdobywały nielegalnie. Było to tak. U mamy szyły sobie rzeczy dwie siostry Rosjanki, które pracowały w kołchozie. Jedna pracowała w oborze przy krowach i czasami zdobyła trochę mleka, którym „płaciła” za szycie. Choć to mleko było już odwirowane, bez śmietany, ale było własnością kołchozu, więc musiała je brać po kryjomu. Druga pracowała w magazynie przy zbożu, więc czasem udało jej się „skombinować” trochę pszenicy, którą mieliło się w żarnach. Potem ten śrut służył nam zagęszczania zupy z tego wspomnianego wcześniej dzikiego szczawiu. Jak się jeszcze to zabieliło mlekiem, to już był rarytas.

Dodanie kilku ziemniaków do tej zupy sprawiało, że mieliśmy wtedy święto. Romci zadaniem było więc to przynieść do domu, ale tak, by samej nie wpaść i nie narazić innych. Mieliśmy tam w domu taką małą jakby piwniczkę (dziura w podłodze, mały ciemny otwór) i tam przechowywaliśmy nasz skarb, to znaczy, zdobyte czasem ziemniaki. Zadaniem Władzi z kolei było, żeby je stamtąd wyciągnąć. Wsadzaliśmy ją tam, a kiedy je nabrała i podała nam, wyciągaliśmy za ręce. Do dziś nie może nam tego darować, ponieważ bardzo się bała ciemności. Romcia chodziła też po dary do oddalonej o 27 km wioski. Potem miejsce składowania darów przeniesiono aż do Krasnojarska. Nie było dużo tej zapomogi, ale każdy coś tam dostał, więc każdemu zależało. Wynikł problem, bo wszyscy pracowali, a urlopów nie dawano. Mama natomiast przebywała w domu, ze względu na chore serce, toteż wszyscy zwrócili się do niej i wydelegowali ją, by popłynęła statkiem do Krasnojarska po te dary. Chcąc niechcąc, zgodziła się. Z utęsknieniem czekaliśmy jej powrotu. Na szczęście wyprawa się udała. Wróciła z darami cała i zdrowa.

Tato pisał rzadko. W jednym z listów opowiadał, że mają szkolenia i że przygotowują się na front. Niemcy strasznie nękali Rosjan pod Lenino, czy Leningradem, więc Stalin postanowił wysłać tam Polaków, a konkretnie Pierwszą Dywizję, w której był nasz ojciec.

Później zrozumieliśmy, że chciał w ten sposób zaoszczędzić swoich, a Polaków wystawić jako „mięso armatnie”. I tak 12 października 1943 r. rzucił ich w zacięty bój pod Lenino, gdzie wojska radzieckie tak potężnej armii nie dawały sobie rady. Polacy, odzyskawszy siły po ciężkiej pracy i głodzie, zrzucili niewolnicze łachmany i ubrani w polskie mundury rzucili się do walki z wrogiem z nadzieją obiecanej wolności. Walka była zacięta i nierówna, wróg o wiele mocniejszy, ale wiara i nadzieja tych biednych zesłańców i nędzarzy dała im tyle siły, że odparli wroga. Poległo bardzo wielu, ocalała garstka, a wśród nich nasz ojciec. Było to dla niego i dla nas wielkie szczęście, ale o tym dowiedzieliśmy się dużo później, bo żadne wieści stamtąd nie docierały.

Znowu nadchodziła kolejna z rzędu, sroga zima. Tam lato było krótkie: w maju jeszcze zima, a w październiku, już zima. Miejscowi żartowali: „U nas wosiem miesiacew zima, a patom wsio lieto i lieto”. Czas mijał, nastał grudzień. Znów trzeba było jechać po jakąś tam zapomogę i znowu ten sam problem - nie było komu jechać. Ponownie zwrócono się do mamy z prośbą. Tym razem wyraźnie nie miała ochoty, gdyż nie chciała nas samych zostawiać podczas tak srogiej zimy, a po drugie bała się o swoje chore serce. Podróż saniami trwająca sześć dni (trzy dni w jedną i trzy w drugą stronę) była ryzykowna. Po wielkich namowach, z ciężkim sercem zgodziła się jechać. Było to krótko przed Bożym Narodzeniem. Akurat w tym czasie do jednostki wojskowej mieli jechać poborowi, więc nadarzyła się okazja, by podróż odbyć wspólnie.

