Głogówek Online
 
29 | 03 | 2017
A jednak mi żal... - Jeden dzień z pamiętnika miłośnika miasta Drukuj
Historia - Wspomnienia
Autor: Bartłomiej Rebuk   
Niedziela, 07 Luty 2010 17:53
Park w Głogówku, zdj. Ł. SzałaDojechałem wreszcie do mojego wymarzonego Głogówka, spod wawelskiego grodu. Piękne majowe słońce oświetlało kolejowe rabaty, pełne różnorodnych kwiatów, z wielkim pietyzmem ukształtowane przez pracowników kolejowego ogrodnictwa, które prowadził pan Kostosz. Peron naszego dworca był pięknie ustrojony narodowymi flagami, ławki dla pasażerów były wymalowane, a z restauracji dworcowej dochodziły głośne rozmowy pracowników, mających się udać na drugą zmianę do kędzierzyńskich Azot i Blachowni. Nad całością ruchliwego życia na dworcu PKP czuwał, zawsze na stanowisku, w eleganckim mundurze pan naczelnik Józef Jurek.
 
Wychodząc z dworca, urzekła mnie piękna okolica, którą miałem przed sobą. Z lewej strony, przy ekspedycji kolejowej, rolnicy z pobliskich wiosek (Mochów, Leśniki, Dzierżysławice, Błażejowice) przeładowywali płody rolne z furmanek do wagonów, które przewoziły pierwsze nowalijki do Zagłębia Śląskiego. Z prawej strony widać plac Kopacza (tzw. Pfarrad-Kopacz), na dziedzińcu którego, robotnicy jadąc do kędzierzyńskich zakładów pracy przechowywali swoje rowery, którymi dojeżdżali z przyległych wiosek. Po przeciwległej stronie tegoż placu widać było nieczynną restaurację, prowadzoną przed wojną przez Emila Kopacza.

Idąc piękną Aleją Lipową w kierunku centrum miasta, widać falujące pola różnobarwnością swoich powierzchni. Promienie słoneczne przebijają się przez korony drzew i oświetlają zarysy budynków dzielnicy Oracze, komin cegielni, willę zamieszkałą przez pana Szczurowskiego i głogówecki szpital. Przed szpitalem, doktor Pałasz, z odwiecznym papierosem w ustach, dyskutował właśnie ze społecznikiem miasta Bolesławem Malczosem i seniorem głogóweckiego szkolnictwa prof. Wacławem Osuchem, który zaprosił mnie na poniedziałkowe spotkanie młodzieży, do świetlicy miejskiej, która mieściła się przy ulicy Dworcowej 7. Dochodząc do końca Alei Lipowej, pomogłem pani Pfister, właścicielce pięknych kamienic, wyciągnąć wózek, w którym miała owoce i warzywa na sprzedaż. Bardzo podziwiam tę wysoką, postawną Panią, której ojciec wybudował pierwszą mleczarnię w Głogówku. Na skutek okrutnych realiów wojny, straciła majątek i obecnie musi ciężko pracować na przeżycie.

Nagle, głośny huk motoru po drugiej stronie ulicy – wystraszył mnie. To nasz Jasiek Grzymek, pędził na Jawce w kierunku rynku. Przed bramą wjazdową do ogrodnictwa, jej właścicielka Lora Grzymek, tylko pokiwała na to głową. Znała wybryki motorowe Jasia.

