Głogówek Online
 
22 | 08 | 2017
Dawnych lat wspomnienie - część 2 Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Teofila Kołodenna   
Poniedziałek, 20 Sierpień 2007 10:52

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy nasz ojciec wrócił do domu. Opowiadał, jak wszystkich wracających żołnierzy zatrzymywano i sprawdzano im ręce. Jeżeli mieli spracowane, puszczali do domu, a ten, który miał delikatne, „znaczit burżuj”, czyli inteligent, został zabierany. Po powrocie ojca czuliśmy się trochę bezpieczniej, ale nie było to już normalne życie jak dawniej. Nikt nie był pewny jutra. W tej niepewności dożyliśmy do 1940 r.

Rok 1940. Wywózka.

ImageJuż na początku roku zaczęły dziać się różne dziwne rzeczy. Ludzie zaczęli opowiadać, że na stacji kolejowej (na bocznicy), stoją wagony towarowe z kominami. Zbierali się po domach i snuli podejrzenia, co to może znaczyć. Każdy mówił co innego. Dopiero później dowiedzieliśmy się, dla kogo były przeznaczone.

Dnia 10 lutego 1940 r. nie da się wymazać z pamięci. Tego, co się wówczas wydarzyło, nie da się opisać, ani opowiedzieć. Dla mnie był to niemal koniec świata. Poprzedniego dnia mój tato poszedł do drugiej wioski, do znajomego szewca, żeby zrobić dla mamy buty. Znał się na tym trochę, bo dziadek (ojciec mojego taty) był szewcem. Zostałyśmy same, to znaczy my, trzy dziewczynki i mama, będąca w szóstym miesiącu ciąży. Wieczorem zrobiła zaczyn na chleb i naszykowała śmietanę, bo rano miała robić masło, żeby było świeże na niedzielę. Wieczorem dość długo szyła, więc późno poszliśmy spać, nie przeczuwając niczego złego. O piątej nad ranem (właściwie była to jeszcze ciemna noc), rozległo się głośne walenie w drzwi. Wszyscy się pobudzili. Za drzwiami słychać było gwar i dalsze dobijanie się do drzwi kolbami karabinów. Stryjek otworzył, a wtedy kilku żołnierzy radzieckich oraz miejscowych Ukraińców wpadło do mieszkania. Podzielili się na dwie grupy. Jedni poszli do dziadków, a drudzy nas, dzieci, wyrzucili z łóżek. Pościel przewrócili do góry nogami i kazali się ubierać. Mama przerażona nie wiedziała, co ma robić. Zaczęłyśmy płakać i krzyczeć. Nie wiedziałyśmy, gdzie się schować. Jeden z żołnierzy kazał nam się zbierać do podróży. Powiedział, że w ciągu godziny mamy być gotowi do drogi. Mama z przerażenia nie wiedziała, czy ma dzieci ubierać, czy pakować jakieś rzeczy, czy sama najpierw się ubrać. W pierwszej kolejności chwyciła maszynę do szycia, ale jeden z Ukraińców zaczął krzyczeć, że ma ją zostawić. Wtedy żołnierz radziecki popatrzył na mamę i zapytał, kto na niej szyje. Widocznie drgnęło w nim ludzkie serce na widok ciężarnej kobiety, matki z trójką dzieci. Ponieważ uczyłam się w szkole języka ukraińskiego, starałam się mu wytłumaczyć wszystko, tak jak potrafiłam. On popatrzył na mamę jeszcze raz i powiedział, że może wziąć i że może jej się „tam” przydać. Kazał Ukraińcom zanieść maszynę na sanie, które czekały na nas przed domem. Miejscowi ludzie też nie mieli litości nad nami. Jeszcze nas nie wywieźli, a już przy nas próbowali rozszarpywać nasz dobytek. Jedna
z uczennic mamy chciała zabrać maszynę, ale na szczęście żołnierz nie pozwolił. Znajoma chciała brać szafę, lecz mama powiedziała jej stanowczo: „Nie!” Gdy mnie już tu nie będzie, zabierajcie sobie wszystko. „Wdzięczna jestem do dziś temu żołnierzowi. On jeden okazał trochę litości. Kazał Ukraińcom zabić świnię, osiem kur i dwie gęsi i wrzucić ze wszystkim na sanie. Dziś wiem, że ów żołnierz musiał wykonywać rozkazy i że być może on również zostawił gdzieś ciężarną żonę z dziećmi, skoro wzruszył go nasz los. Ja miałam wtedy niespełna 12 lat, Romcia 10, a Władzia zaczęła czwarty rok. Mama niewiele rzeczy zabrała. Ręce jej się trzęsły, a poza tym miała kłopoty z sercem. Ponadto sanie były małe, więc niewiele dało się wziąć. Zabrała pierzynę i dwie poduszki, żeby nas otulić na saniach, bo mróz był wtedy wielki, prawie -30 stopni. Dla mamy nie było już miejsca na saniach, więc musiała iść pieszo.