Nie trzeba było w ten sposób specjalnie gonić koni i furmana aż do Krasnojarska, bo jak wspomniałam, innej drogi nie było. Najbliższa stacja kolejowa była właśnie tam. Odwoził ich Polak, Tadeusz Kożuch, więc się wydawało, że nic złego nie może się stać.

 Nadszedł dzień wyjazdu. Mama ubrała się ciepło w pożyczony długi kożuch i walonki. Było to bardzo ciężkie ubranie jak na słabą kobietę. Kiedy się już pożegnała z nami i siadła na sanie, poczułam ogromny niepokój, można powiedzieć, że ogarnęło mnie złe przeczucie. To samo odczuła Romcia. Wydawało mi się, że już jej nie zobaczę. Po odjeździe mamy długo płakałyśmy, a wieczorem do późna nie mogłyśmy zasnąć. Którejś nocy miałam sen. Śniło mi się, że mama wróciła, ale już nie na własnych nogach, lecz została wniesiona na rękach, ponieważ była bardzo chora. I choć mówi się: „Sen mara, Bóg - wiara”, to jednak niektóre sny się sprawdzają, o czym mogłam się później przekonać. Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy sami, bez tata i mamy. Zamiast opłatkiem, połamaliśmy się kromką chleba, zjedli jakąś zupę (a przynajmniej coś podobnego zupy), zaśpiewali kolędę, a resztę czasu przepłakaliśmy. Zbliżał się Nowy Rok, a mamy wciąż nie było. Czułam narastający, ściskający serce, niepokój. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Wreszcie przyszedł dzień, kiedy przed dom zajechały sanie, a potem było tak, jak w moim śnie. Mama nie wysiadła o własnych siłach, lecz została wniesiona przez dwóch mężczyzn. Ku naszemu przerażeniu majaczyła coś w dużej gorączce. Kiedy trochę odzyskała przytomność, opowiedziała co się stało. Otóż, na saniach brakowało miejsca do siedzenia. Nie wszyscy się mieścili, więc co jakiś czas, na zmianę, ktoś musiał iść pieszo. Ponieważ rekruci mieli trochę samogonu, dali furmanowi. W zamian za to pozwolił im siedzieć, a mamie kazał większość drogi iść piechotą. Dziennie trzeba było przejść około 50 km. Grubo ubrana, do tego słabego zdrowia, traciła siły. Kiedy trzeciego dnia, bardzo zmęczona i spocona, nie mogła dalej iść, furman pozwolił jej usiąść na sanie. Do końca drogi zostało może 3 km, ale to wystarczyło, by przy takim silnym mrozie ubranie na niej zamarzło. W Krasnojarsku mama odnalazła córkę komendanta, żeby się u niej zatrzymać. Tam poczuła, że się przeziębiła i że dzieje się z nią coś niedobrego. Natasza, córka komendanta, chciała ją zawieźć do szpitala, żeby ją zbadali i tam zostawili, ale mama się uparła, że musi wracać do dzieci, bo jak umrze, to dzieci jej nie zobaczą. I być może popełniła wielki błąd. Może by wyzdrowiała i szczęśliwie, jak poprzednim razem, wróciła do nas, ale ona niestety postanowiła wrócić dzieci i to ją zabiło. W silnej gorączce, bez żadnego ruchu, bez ciepłego okrycia oprócz tego, w co była ubrana, wieziono ją na saniach przez trzy dni z przerwami na noclegi u ludzi mieszkających w tak zwanych przysiółkach. Noclegi były konieczne, bo ani konie, ani ludzie nie wytrzymaliby w tym czasie tak długiej podróży. I właśnie podczas jednego z noclegów furman ukradł mamie ostatni kawałek chleba, który trzymała pod głową. Trudno uwierzyć, że mógł być do tego zdolny. Zastanawiałam się, co go do tego skłoniło, bieda, czy zwyczajna ludzka podłość.