Minęło zaledwie kilkanaście minut, a już doszedłem do MPRB. Przed budynkiem największej firmy budowlanej w mieście, kręciło się wiele ludzi. Firma ta powstała z przedwojennej budowlanki pana Wincenta Pretora, przekształconej na „Cementowyrób" przez architekta Tomasza Cubera, który zaczarowany urokiem pani Urszuli, przybył z górniczego Śląska do Głogówka w pierwszych dniach powojennych. W związku ze zniszczeniami wojennymi, firma MPRB ma front robót na najbliższe lata. Firmie przewodził dyrektor Trojanowski (Treutler) z budowlańcami - Sarnes, Morawiec, Kontny, Herok i Maliński. Nieco dalej, podziwiałem piękną secesyjną kamienicę pana Wincenta Pretora i uliczkę prowadzącą na kąpielisko miejskie, gdzie oprócz pływania w trzech basenach można było korzystać z baru z napojami, słodyczami i lodami. Wieczorami potańczyć było można na przygotowanym specjalnie drewnianym podium - częściowo zadaszonym. Kolorowe lampiony upiększały wygląd kąpieliska, a w taflach wody odbijały się księżyc, gwiazdy i światło. Często przygrywała tym potańcówkom orkiestra pana Herberta Schumanna lub „Lischka-Kapelle", rodzinne zespoły muzyczne z Głogówka. W znajdującej się w pobliżu Gazowni, której szefował pan Kleist znajdują się olbrzymie zbiorniki na gaz i stuletnie piece do wypalania koksu. Do Gazowni należała również łaźnia miejska (przy dróżce do kąpieliska), z której wciąż korzystają mieszkańcy miasta. Naprzeciw, w budynku państwa Pietraszków (Dworcowa 5), mieści się Poczta, do której wstąpiłem, by odebrać listy przesłane na „poste restante" podczas mojej kilkumiesięczne nieobecności w Głogówku. Opuściwszy Pocztę, poszedłem dalej w kierunku „miasta". Zaszedłem zaledwie kilka kroków, a z piwnicy baru mlecznego, zawiało chłodem. Przypomniałem sobie, że właśnie tutaj w okresie zimy składuje się duże bryły lodu, które służyły w okresach letnich do utrzymania zmarzliny wspaniałych lodów w wymaganej temperaturze.

Ponieważ pora obiadowa nadeszła a apetyt nigdy mnie nie opuszczał, wstąpiłem do znanego w całej okolicy baru mlecznego, którym kierował pan Siekiera. Przemiłe panie Schwanzer i Schneider, w białych czepkach i fartuszkach, obsługiwały klientelę przy ladzie, i „miały oko" na cały lokal. W pierwszej sali, przeważnie jadali młodzi, często uczniowie ze szkół, którzy dojeżdżali z wiosek. W sali drugiej, za wielkimi białymi drzwiami, konsumowali obiady, smaczne serniki ze śmietaną i budynie z sokami, przeważnie ludzie starsi lub całe rodziny. Zamówiłem sobie ozorki w sosie pomidorowym z ziemniaczkami, a na deser – galaretkę z owocami. Przysiadłem się do stałego bywalca tego baru, listonosza pana Jana Malińskiego. Dowiedziawszy się kilka „miastowych nowinek" od mojego obiadowego kompana, podziękowałem za dobry posiłek i podążyłem spacerkiem w kierunku ulicy 1-ego Maja. Wstąpiłem po drodze do szefa mleczarni, pana Kurzysza, aby przekazać wiadomość od naszego wspólnego znajomego z Krakowa. Zastałem tylko małżonkę dyrektora, u której w gościnie byli państwo Austerlitz, mieszkający w pięknej kamienicy naprzeciw. Ucieszyłem się bardzo z zaproszenia na wieczorny bal, na którym będę miał okazję spotkać się ze starymi znajomymi.

Idąc dalej, pozdrowiłem siostry Boromeuszki, które pracowały przy swoim gospodarstwie. Pamiętam, jak zeszłej jesieni, nasz proboszcz Alojzy Dydek, wysłał siostrom ministrantów, do pomocy przy młóceniu pszenicy. Na ruchliwej drodze do Rozkochowa zauważyłem dwa traktory Lanz-Buldog, firmy przewozowej Jana Hurasa z Oraczy, która wyjeżdżała ze składu węglowego pana Pawła Pierschek, mieszczącego się za mleczarnią. Na terenie miasta, istnieje ponadto przewóz konny Norberta i Engelberta Gruendell. Przypomniałem sobie, że to oni właśnie pomogli mi ostatniego lata przy przeprowadzce.