U dziadków też był straszny lament. Dziadek od dłuższego czasu był poważnie chory. Nie mógł chodzić, a oni na siłę go ciągnęli.

Przybiegły jego dwie córki, ojca siostry, które mieszkały obok. Ich nie wyrzucili, bo miały mężów stolarzy, a w tak dużej wiosce stolarze byli potrzebni, chociaż należeli do osadników. Nie pomagały prośby, ani płacz. Dziadek, prawie umierający, musiał jechać. Dziś wiem z całą pewnością, że to Ukraińcy nas wydali i skazali na zesłanie. To była zemsta za to, że rząd nie sprzedał im ziemi.

Trudno opisać, z jakim bólem i rozpaczą trzeba było się żegnać z rodzinnym domem, otoczeniem, krewnymi, znajomymi, koleżankami ze szkoły.

Kilkoro z tych znajomych, dobrych ludzi przyszło nam pomóc, ale ich nie wpuszczono do naszego domu. Musieliśmy opuszczać swój dom rodzinny i do tego bez ojca. Nie wiedzieliśmy, dokąd jedziemy i na jak długo. Nie przypuszczałam wtedy, że już nigdy tam nie wrócę i nie zobaczę tego miejsca, tak drogiego mojemu sercu.

I tak oto w ten mroźny, wczesny poranek wyruszyliśmy na straszną tułaczkę i poniewierkę. Jadąc zobaczyliśmy, że wywożą nie tylko nas, ale wszystkich osadników. Wszystkie sanie zdążały w jednym kierunku - na dworzec kolejowy. Idący ludzie słaniali się na nogach, upadali poganiani przez okrutnych żołnierzy. Widok był straszny. Żołdacy jechali na koniach, z karabinami. Byli grubo ubrani. Na głowach mieli spiczaste czapki. Do dziś mam ich obraz przed oczami, szczególnie nocą, kiedy ten przerażający widok budzi mnie ze snu. Zawsze słowo „diabeł” kojarzyło mi się z takim żołdakiem. Ciągle jeszcze każdy niespodziewany głośny stuk przywodzi na myśl tamto łomotanie do drzwi i ściska serce. Nawet po tylu latach widok munduru budzi we mnie paniczny strach.

Ci żołdacy poganiali nas jak bydło. Naszej znajomej wypadło z poduszki dziecko. Leżało na śniegu, a oni nie pozwalali jej podnieść. Po wielkich prośbach i błaganiach zgodzili się, ale było za późno. Niedługo potem umarło.

