Głogówek Online
 
26 | 06 | 2017
Dawnych lat wspomnienie - część 4 Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Teofila Kołodenna   
Niedziela, 23 Wrzesień 2007 11:04

Nadeszła kolejna zima. Ludzie umierali z głodu i zimna. Nas, Polaków było tam dość dużo, głównie z Chodaczkowa i innych miejscowości. Z naszej rodziny była babcia z ciocią i stryjem oraz ciocia Pałkowa z rodziną. Ciocia Kaniowa była gdzie indziej, z drugiej strony Krasnojarska, o czym dowiedzieliśmy się później. Trudno mi dziś wymienić nazwiska wszystkich. Minęło przecież 65 lat.

Jedyna zachowana fotografia z Syberii. Autorka z rodzina Wróbel,  z którą przebywała w jednym baraku w miejscowości Dwoje Ustie. Rok 1942.
Po pewnym czasie dali nam w baraku pojedyncze klitki. Każda rodzina miała swój kąt. Ciasny, ale własny, jak to określił komendant NKWD. A było to tak. Przyszedł do nas i powiedział: „Słuchaj Pusz, to twoje, do śmierci. Pomaluj sobie, bo nigdzie stąd nie wyjedziesz”. Tato mu odpowiedział: „Towarzyszu komendancie, jeszcze przyjdzie czas, że ja wyjadę do Polski”. On się zaśmiał, wyciągnął dłoń i mówił: „Widzisz, jak mi tu na dłoni włosy urosną, albo jak rak zagwiżdże, wtedy wyjedziesz”.

Zimą tato nocował w tym oddalonym od nas baraku. Znajomy Rosjanin woził im tam chleb. Lubił mojego ojca, więc czasami wykombinował jakiś bochenek chleba dla niego (a właściwie dla nas). Prosił tylko, żeby któreś z dzieci przyszło po ten chleb. Można sobie wyobrazić, jaki strach ogarniał nas, bezbronne dzieci, kiedy idąc wieczorem przez straszny las, słyszałyśmy porykiwanie niedźwiedzia, czy wycie wilka. ale głód, to wielki pan, więc się szło. Najczęściej chodziła Romcia. Ona, choć młodsza, była odważniejsza ode mnie. Mówiła, że wychodząc z domu zapomina o głodzie. Ja natomiast wolałam pomagać mamie przy dziecku. Trzeba było spalić dużo drewna, żeby z tego popiołu zagotować ług, w którym się prało. Nie było żadnych środków czystości, więc trzeba było sobie jakoś radzić. W tym ługu prało się nasze ubrania i szmaty, które służyły dziecku jako pieluchy. Pewnego razu wrzącym ługiem o mało co nie oparzyłam bratu twarzy. Sama byłam jeszcze dzieckiem. Niosąc garnek z wrzątkiem zaczepiłam nogą o kołyskę i wylałam sobie na nogę. Do dziś dziękuję Bogu, że ocalił brata. Ja bardzo długo leczyłam nogę, bo felczerka nałożyła mi na ranę watę, która przylgnęła i nie można jej było oderwać. Noga strasznie spuchła i rwała tak mocno, że nie mogłam chodzić. Na szczęście własnymi sposobami udało się ją wygoić.

Święta Bożego Narodzenia były bardzo smutne. Nie było co jeść, nie było czym przystroić choinki, którą przemycili z lasu. Nałożyliśmy tylko trochę waty oraz zwykłych papierków i zaczęliśmy kolędować, ale usłyszał to komendant i zabronił nam śpiewać oraz gromadzić się. Podobnie było też później, w maju. Babcia wyjeżdżając zabrała ze sobą figurkę Matki Boskiej. Wyjęła ją ze schowka i postawiła na stole. Chcieliśmy się pomodlić, odśpiewać litanię, a potem pieśni maryjne, szczególnie tę ulubioną przez mamę, której nas uczyła jeszcze w rodzinnym, ojczystym domu:

Błogosław, Matko, naszej biednej ziemi,
tej przebogatej w nieszczęścia i łzy.
O, chroń jej dzieci, idąc razem z nimi
przez wichry, burze i przez ciemne mgły.
 