Dochodząc do rzeźni, która graniczyła z placem targowym, usłyszałem odgłosy z kuźni pana Pohlaka. Często podziwiałem warsztat i zręczność kowala, przy podkuwaniu koni. Przed wielkim budynkiem mieszczącym obecnie internat żeński Liceum Pedagogicznego, widać jeszcze pozostałości po spalonej stolarni Vogla.

Była już 14.30, jak przybyłem na Winiary. U Jerzego Kozubka kipiało od pracy. Załadowywano skrzynie z jabłkami na wielką platformę, ciągniętą przez dwa gniade konie. Owoce i warzywa dostarczano co tydzień do Gliwic, a z Górnego Śląska przywożono węgiel.

Nieco dalej, przy Liceum Pedagogicznym, zauważyłem dyrektora Cieślińskiego, krzątającego się wśród nauczycieli i uczniów. Był w swoim ulubionym popielatym garniturze, którego kupon materiału otrzymał z przydziału zakładów roszarniczych (robotnicy w roszarni, przez pierwsze miesiące po wyzwoleniu, pracowali za wynagrodzenie w naturze).

Dostawali z dyrekcji Przemysłu Lniarskiego w Wałbrzychu gotowy materiał na ubrania. Dlatego, część pań i panów w Głogówku nosiła garsonki i garnitury z materiału - z „jednej bali"). W grupie tej znajdował się również mój znajomy prof. A. Czyżda, którego osiągnięcia muzyczne znane były w okolicy (rywalizacje muzyczno-wokalne między Ogólniakiem - prof. Z. Sikorska, a Pedagogiem - prof. Mertuszka, to późniejsze czasy, przełom lat 50/60.). Czas naglił, więc zrezygnowałem z odwiedzin rozebranej przez „Amerykanów" cukrowni, oraz sadów Rafała Urbana, naszego głogóweckiego poetę, gawędziarza, sadownika i miłośnika regionu.

Na skrzyżowaniu ulic Powstańców Śląskich i Batorego było już słychać odgłosy batalii słownych dochodzących od „Pita" - baru na Winiarach. Lokal ten istnieje już kilkadziesiąt lat, a jego właścicielem jest Johann Wistuba, który również produkował gorzałki i likiery we własnej, legalnie prowadzonej, wytwórni. Podczas ostatniego pobytu w tym miejscu poznałem starszego księdza spod głogówieckiej parafii, który wracając z wizyty w naszym mieście, zahaczył o ten lokalik. Pamiętam, jak wówczas po kilku ponad programowych kieliszkach „taty z mamą" (spirytus z sokiem plus woda), ów dostojnik zwracając się do męskiego grona oznajmił żartobliwie: „chłopcy pijcie, piekła nie ma". Ten sympatyczny i bardzo wesoły człowiek pozostał mi w pamięci, jako „dobry duch" towarzystwa i wspaniały duszpasterz. Zauważyłem, że biesiadnicy opuszczając bar, idąc w stronę ulicy Jagiellońskiej, wykonywali znak krzyża przed budynkiem sióstr Elżbietanek. Za klinkierowym murem klasztoru mieściła się oaza ciszy i spokoju. Siostry uprawiały swoje warzywa i piękne rabaty z kwiatami, służące do dekoracji ołtarzy w kościołach. Takowe kompozycje kwiatowe dostarczało również ogrodnictwo Herringów z Jagiellońskiej. Również przy tej ulicy, w większości zamieszkałej przez rolników, znajduje się domek pod numerem 7, który zamieszkuje pan Maksymilian Kudlek (zwany Erlen Koenig - królem Olszynki). Dzięki inicjatywom i osobistej pracy tego pana, i jego zięcia - pana Paczka, lasek Olszynka jest zadbany, wycieczki korzystają z barwnych opowiadań jej gospodarza, a w niedzielne popołudnia, sam mistrz Maksymilian, wykonuje na rozstrojonej harmoszce, ludowe przyśpiewki i opowiada legendy. Na zamieszkałej przez niego posesji, oprócz wiatraczków, wodospadów, krasnali, karmików na ptaki, można zobaczyć różniste pamiątki pochodzące spod głogóweckich lasów i parku. Podczas tego sobotnie popołudnia, odwiedził pana Maksymiliana sąsiad z długą „fają" - pan Rudner, zaliczany do barwnych postaci Winian był pszczelarzem, gołębiarzem, hodował i tresował psy policyjne. Jego teren graniczył z barem „Winiary".