Kiedy dojechaliśmy do dworca, naszym oczom ukazał się przerażający obraz.  Siedzący na koniach żołnierze karabinami wpychali ludzi do bydlęcych wagonów, tych właśnie, które stały tam od jakiegoś czasu. Miałam wrażenie, że to koniec świata, że oto Lucyfer urządza sąd ostateczny. Ludzie płakali i krzyczeli z rozpaczy. Jednak nie było wyjścia. Tych żołnierzy było wszędzie pełno. Na siłę wpychali do wagonów tych, którzy sami nie chcieli wchodzić. Gdy już nas upchnęli, znów przeżyliśmy szok na widok wyposażenia wagonu: po obu stronach prycze przykryte słomą, w rogu mały, okrągły, żelazny piecyk, a na środku dziura w podłodze, mająca służyć jako toaleta. To tu, na oczach wszystkich, mieliśmy załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne. O jakiejkolwiek higienie nie było mowy.

W momencie, kiedy już zamknęli za nami drzwi na zasuwę, w wagonie rozległ się okropny płacz i lament. Ludzie zaczęli się modlić na głos i śpiewać pieśni: „Kto się w opiekę odda panu swemu”, potem „Pod Twoją obronę”. Mam ten obraz przed oczami do dzisiaj.

Często wraca, szczególnie nocami. Dla nas było to tym straszniejsze, że nie wiedzieliśmy, co się stało z naszym ojcem. Dzień ciągnął się okropnie długo. Ludzie nie umieli sobie znaleźć miejsca. Transport wciąż nie ruszał w drogę. My nieustannie myślałyśmy o naszym ojcu i zastanawiałyśmy się, kogo jeszcze z naszej rodziny zabrali.

Wieczorem usłyszałyśmy głos ojca, który szedł od wagonu do wagonu i pytał: „Czy jest tu rodzina Pusz?” Nasz kochany ojciec nie zostawił nas samych. Kiedy się dowiedział, co się stało, nie wrócił już do domu. Chociaż mógł się ukryć i zostać, nie zrobił tego. Tak długo nas szukał, aż znalazł. Mężczyźni wieczorem zajęli się zabitą świnią i drobiem, a więc była nadzieja, że coś będzie do jedzenia.

Straszna noc upłynęła nam na modlitwie i rozmyślaniu. Nastał niedzielny mroźny poranek z niewiadomą, co nas czeka. Przed południem usłyszeliśmy znajome głosy. To ojca dwie siostry, które zostały, przyniosły nam świeżo upieczonego chleba, masła, sera i trochę smalcu. Udało im się uprosić żołnierzy, żeby otworzyli na moment drzwi i podali nam jedzenie. Na rozmowę nie pozwolono.

Nadszedł wieczór, a z nim ta okropna chwila, kiedy transport ruszył. Nieubłaganie oddalaliśmy się od naszej wioski, domu i bliskich, wśród których były ojca siostry i siostra mamy - Honorata, która wyszła za mąż za miejscowego. Druga siostra mamy - Maria Pałka, została zabrana tym samym transportem, ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero na miejscu.

Pałkowie mieli czworo dzieci: dwóch synów i dwie córki. Podczas wywózki starszy syn, Andrzej, uciekł. Jakoś udało mu się zbiec i ukrywać się u kolegi Jana Kołodennego, który dziwnym zbiegiem okoliczności został później (po siedmiu latach) moim mężem. Andrzej do Polski nigdy nie wrócił. Jakiś czas się ukrywał, potem został złapany i zamknięty w więzieniu. Później, kiedy Anders zbierał ludzi do swojej armii, udało mu się dostać za granicę. Walczył pod Monte Cassino. Po wojnie został w Kanadzie.