Błogosław cichej pracy nad ugorem,
by go nie zabrał obcy, wrogi lud.
Nad naszą chatą i tym czarnym borem
wyciągnij ręce, a zmaleje trud.
 
Błogosław mężów, którzy silnie bronią
ojczystej wiary i ojczystych słów,
co wśród nieszczęścia, zwątpień, łez nie ronią,
a gdy upadną, powstają znów.
 
Błogosław dalej i te łany żytnie,
mogiły, sioła, cały polski kraj.
Niech w wszystkich naszych strzechach znów zakwitnie
ten stary, cudny, wielkich ojców maj.

Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze zacząć, gdy nagle wpadł komendant z krzykiem, chwycił karabin i chciał strzelać do figurki. Babcia szybko ją wzięła i schowała. Gdy komendant wyszedł, zaczęliśmy się modlić - cicho, gorąco, z całego serca. Komendant naśmiewał się później z nas mówiąc: „Macie swojego Boga, który wszystko może, to czemu nie przyleci samolotem i stąd was nie zabierze”? Odpowiedzieliśmy, że sam Bóg nie przyjdzie po nas, ale nadejdzie taki czas, że wrócimy do domu. Trudno opisać, ile jeszcze upokorzeń musieliśmy znosić, ale nie traciliśmy nadziei, bo, jak mówią, tylko martwi nadziei nie mają.

Kiedy skończyłam 13 lat, dostałam nakaz pójścia do pracy. Skierowano mnie do noszenia polan i wrzucania ich do rzeki. Praca ta polegała na tym, że dwoje dzieci dostawało dwa drążki, na które kładło się przeważnie metrowe polana, a potem jedno z przodu, drugie z tyłu, niosły je i wrzucały do wody. Trzeba się było dużo nachodzić i nadźwigać nosząc te polana z lasu aż do rzeki. Jednego razu zrobił się wielki zator na rzece. Polana spiętrzyły się w wielką górę.

Byłam tak zmęczona, że chcąc sobie zaoszczędzić drogi nie poszłam przez most, tylko weszłam na ten zator, by po drzewie przejść na drugi brzeg. Kiedy już byłam niedaleko brzegu, drzewo nagle ruszyło i zaczęło mnie nieść ze sobą. Wpadłam do wody, ale starałam się, żeby nie pójść pod drzewo, bo wtedy byłoby po mnie. Jakieś polano uderzyło mnie w głowę, parę razy zachłysnęłam się wodą, ale jakimś cudem wyszłam z tego cało. Po tym uderzeniu i ogromnym wysiłku byłam półprzytomna. Nie mogłam się pozbierać. W końcu powoli powlokłam się do domu.

W zimie, kiedy rzeka była zamarznięta, kazali nam rżnąć piłą drzewo na pięciocentymetrowe klocki, a potem rąbać na kwadratowe kostki, które służyły jako paliwo do traktorów. Wyznaczono nam normę, którą trzeba było wykonać, a nie było to łatwe.

Kiedy Hitler zaatakował Związek Radziecki i nastąpiła tak zwana odwilż, przestali nas pilnować i już można się było swobodnie poruszać, ale głód był jeszcze gorszy. W stołówce już nie można było wiele kupić. Brakowało wszystkiego. Do Polski nie wolno nam było wracać, ale można się było już przemieszczać i szukać sobie innego zajęcia i miejsca zamieszkania. Zaczęli więc mężczyźni wyruszać pieszo na poszukiwania. Szli przez las nieznanymi drogami. Poszedł i nasz ojciec. Nie było go kilka dni. Czekaliśmy z niecierpliwością i strachem, w obawie, żeby mu się co złego w drodze nie przydarzyło. Gdy wrócił, oznajmił nam, że znalazł pracę w kołchozie we wsi  Jermołajewo. Dali mu stamtąd furmankę, którą mógł nas tam zawieźć. Zaczęła się wędrówka ludzi w różne strony. Pałkowie pojechali w jedną, babcia z ciocią i stryjem w drugą, a my, wraz z ósemką polskich rodzin, w trzecią, to znaczy do Jermołajewa, reszta jeszcze gdzie indziej.

