Głogówek Online
 
25 | 05 | 2017
Dawnych lat wspomnienie - część 3 Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Teofila Kołodenna   
Czwartek, 06 Wrzesień 2007 03:00
Gdy nasz transport nareszcie się zatrzymał i przy każdym wagonie stanęły sanie, kazano nam wysiadać i razem ze swoim skromnym dobytkiem sadowić się na tych saniach. Brudni i wycieńczeni ruszyliśmy w dalszą drogę, w nieznane. Nie pamiętam dokładnie, ile trwała ta podróż, ale w końcu zobaczyliśmy ogromny barak nad brzegiem rzeki Jenisej, otoczony kolczastym drutem, oddalony od ludzkich osiedli. Mróz był wtedy siarczysty, a śniegu bardzo dużo. Ubikacje znajdowały się na zewnątrz, koło baraku.

Trzeba było długo stać na mrozie, żeby załatwić swoje potrzeby, bo kolejka była ogromna. Do tego wielkiego baraku zwozili setki ludzi. Wzdłuż ścian na podłodze leżała pościelona słoma do spania. Na środku stały koryta wyżłobione w drzewie, a w nich lodowata woda do mycia dla wszystkich. Między korytami, na samym środku baraku, stała trybuna w kształcie czółna, na którą co wieczór wchodził komendant i wyczytywał nazwiska tych rodzin, które na drugi dzień rano miały wyruszyć w dalszą drogę. Nie wszystkim było dane jechać dalej. Wycieńczeni długą podróżą umierali, albo trafiali do szpitala. Moja siostra Władzia też zachorowała na zapalenie płuc. Lekarz zbadał i powiedział, że musi iść do szpitala. Mama nie chciała, by dziecko było samo, więc postanowiła pójść razem z nią. Ja i Romcia zostałyśmy z ojcem. Trudno opowiedzieć, co wtedy przeżywaliśmy, jaki ogarniał nas strach. Co dalej będzie? My z ojcem mieliśmy jechać dalej w nieznane, a mamę z dzieckiem zostawić. Nie wiedzieliśmy, czy kiedykolwiek do nas dołączą.

Niestety nadszedł ten okropny dzień, kiedy nas wyczytano i trzeba było ruszać w drogę, a my nie mieliśmy pojęcia, co się z mamą i Władzią dzieje. Nie dotarły do nas żadne wiadomości. Z jaką rozpaczą i bólem w sercu opuszczaliśmy to miasto, gdzie zostawały dwie tak drogie nam osoby. Tato otulił nas na saniach pierzyną, a sam trochę szedł na nogach. Czasem przysiadał na saniach. Ogromne zaspy utrudniały jazdę. Tak minął dzień. Trzeba było gdzieś przenocować. Chociaż furmani załatwiali nam noclegi na przysiółkach, nie zawsze starczało miejsca dla wszystkich, a noc w saniach groziła zamarznięciem. Dowiedzieliśmy się, że droga, którą jechaliśmy, to nie była żadna zwykła droga, tylko zamarznięta rzeka Jenisej i tylko w zimie można było lądem dotrzeć do celu. Dlatego właśnie zimową porę wybrano na czas zesłania. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy.

Rzeka znajdowała się między wysokimi górami. Miejscami były to skały gładkie jak ściana. Na jednej z takich skał widzieliśmy zatknięty krzyż. Zastanawialiśmy się, kto na tym odludziu mógł go tam umieścić. Większość gór była porośnięta lasami.  Widok tych gór był z jednej strony urzekający, a z drugiej przenikał grozą.

Jechaliśmy tak drugi i trzeci dzień. Trzeciej nocy zabrakło dla nas miejsca na nocleg. Zmarznięte i wystraszone płakałyśmy z Romcią. Tato był bezradny. Gorąco prosiłam Boga, żeby się ktoś nad nami ulitował. Wreszcie jakaś starsza Rosjanka zlitowała się. Wzięła nas do siebie, dała coś do jedzenia i pozwoliła nam się przespać na podłodze. Następnego dnia dotarliśmy do miejsca przeznaczenia.

Tym przeznaczeniem była tajga - przeogromny las, a w środku lasu baraki. Dookoła tyle śniegu, że nie wiadomo gdzie ląd, a gdzie rzeka. Wpakowali nas, pięć rodzin, do jednego baraku, w którym pod ścianami stały prycze a na środku stół i piec. Barak był zbudowany z okrąglaków, czyli ściętych drzew i kładzionych jedno na drugie. Szpary pozatykano mchem. W szczelinach tego drzewa gnieździły się pluskwy, które w nocy potwornie gryzły i nie dawały spać. Gdy się je rozdusiło, okropnie śmierdziały.  Cały czas, w dzień i w nocy, pilnował nas strażnik z bronią.