Po krótkim oprzytomnieniu mama znów dostała wysokiej gorączki. Była bardzo chora, a my, dzieci, nie wiedziałyśmy, co w tym strachu robić. Nie było lekarza na miejscu, ani telefonu, ani środka transportu, ani kogoś z rodziny. Na drugi dzień przyszła do nas żona komendanta, gdyż dowiedziała się o naszej tragicznej sytuacji. Natychmiast kazała ubrać mamę, następnie poprosiła swojego męża, by dał z kołchozu sanie z furmanem, który miał zawieźć mamę do szpitala w Daursku. Zaraz została przyjęta na oddział. Mimo usilnych starań ze strony lekarzy, z mamą było coraz gorzej. Nie pomagały zastrzyki, ani tabletki, ani bańki, po których zostały na ciele fioletowe plamy. Nie było wtedy antybiotyków, ani takich leków, czy sprzętu medycznego jak dziś. Odwiedzałam mamę tak często, jak się dało.

Do Daurska było 6 km, więc nie mogłam być u niej codziennie. Komendantowa też jeździła do szpitala i dowiadywała się o zdrowie mamy. Po tygodniu przyszła do nas i powiedziała, żebym zostawiła rodzeństwo samo i żebym szła do szpitala, do mamy, by przy niej być przez cały czas, ponieważ Rosjanie nie mogli się z nią dogadać. Mama nie znała rosyjskiego, a oni nie rozumieli po polsku. Komendantowa załatwiła z lekarzami, że mogłam zostać z mamą. Był już wieczór, więc nie dało się wyruszyć zaraz. Musiałam poczekać do rana. Wstałam bardzo wcześnie, jeszcze przed wschodem słońca. Coś tam mamie naszykowałam, ubrałam się dość ciepło w to, co miałam: watowaną kurtkę i niezbyt grube spodnie od angielskiego munduru (był to jeden z darów), a na nogi włożyłam walonki. Bałam się, że to może nie wystarczyć, ale cóż miałam zrobić.