Z przeprowadzką był wielki kłopot, bo akurat cała rodzina zachorowała na kurzą ślepotę.

Po zachodzie słońca nic nie widzieliśmy, ale jakoś dotarliśmy na miejsce. Przyjęła nas do siebie pewna Rosjanka. Mieliśmy tam mieszkać, dopóki się dla nas coś osobnego nie znajdzie. Rosjanie byli dla nas życzliwi, ponieważ sami przeszli przez to piekło. Oni też byli prześladowani - za wiarę, ale ludzie starsi wiary nie utracili. Wierzyli w Boga. Potajemnie modlili się w swoich małych izdebkach, gdzie w kącikach za zasłonkami ukrywali swoje święte obrazy. Pamiętali doskonale, kiedy przy-padały ich święta, które skromnie obchodzili. Nie mając wiele do jedzenia, posty zachowywali.

Właśnie ta Rosjanka wyleczyła nas z tej ślepoty. Nie wiem, skąd dostała wątróbkę, ale ugotowała ją w dużym garnku, a potem kazała nam usiąść i nachylić się nad tym garnkiem. Nakryła nam głowy jakąś szmatą i powiedziała, że mamy tak długo siedzieć, aż przestanie parować. Zrobiliśmy tak chyba ze trzy razy i ślepota odeszła. Byliśmy jej bardzo wdzięczni, bo nie dość, że nas wyleczyła, jeszcze karmiła nas. Tato poszedł do pracy w kołchozie, a mama zaczęła szyć. Gdy się Rosjanki dowiedziały, to stale miała zajęcie, a dzięki temu, zawsze coś za to dostała. Kołchoźnicy mieli swoje działeczki, na których uprawiali jakieś warzywa. Mieli krowę, albo świnię, czy też owcę. Za szycie nie płacili, ale dawali to, co mogli: czasem wiaderko ziemniaków czy litr mleka, czasem bochenek chleba, który przemyciła sklepowa. Dla nas to było bardzo dużo.

Wreszcie dostaliśmy małą izdebkę nad samym brzegiem Jeniseju. Był to dwurodzinny domek, w którym mieszkało z drugiej strony rosyjskie małżeństwo z matką. W naszym pomieszczeniu był piec chlebowy. Tam też się gotowało strawę. Sąsiedzi byli bardzo mili. Nie raz ta babcia przychodziła nam z pomocą, czym zapewne zasłużyła sobie na niebo.

W naszej okolicy byli zesłańcy różnych narodowości: Ormianie, Buriaci, Mongołowie, Kirgizi, Kałmuki, Tatarzy, Uzbecy, Żydzi, nawet Ukraińcy - przeważnie kobiety (matki, żony, czy siostry tych Ukraińców, którzy przeszli na stronę niemiecką), no i oczywiście my, Polacy. Stalin zsyłał ludzi do ciężkiej, niewolniczej pracy przy wyrębie lasów nie szczędząc nawet swoich. Była to praca o głodzie i chłodzie. Jako zesłańcy cierpieli tak samo jak my. Tutaj nie było już stołówki. W sklepie nie uświadczył człowiek herbaty, kawy, cukru, ani żadnego tłuszczu, nawet margaryny. Przez ponad sześć lat nie widzieliśmy mięsa. Nie było owoców, żadnych witamin dla dzieci. Przez sześć lat byliśmy bez przerwy głodni.