Zapędzono nas do łaźni, żebyśmy się umyli i zdezynfekowali ubrania. Łaźnia była pomieszczeniem, w którym znajdowało się palenisko, a nad nim kupa kamieni. Kiedy te kamienie się mocno nagrzały, polewano je wodą co powodowało wytworzenie się dużej ilości pary. Wtedy brało się miotłę zrobioną z gałązek brzozy i taką miotłą uderzało się po całym ciele. W ten sposób brud się odparzał i spływał. Na drugi dzień po przyjeździe wszystkich zdolnych do pracy pognali do lasu.

Nasz ojciec tez musiał iść, a my obie siedziałyśmy i płakały. Nie było co jeść. W stołówce można było coś kupić, ale nie mieliśmy rubli, a polskie pieniądze, były niczym, choćby się ich miało nie wiadomo ile. Kiedy się jest głodnym, to dzień staje się rokiem. Czas płynął leniwie, a my czekałyśmy na powrót ojca. Wrócił zziębnięty i zmęczony. Nie umiał pocieszyć nas, ani my jego. Następne dni były podobne, z tym że tato, jako osoba pracująca w lesie, dostawał kartki na chleb i zupę, którą dzielił się z nami.

Z utęsknieniem czekaliśmy na mamę, chociaż wciąż nie mieliśmy pewności, czy ona i Władzia do nas dołączą. Baliśmy się, że zawiozą je gdzie indziej. Na szczęście po dwóch tygodniach dotarły do nas obie całe i zdrowe. Jeśli chodzi o Władzię, to była zdrowa fizycznie, ale z jej psychiką było gorzej. Po tym co przeszła, zrywała się po nocach i krzyczała. Była bardzo przestraszona. W szpitalu przeżyła szok odłączona od nas a potem i od mamy, bo nie pozwolili mamie z nią być. Nie rozumiała obcego języka, a poza tym ostrzygli ją na łyso, prawdopodobnie z powodu wszawicy. Wystraszone, niespełna czteroletnie  dziecko nie mogło dojść do siebie. Ciągle się bała, nie można jej było zostawić samej nawet na chwilę. Starsze kobiety próbowały jej pomóc, jak to się mówi, odczyniając uroki, by oddalić od niej to przestraszenie. Troszkę pomogło, ale niewiele. Do dziś jej coś z tamtych czasów zostało.

Choć był już marzec, zima trwała nadal. Mróz i śnieg dawały się we znaki, zwłaszcza tym, którzy szli do lasu. Chociaż dostali watowane kurtki i spodnie, ciepłe walonki i czapki na uszy, jednak przy czterdziestostopniowym mrozie i to nie pomagało, gdyż nie byli przyzwyczajeni do tak niskich temperatur. Do lasu nie szło się wtedy, kiedy było ponad 40 stopni mrozu. My, dzieci, musiałyśmy wstawać do dnia, żeby iść do stołówki po jakąś zupinę i do sklepu po chleb wydzielany na kartki. Tato musiał coś zjeść przed pójściem do ciężkiej pracy. Potem musiałyśmy iść do lasu po gałęzie, żeby było czym w piecu napalić. Chociaż drzewa było pełno dookoła, nie pozwalano go ruszyć. Trzeba było je po prostu ukraść. Ponieważ rodzice pracowali i wracali późno do domu, więc musiały to robić dzieci.

Nasza mama nie pracowała w lesie, bo była w zaawansowanej ciąży, a oprócz tego była chora na serce. Zostawała więc z nami w domu. Nie dość, że było głodno i chłodno, a wszy „chodziły po nas pieszo”, jeszcze na dodatek zachorowaliśmy na świerzb. Niemożność zachowania higieny powodowała, że jedno zarażało się od drugiego. Nie było czystej wody, oprócz tej z rzeki. A żeby ją mieć, trzeba było wyrąbywać w lodzie dziurę i stamtąd ją nabierać. Ta woda służyła głównie do spożycia. Nie było się w czym umyć. Tyle ludzi w jednym baraku musiało żyć bez żadnych wygód, nawet tych najniezbędniejszych. Świerzb dawał się wszystkim we znaki. Najpierw pojawiały się pęcherze między palcami i okropne swędzenie, co powodowało, że człowiek się drapał, aż powstawały rany, które przenosiły się na inne części ciała. Ja przeszłam to strasznie. Nie chciałam się mamie przyznać, że na piersi mam paskudną ranę, która mnie okropnie swędziała. Bez przerwy się drapałam, a rana się powiększała. Kiedy mama to w końcu zobaczyła, wysłała mnie do felczerki. Ja wówczas zaczynałam dojrzewać, więc bardzo się wstydziłam pokazać pierś. Dostaliśmy wszyscy jakąś maść, którą musieliśmy się smarować, a potem myć się szarym mydłem. Pomogło, ale do dziś mam na piersi bliznę po tej ranie.