Pamiętam, że był wtedy siódmy dzień stycznia 1944 r. Kiedy wyszłam z domu, było okropnie zimno. Dochodziło do pięćdziesięciu stopni mrozu. Czułam, że niełatwo będzie dojść, ale nie mogłam zostawić mamy samej w takim stanie. Przeżegnałam się i wyruszyłam w drogę. Miałam przed sobą 5 km drogi i jeszcze dwa, może trzy kilometry przez rzekę Jenisej. Szpital znajdował się na drugim brzegu. Nie miałam zegarka, nie wiedziałam, która była godzina, ale słońce jeszcze długo nie wschodziło. Choć właściwie nigdy nie widzieliśmy, kiedy wschodzi, czy zachodzi, bo góry były tak wysokie, że słońce widzieliśmy tylko w środku dnia. Czułam coraz większy ziąb, a nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Kiedy zbliżyłam się do rzeki, było jeszcze gorzej. Dalej nie mogłam się ruszyć. Stanęłam na drodze, stuliłam nogi i poczułam, że zaczyna mi się robić jakoś ciepło, błogo i sennie. I pewnie bym tak zamarzła, gdyby nie nadjechała saniami listonoszka, nasza sąsiadka Zoja. Nikogo więcej nie można było spotkać w tym czasie na drodze, gdyż dorośli byli w pracy, albo w domu, a niepotrzebnie nikt nie wystawiał nosa na mróz. Gdy Zoja mnie zobaczyła, wyskoczyła z sań, zaczęła mną ruszać i trząść, aż w końcu udało jej się wsadzić mnie na sanie i zawieźć do szpitala. Tam mnie zostawiła, bo musiała wrócić do pracy, a ja posiedziałam chwilę na poczekalni nikomu nic nie mówiąc, a potem chciałam jak najprędzej iść do mamy, ale moje nogi, moje nogi, w miarę rozgrzewania tak strasznie zaczęły mnie boleć, że nie mogłam wytrzymać. Zacisnęłam z bólu zęby i powoli poszłam do sali, w której leżała mama. Weszłam po cichu tłumiąc ból i stanęłam przy jej łóżku. Była w bardzo ciężkim stanie. Lekarze co godzinę dawali jej zastrzyki, ale nic już nie pomagało. Krew miała tak przeziębioną, że na piersiach pojawiły się wodniste pęcherze, podobne do grubych winogron. W tamtym czasie mówiono, że to krew zamieniła się w wodę. Dziś wiadomo, że były to surowicze wybroczyny spowodowane bardzo silnym zapaleniem płuc. Mama nie mogła jeść, ani spać. Miała trudności z oddychaniem. Zostałam przy niej do końca, choć zdawałam sobie sprawę, że zostawiłam na pastwę losu trójkę rodzeństwa. Romcia miała wówczas 14 lat i 3 miesiące, Władzia miała ósmy rok, a brat - czwarty. Dniem i nocą czuwałam przy mamie, a kiedy już padałam z nóg, kładłam się na chwilę, by odpocząć przy jej rozpalonym gorączką boku. Gdy odzyskiwała przytomność, mówiła mi, co mam zrobić, w co ją ubrać. Właściwie nie było wielkiego wyboru. Miała jedną ładną czarną sukienkę zabraną z domu oraz bluzkę i spódnicę. Rozkazała mi, żeby ją ubrać w bluzkę i spódnicę, a sukienkę zostawić na tak zwaną czarną godzinę, gdyż może się nam przydać. Bardzo dobrze wiedziała, w jakich warunkach nas zostawia. Sama się modliła i mnie kazała się modlić, żeby jak najprędzej umarła. Posłuchałam jej i modliłam się, ale nie o śmierć, lecz o jej wyzdrowienie. Niestety na próżno. Do dziś nie potrafię sobie wyobrazić, jak strasznie musiała cierpieć, skoro wolała umrzeć i nas samych w tych ciężkich warunkach zostawić, niż żyć w męczarniach. Dzień przed śmiercią straciła mowę. Ciągle rzucała lewą nogą i ręką, a w nocy już tylko rzęziła, wodząc błędnie oczyma po suficie. Rankiem 14 stycznia 1944 r. o godzinie ósmej mama odeszła od nas na zawsze. Zostaliśmy sami. Co wtedy czułam, wie tylko jeden Bóg, bo do Boga wtedy miałam pretensje, że mnie nie wysłuchał, że nas nie oszczędził. Świat mi się zawalił na głowę. Byłam bezradna, nie wiedziałam, co mam robić. Przez cały tydzień nie wiedziałam, co się dzieje z dziećmi, ani one nie wiedziały, co dzieje się z mamą. Zdałam sobie sprawę, że teraz ja, mając niespełna szesnaście lat, muszę im zastąpić i ojca i matkę. Płacząc z rozpaczy, wciąż nie wiedziałam, co począć. Wtedy lekarz kazał mi iść do domu, przynieść ubranie i zabrać ciało. Nie miałam nikogo z