Szedłem dalej w stronę Bramy Zamkowej. Kiedy mijałem neogotycki kościół ewangelicki, zaglądnąłem do środka i zobaczyłem straszny bałagan. Widać, że nikt się tą świątynią nie opiekuje - w części połamane ławki, tylko dzięki solidnej konstrukcji, jeszcze służą rzadkim bywalcom. Dookoła leżą połamane piszczałki ze zniszczonych organów. Wielka szkoda, że protestanci opuścili w '45 nasze miasto. Nawet znajdująca się naprzeciw Oberży plebania ewangelicka, jest w równie opłakanym stanie.

Zakłady Roszarnicze przy ulicy Pasternik, pracują pełną parą. Pamiętam wieloosobowe rodziny - Leś, Filipek, Szała, Sopata, Janecko, Wblnik i inne, które aktywnie uczestniczyły w rozwoju przedsiębiorstwa. Cieszę się już na spotkania piłkarskie pomiędzy dwoma głogóweckimi klubami - Włókniarzem (drużyna roszarni) i - Ogniwem Głogówek (drużyna miastowa), za którymi tak tęskniłem przez ten cały czas mojej nieobecności na Opolszczyźnie. Zespół Włókniarza ma swoje boisko na łąkach wzdłuż Aleji zabytkowych dębów prowadzącej do rzeki Osobłogi, a boisko Ogniwa mieści się przy ulicy Polnej. Spotkania tych zespołów są niesamowitą rozrywką dla kibiców, gdyż przebieg meczów ma wymiar często ponad sportowy.

Szedłem więc sobie dalej, rozpamiętując tę międzyzakładową rywalizację z ostatnich lat, gdy dochodząc do Placu Wolności zauważyłem kilka znanych mi osób. Ze szkoły Jedenastolatki" (Ogólniak) wychodziła grupa uczniów z prof. Czarkowską i prof. Mierzwą. Szkołę stanowiły dwa budynki poklasztorne, usytuowane naprzeciw siebie.

Z dużym dzwonem w ręku zakończenie lekcji oznajmiał zawsze woźny - pan Gabryś, który mimo skromnej postury, potrafił sobie wyrobić autorytet wśród uczniów. Wraz z żoną utrzymywał „na Glanz" pomieszczenia klasowe. Za szkołą, w lewej pierzei ulicy Kościuszki, znajdowała się kuźnia pana Smolnika. Przysiadywał tam do późnych godzin wieczornych. Naprzeciw fontanny przy skwerku (Pl. Wolności - ul. Kościuszki) znajdowała się stacja benzynowa.

Zawsze podziwiałem szczupłego pana Piętaka, który zręcznym machaniem prawicą, pompował benzynę do pięciolitrowych szklanych miarek a następnie - do motorów i samochodów.