Ciągle czekaliśmy na wiosnę, która długo nie przychodziła. Minął kwiecień, a zima nadal trzymała. Ludzi ubywało. Umierali z głodu i wycieńczenia. Do wyrębu lasu trzeba było iść bardzo daleko. Wyznaczono normę, ile ma się zrobić. Kto nie wykonał normy, nie dostał przydziału chleba i nie był wpuszczony do baraku. Nie wolno się było od baraku oddalać, ani gromadzić, bo to groziło karą. Gdy nadeszły pierwsze Święta Wielkanocne, kazano ludziom iść do pracy. Zresztą, cóż to były za święta! Bez kościoła, bez księdza, bez święconego jajka, w dodatku z dala od Ojczyzny i rodzinnego domu. Nie było nic. Był za to wielki płacz i ogromny smutek.

Nadszedł maj, a zima wciąż była widoczna. Wreszcie zaczęły pękać lody na rzece Czeremoszce. Wszędzie było pełno wody. Żeby się gdziekolwiek dostać, trzeba było zimą jechać saniami po zamarzniętej rzece, a latem płynąć małym statkiem, który kursował do Krasnojarska oddalonego o 150 km lub iść pieszo przez las.

Miejscowość, do której nas zawieźli, nazywała się Dwoje Ustie, a dokładny adres to: Krasnojarski Kraj, Daurski Rejon, Uczastok Dwoje Ustie. Dwunastego maja 1940 r. nasza mama zaczęła rodzić. Byłyśmy dziećmi, więc trzymano nas z daleka, ale nie dało się ukryć przed nami wielkiego zamieszania wokół mamy. W baraku było pełno ludzi, więc zrobiono jakiś parawan, by ją zasłonić. Na miejscu nie było żadnego lekarza, ani położnej. Do Daurska oddalonego od nas o 30 km drogą wodną, nie można się było dostać, bo rzeką płynęła kra. Tato przerażony biegał i płakał nie wiedząc, co ma zrobić. Wreszcie przyszła jakaś starsza Rosjanka i podjęła się odebrać dziecko. Ale kiedy odcinała pępowinę, ucięła za krótko i krew zaczęła tryskać. Nie widziałam tego, ale wszyscy o tym mówili. Przybiegła wówczas Polka, żona Rosjanina, wywieziona na Sybir wraz z zesłańcami, którzy po pierwszej wojnie światowej nie chcieli wstąpić do kołchozu, i to ona właśnie uratowała naszego brata. Odpowiednio zawiązała pępuszek i zatamowała krew. Tato płakał z radości, bo urodził mu się wreszcie oczekiwany syn (miał już trzy córki), a także dlatego, że udało się go uratować. Wkrótce radość ustąpiła na myśl, jak to dziecko wychować w takich warunkach, bez mleka, cukru, kaszy. Nie było becika, pieluszek, ubranek, ani środków pielęgnacyjnych: zasypki, oliwki, nawet wanienki i mydła. Do dziś nie wiem, jak to dziecko przeżyło. Chyba tylko cud to sprawił.

Kiedy wreszcie śnieg się stopił i kra rzeką spłynęła do Jeniseju, zobaczyliśmy,co nas otacza. Z jednej i drugiej strony były góry, z których spływała woda z topniejącego śniegu. Nie było żadnej drogi, tylko ścieżynki wydeptane pomiędzy pniami drzew, które zostały ścięte do budowy baraków. Trzeba było bardzo uważać, bo koło nich pełzały czasami żmije lub inne węże. Za naszymi barakami, w odległości 4 km w głąb tajgi, był jeszcze jeden barak, gdzie w zimie, kiedy dzień był krótki, mogli nocować ludzie pracujący w lesie przy wyrębie drzew. Dalej była już tylko tajga. Nie było żadnych ludzkich siedzib, tylko kamień, woda i las. Choćby się chciało, nie było dokąd uciec. W tajdze grasowały niedźwiedzie i wilki, więc nikt nie miał odwagi zagłębiać się w nią.