rodziny, kto by mi pomógł. Idąc do domu tak strasznie płakałam, że nie widziałam przed sobą drogi. Padałam, podnosiłam się i szłam dalej. Do rozpaczy dołączył jeszcze ogromny strach, co powiedzieć dzieciom, jak one zareagują. Bałam się o Władzię, bo ona nie wyzbyła się jeszcze strachu po szpitalu. Nie wiem, jak długo szłam do domu. Pamiętam, że przekroczywszy próg, rzuciłam się na łóżko i strasznie płakałam, choć przyrzekałam sobie po drodze, że im to powiem spokojnie. Domyśliły się od razu. Trudno opisać nasz ból, naszą rozpacz. Gdy zabrakło łez, zaczęliśmy się zastanawiać, do kogo się udać po pomoc. Trzeba było przecież mamę przywieźć. Poszłyśmy po radę do komendanta. Jego żona była bardzo poruszona, współczuła nam. Komendant zaraz wysłał sanie z kołchozu. Do szpitala pojechali sami. Niestety mamy tam nikt nie ubrał. Przywieźli ją nagą, bo szpitalną koszulę ściągnięto. Miała długie, rozwichrzone włosy. Była owinięta w koc. Kiedy dzieci to zobaczyły, myślałam, że oszaleją. Tak jak przypuszczałam, najgorzej było z Władzią. Tak strasznie krzyczała i drapała się po ścianach, że trzeba ją było zaprowadzić do sąsiadów, Rosjan, u których była aż do pogrzebu. Pan Łopacki okazał się wielkim dobrodziejem, bo chociaż był niby naszym wrogiem, dużo nam pomógł. Załatwił trumnę (była to zbita z desek paczka) i pochówek. Po przywiezieniu mamy przyszły Rosjanki, umyły ją, ubrały i położyły na katafalku. Trochę z nami posiedziały i poszły. Zostaliśmy sami ze zmarłą mamą. Nie było tam światła elektrycznego, ani nawet lampy naftowej. Był tylko kaganek zrobiony z butelki napełnionej ropą, krążka ziemniaka i knota z waty. Przy takim świetle trzeba było wszystko robić, nawet szyć wieczorem. Brat, najmłodszy z rodzeństwa, niewiele rozumiał z tego, co się działo. Płakał z głodu. Nie rozumiał, że nie zawsze było co dać do jedzenia. Na widok mamy był przerażony, ale usnął zmęczony płaczem. Natomiast ja i Romcia zostałyśmy, czuwając przy zmarłej. Nie da się opisać, co czuje samotne dziecko w obcym kraju, daleko od domu i jakiejkolwiek rodziny, bez żadnych środków do życia. Nie było co jeść, nie było czym palić, nie było co na siebie włożyć, a do tego jeszcze w środku takiej zimy. Serce pękało z rozpaczy, bo chociaż chorując, mama niewiele nam pomagała, ale doradziła, co i jak zrobić. Po prostu z nami była. I nagle to ostatnie światełko zgasło. Mama leżała w domu przez trzy dni. Nie odczuwaliśmy żadnego lęku (do dziś nie boję się zmarłych), ale na drugi dzień po śmierci zauważyłam coś niesamowitego. Zobaczyłam, że z mamy ciała, spod skóry wyłaziły wszy i pełzały po niej. Było to smutne i przygnębiające. Krótko przed pogrzebem przyprowadziliśmy Władzię, żeby się z mamą pożegnała. Jak już wspomniałam, całym pochówkiem zajął się komendant. Kazał kołchoźnikom wykopać grób, choć przy takim mrozie nie była to łatwa sztuka, a także wysłał sanie z furmanem, by zawieźć trumnę na tamtejszy cmentarz. Właściwie trudno to nazwać cmentarzem. Było to miejsce na wzgórzu, w lesie, bez żadnego ogrodzenia. Jedyną oznaką był brzozowy krzyż. Nikt tam nie miał żadnego nagrobka, bez wyjątku. Pogrzeb trwał krótko. Nie było księdza,  przyszło niewiele ludzi, a w dodatku był  taki mróz, że nie można było ustać.

Po powrocie do naszej chatynki poczuliśmy straszną pustkę i bezradność, ale trzeba było żyć dalej. Ludzie patrzyli na nas z politowaniem, lecz nikt nam nie mógł pomóc, bo wszyscy byli biedni. Był jeszcze jeden powód do litowania się nad nami, ale o tym dowiedziałam się później. Chodziło o to, że mąż i syn sąsiadki (obaj Polacy) byli na pierwszej linii frontu razem z naszym tatą i napisali do niej, że podobno Pusz zginął od wybuchu bomby. Dobrze, że nam wtedy tego nie powiedziano, bo nie wiem, czy zniosłabym taką wiadomość.

 

Kolejne części wspomnień już wkrótce w Głogówek Online.  

Zmieniony: Piątek, 05 Październik 2007 12:42