Plac Wolności był zajęty przez budynki spółdzielni: GS - Samopomoc Chłopska „Biedrzychowice" z siedzibą w Głogówku (z prezesem Nowakiem i Pszennym) i MSZZ Głogówek (z prezesem W. Haśnikiem). Idąc dalej ulicą Kozielską w stronę Rynku mijam nieistniejącą już drukarnię Radka, nieczynną żydowską synagogę, oraz zrujnowane budynki mieszkalne, wyjątek stanowi tylko budynek, w którym mieści się piekarnia i cukiernia pana Siwonia. W budynku po przeciwległej stronie ulicy, znajduje się natomiast piekarnia spółdzielcza, której przez długi czas kierownikiem był Henryk Szendzielorz. W przyległej uliczce, w lokalu „Robocina" serwowane są golonki z grochem i kapustą. Ozdobą karczmy była sama właścicielka - pani Maria Robota. Często wpisywała do swojej księgi nazwiska dłużników, którzy nie zawsze byli wypłacalni. Do równie wziętych knajp z okolic Rynku zaliczyć można „Bar pod Herbem" (własność p. Elżbiety Klose), bar państwa Wilimskich i kawiarnię zamkową. Najbardziej reprezentacyjną częścią miasta jest rynek, który wypełnia się mieszkańcami w niedzielę - po Mszach Świętych oraz w targowe czwartki – gdy wielu załatwia sprawy w magistracie, w Banku Spółdzielczym (gdzie dyrektoruje Jerzy Pisarczyk) i aptece (prowadzonej przez magistra Rudego). Nowości z głogóweckiego światka można usłyszeć od samego mistrza fryzjerskiego Henryka Larysza, z którego usług korzysta 90% mieszkańców.

Wszelakie uroczystości, prywatne lub miejskie, są udokumentowane przez zakład fotograficzny p. Zygfryda Czaunera, mieszczący się w pięknej kamienicy opodal nieistniejącej już Bramy Wodnej.

Miejscami wielkich tanecznych balów, których w samym karnawale jest wiele, są: Dom Kultury (mieszczący się przy kinie „Świt") - ulica Kozielska, gdzie obejrzeć można występy teatralne, akademie miejskie i szkolne; Dom Parafialny - ulica Batorego (którego gospodarzami są pani Filia z mężem). W pomieszczeniach na piętrze tegoż domu, odbywały się lekcje katechezy, prowadzone przez oo. Franciszkanów.

Mając już mało czasu, skierowałem się w stronę murów obronnych i ogródków działkowych przy ulicy Piotra Skargi.Dzięki ładnej pogodzie, wielu mieszkańców pracowało na swoich „plantacjach". Po przeciwległej stronie ulicy, toczyły się prace przy odgruzowywaniu budynków przy cegielni i istniejącej w pobliżu kuźni na posiadłości państwa Istel.

W sobotnie popołudnia, jak było w zwyczaju w śląskich miasteczkach i wsiach, każdy gospodarz zamiatał swoje przydomowe podwórza i chodniki. Tego dnia miałem okazję przyjrzeć się wielkim porządkom, które pan Poremba wykonywał w swojej zagrodzie przy ulicy Głubczyckiej.

Bardzo ciekawy jest znajdujący się w pobliżu budynek państwa Koloczek, gdzie w minionych latach wypalano kafle piecowe. Będąc teraz dłużej w mieście nie omieszkam odwiedzić właściciela, który obecnie pełni funkcję  zakrystianina w kościele klasztornym. Obowiązki te w kościele parafialnym spełniają panowie - Piotr Ociepka i Józef Matysek.

W pobliskim warsztacie pana mistrza Jana Schneidera można zamówić piękne meble zarówno do kuchni jak i  salonu. Idąc dalej ulicą Głubczycką, wstąpiłem do piekarni Hauptschtoków, gdzie kupiłem sławne na całą okolicę chrupiące bułeczki. W następnej kamienicy państwa Jana Kozubek, mieścił się handel owocami i warzywami. Ciszę tego sobotniego popołudnia „zakłócała" piękna muzyka wypływająca z okna domu, w którym mieszkał głogówecki pianista, absolwent Konserwatorium Muzycznego we Wrocławiu - pan Gunter Piwatz. Jakże piękny to dar, gdy człowiek muzyką może zaczarować świat...