Nasz transport na krótko zatrzymał się w Tarnopolu. Tam przerzucili nas do innych wagonów (podobno radzieckich) i tak ruszyliśmy w bardzo długą drogę. Pociąg jechał przeważnie nocami, czasem trochę za dnia. Staliśmy na bocznicach. Rano wypuszczali kilka osób z wiadrami po wodę, zupę i chleb. Działo się to oczywiście pod karabinem, a drzwi były zaraz ryglowane. Z przyniesionej wody niewiele było pożytku, bo kiedy pociąg ruszał, to tak strasznie szarpał, że woda się wylewała, a nam niewiele zostawało do picia, nie mówiąc o myciu. O praniu nie było mowy. Ludzie, pakując się w pośpiechu i strachu, nie pamiętali o mydle. Tak więc myć się i prać nie było czym, ani też w czym. Piecyk był tak mały, że ledwie stanął na nim nieduży garnek, w którym gotowaliśmy wodę na herbatę. Zresztą herbaty też już nie było. W dodatku, kiedy pociąg ruszał, wszystko z pieca spadało. Trzeba było garnek trzymać.

W wagonie było tylko małe okienko u góry i to zakratowane. Tak więc nie wiedzieliśmy i nie widzieliśmy, dokąd nas wiozą. Zdarzało się, że kiedy pociąg stal, przychodzili biedni Rosjanie i prosili nas o jedzenie. To nam dało do myślenia, do jakiego kraju i raju jedziemy.

Z naszej wsi zabrali podobno 35 rodzin. Kilka było z nami w wagonie, stąd wiem, że to nie byli ludzie zamożni, chociaż mówiono, że wywożą burżujów. Ludzie byli głodni, więc kiedy gotowaliśmy mięso ze świni, dzieliliśmy się z innymi. Z tego wynikł wielki problem. Gdy ludzie najedli się tłustego mięsa na głodny żołądek, to dostali biegunki.  Było tak, że ci z górnej pryczy nie zdążyli zejść. Wtedy leżący na dole byli w pożałowania godnym stanie. Jak wspomniałam, nie było miski, wody ani mydła. Można więc sobie wyobrazić, jaki panował tam śmierdzący zaduch. Po pewnym czasie, z brudu i głodu, pojawiła się wszawica. Wszy były wszędzie. Nie tylko we włosach, ale w każdym rąbku ubrania.

Minął tydzień, dwa, a naszej tułaczce nie było końca. Ludzie zaczęli chorować i umierać. W naszym wagonie zmarło małe dziecko, potem pogorszyło się zdrowie mojego dziadka. Wezwano niby „lekarkę”. Coś tam pobadała, popatrzyła i powiedziała: „On jeszcze pożyje dziesięć lat”. Po jej wyjściu dziadek zmarł. Zabrali go tylko w prześcieradle, nie dali ubrać, ani nie powiedzieli w jakiej miejscowości się znajdowaliśmy. Do dziś nie wiemy gdzie, ani jak został pochowany i czy w ogóle został pochowany. Może tylko po prostu wrzucony do śniegu, albo spalony. W tym wagonie jechało nas 56 osób w różnym wieku. Młodzi spali na górnych pryczach, a starzy na dole. Zdarzało się, że kiedy pociąg mocno szarpnął, ci z góry spadali. Jechaliśmy całymi godzinami. Czasami stawało się to nie do wytrzymania. Patrząc przez to małe okienko, widzieliśmy tylko bezkresne pola zasypane śniegiem i bardzo rzadko ludzkie zabudowania. Nie było widać końca tej podróży, która nam się wydawał wiecznością. Coraz częściej i coraz bardziej ludzie chorowali. Niesamowite zimno, głód i brud zbierały żniwo. Tylko raz odsunęli drzwi i pozwolili wyjść na świeże powietrze, ale trwało to tak krótko, że zanim ostatni zdążył wysiąść, to pierwszy już z powrotem musiał wejść do wagonu. Straciliśmy poczucie czasu. Okazało się, że był to ostatni tydzień naszej miesięcznej wędrówki, kiedy wreszcie dojechaliśmy do dużego syberyjskiego miasta - Krasnojarska.

Kolejne części wspomnień już wkrótce w Głogówek Online.

Zmieniony: Wtorek, 21 Sierpień 2007 20:54