Niedaleko naszej chatynki mieszkał komendant NKWD, niejaki Paweł Łopacki. Miał żonę Jewdokię i troje dzieci. Zamężna córka mieszkała w Krasnojarsku, starszy syn był na froncie, a z nim mieszkał najmłodszy - Wołodia. Żona komendanta chorowała na gościec. Miała powykręcane palce u rąk, a także chore nogi.

Łopacki pełnił służbę policjanta i wójta zarazem. Gdy Łopacka się dowiedziała, że mama umie szyć, przyszła pewnego dnia, by zobaczyć, jak mama to robi - dobrze, czy byle jak. Kazała sobie pokazać uszytą akurat sukienkę. Pooglądała z jednej strony, potem odwróciła na lewą sprawdzając wykończenie i powiedziała: „Bardzo ładnie wykończona. Krawcowa jest dobra”. Widać było po niej, że pochodziła z trochę lepszego rodu. Na drugi dzień przyniosła do mamy szycie
i tak się zaczęła nasza znajomość. Któregoś dnia zobaczyła mnie i spytała mamę, czy pozwoliłaby mi chodzić do niej pomagać prać, sprzątać i tym podobnie. Mama się zgodziła, więc zaczęłam u niej pracować. Mieszkali w domku, gdzie były dwa pokoiki, kuchnia i kancelaria. Chodziłam tam sprzątać, prać i prasować. Łopacka nauczyła mnie doić krowę, sadzić na grządkach i robić jeszcze inne rzeczy. Dawała mi różne rady. Do dziś pamiętam jak mówiła: „Jak idziesz po coś, pomyśl i przypomnij sobie, czy jeszcze czegoś nie potrzebujesz stamtąd, żebyś nie musiała iść drugi raz”. Ze wszystkim dawałam sobie radę i na nic nie narzekałam oprócz prania.  Najgorsze było pranie w zimie, bo kazała mi płukać wyprane rzeczy w rzece nawet wtedy, gdy mróz dochodził nawet do 50 stopni, a lód w przerębli miał grubość 50 cm. Trzeba się było bardzo mocno schylać, żeby dostać się do wody. Koło domu była wybudowana łaźnia, gdzie się kąpali i tam właśnie prałam, ale płukanie musiało być zrobione w rzece. Było to nie do wytrzymania dla piętnastoletniej dziewczynki. Nie zapomnę tego, jak w dzień Wigilii kazała mi przyjść prać. Był siarczysty mróz, kiedy poszłam nad rzekę płukać pranie. Nie potrafiłam już wytrzymać z zimna. Ręce mi odmarzały, ubranie mokre od prania zamarzło na mnie i wtedy przypomniały mi się święta w domu. Taka rozpacz mnie ogarnęła, że gdy wróciłam, strasznie rozpłakałam się. Był to już wigilijny wieczór, a ja zmarznięta do szpiku kości i bardzo głodna powiedziałam mamie, że już tam więcej nie pójdę. Kiedy następny raz Łopacka przyszła po mnie, mama jej powiedziała, że już więcej nie będę tam chodziła i wytłumaczyła z jakiego powodu. Zrozumiała i od tej pory już mnie w zimie do rzeki nie posyłała. Za robotę dawała mi zjeść i garnek mleka do domu dla dzieci. Czasem coś się we mnie buntowało na myśl, że taki komendant to miał wszystko. Pojechał do jednego kołchozu na kontrolę, przywiózł worek mąki, do drugiego - beczułkę miodu, z następnego - barana. Krowę mieli swoją, czasem świnkę wykarmili, więc nie znali głodu. Mimo wszystko byłam im wdzięczna i za talerz zupy, i mleko dla rodzeństwa.

Kolejne części wspomnień już wkrótce w Głogówek Online.  

Zmieniony: Niedziela, 23 Wrzesień 2007 14:20