Na wiosnę, kiedy woda w rzece wzbierała, wtedy drzewa porżnięte zimą na metrowe, dwumetrowe, a czasem i dłuższe polana, były wrzucane do Czermoszki. Woda je niosła aż do Jeniseju. Czasami te polana spiętrzały się w ogromne zatory i ludzie musieli specjalnymi hakami je Rozrywać. Było to bardzo niebezpieczne, gdyż wejście na taki zator groziło utonięciem.

Polka, która uratowała bratu życie, ochrzciła go wodą i dała mu na imię Jan.  Mimo strasznych warunków dziecko żyło. Mama była bardzo słaba, ale oboje żyli i to było dla nas najważniejsze. Tęsknota za ojczyzną była ogromna, a przed nami żadnej nadziei na powrót do Polski. Tymczasem musieliśmy doświadczać różnych upokorzeń i strachu przed jutrem. Lato przychodziło powoli, a z nim różne niedogodności i dolegliwości. Nie było ani skrawka ziemi, gdzie można byłoby coś posadzić. Wokół same góry i skały, miejscami niedostępne, wysokie i gładkie jak ściany. Brakowało nam naszych sadów, ogrodów, naszej równiny, nie mówiąc o wolności. Kiedy już przyszło lato, zrozumieliśmy, że i o tej porze roku nie łatwo tu żyć. Zimą doskwierał mróz, a latem nie dawały żyć chmary komarów i meszek. Czepiały się człowieka i gryzły tak, że nie można było patrzeć z powodu opuchnięcia twarzy. Żeby można było pójść do pracy w lesie, ludzie smarowali twarz dziegciem i zakładali na nią czarną, drobną siatkę. Pluskwy dokuczały w nocy, meszki i komary w dzień. Do tego jeszcze doskwierał straszny głód. Dzisiaj bułka z szynką nie smakuje tak, jak wtedy skórka czerstwego chleba. Jak już wspomniałam wcześniej, chleb był na kartki: dla pracujących 800 g, dla niepracujących 400 g. Jedzenie w  stołówce było okropne. Przez trzy miesiące jedno i to samo trzy razy dziennie: zupa owsianka z głowami ryb, albo tak zwana „łapsza”- ciasto wałkowane, pieczone na blacie, krojone w szerokie paski i gotowane na wodzie. Bywały też „gałuszki”, to znaczy klopsy robione z razowej mąki i gotowane w wodzie, które smakowały i wyglądały jak pomyje. Chleb pieczono z mąki owsianej razem z łuską. Gdy był świeży, to dało się go zjeść, ale potem przeżywało się męki, bo niesamowicie drapał po jelitach, nie mówiąc już o chwili, kiedy trzeba było pójść za potrzebą. Był też chleb z gryki i prosa, który się rozsypywał jak piasek, a poza tym był bardzo ciężki, tak że po zważeniu niewiele go było. Głód tak strasznie dokuczał, że dzień stawał się rokiem, toteż my, dzieci, wyczekiwałyśmy nocy, by zasnąć i nie czuć głodu. A co mieli zrobić ci, którzy ciężko pracowali?

Latem zaczęliśmy zaglądać do lasu. Wtedy zobaczyliśmy, co w sobie kryje. Rosły tam przepiękne, smaczne maliny oraz czerwone i czarne porzeczki.  Nikt ich tam nie sadził, nikt też nie doglądał. Grube i soczyste jagody jedliśmy łapczywie. Niestety nie było możliwości zrobienia z nich przetworów ze względu na brak cukru, którego tam nikt na oczy nie widział. Potem były grzyby, które jedliśmy gotowane w samej wodzie. Ludzie wstawali wcześnie rano, żeby nazbierać pokrzyw, czy dzikiego szczawiu. Pakowało się pełny garnek, kilka razy płukało, żeby nie był zbyt kwaśny i ugotowanym w wodzie bez dodatku mleka oszukiwało się głód. 

Mama powoli wracała do zdrowia. Taty całymi dniami nie było w domu, więc my, dzieci, chodziłyśmy do lasu po drewno na opał i po to, by coś nazbierać do jedzenia. Jesienią kazano mnie i Romci iść do szkoły. Poszłyśmy. Nauka szła mi nienajgorzej, ale gdy przyszła zima, musiałam zrezygnować, bo nie było ciepłej odzieży ani butów. Miałam skończone cztery klasy szkoły podstawowej i na tym skończyła się moja edukacja.

Kolejne części wspomnień już wkrótce w Głogówek Online

Zmieniony: Czwartek, 06 Wrzesień 2007 10:09