Rozmarzony, wędrując tak sobie dalej, doszedłem do domu państwa Thielów. Rodzina ta, wzbogaca coroczne obchody świąt Bożego Narodzenia, poprzez misternie przygotowaną szopkę - zminiaturyzowane Betlejem, które dorośli wspólnie ze swoimi pociechami - za symboliczną złotówkę - chętnie odwiedzają.

Nieco dalej, zobaczyłem pana prof. Pagacza, który ze swoją piękną żoną (z domu Malińska) stojąc przy parkanie swojego domostwa, rozmawiał z sąsiadem-ogrodnikiem Stefanem Janetzko. Pan Pagacz zawitał do Głogówka z krakowskiego w pierwszych latach wyzwolenia. Jako wspaniały pedagog, filozof i chemik, uczył tutejszą młodzież.

Doszedłszy do piekarni Karola Morawca, spotkałem grupę znajomych kolegów, którzy adorowali właśnie piękną córkę krawca Alojza Janetzkiego - Franciszkę. Tymi wielbicielami „panny do wzięcia" były trzy Bolki - Simon, Osadkowski, Rawluk, Marian Duda, Gerard i Norbert Janik, Wincenty Pretor, Bernard Pierschek, Norbert i Rudolf Sacher, Marian i Bogusław Rudy oraz Franciszek „Asa" Kochanek. Radość sprawiła nam córka piekarza Morawca - Angelika, która wróciwszy z zakupów, podeszła do nas i zaprosiła na śląski „kołocz” do przydomowego ogródka. Żarty i opowiadania nie miały końca. Musiałem kompanów jednak opuścić, gdyż czas naglił.

Wróciłem więc na ulicę Sobieskiego, gdzie miałem skromne, małe mieszkanko. Graniczyło ono ze Szkołą Podstawową nr 2, której kierownikiem był Kazimierz Wilczewski. Na szkolnym placu zabaw, jak zawsze, było gwarno. Mimo sobotniego popołudnia, grupka dzieci grała w „siatkę" i w „nogę". Przez parkan zauważyłem postacie kilku nauczycieli, m.in. panią Wilczewską, panią od biologii – Genowefę Wojciechowską z uroczą córką Teresą, panią Pasyniuk od matematyki, pana Kozaka i pana Turbińskiego. Nauczyciele korzystali z pięknej, słonecznej pogody i siedzieli w cieniu zielonych morw, otaczających podwórzec.

Naprzeciw szkoły, w oknie wystawowym piekarni Karola Przybyły, wystawione są jego smaczne wypieki. Najbardziej lubiłem bezy z śmietaną, ogromne „Amerykany" z polewą lukrową i cukrowe zajączki i kurczaki przygotowane na okres Świąt Wielkiej Nocy. Właściciel piekarni znany był z dyscypliny, z jaką wychowywał swoje dzieci. Uczniowie często odwiedzali pana Przybyłe, który za głęboki ukłon i złożenie poszanowania, obdarowywał ich smakołykami. Dzisiaj, niestety, piekarnia była już nieczynna. Podążając dalej ulicą Sobieskiego, minąłem rozlewnię wody i lemoniady państwa Kopacz, i doszedłem do baru „Kapliczki" Pretorów. Urocze córki pana Józefa - Urszula i Gerda, z gracją podawały tu jadło i napitki. Klientelę lokalu stanowili rolnicy, którzy w godzinach przedpołudniowych dostarczali nowalijki (świeże warzywa) do ekspedycji PKP. Część stałych gości przesiadywała zazwyczaj w chłodnej piwnicy budynku pod numerem 35, która była przystosowana jako jadłodajnia. Zaprzęgi konne stały natomiast w cieniu wielkich lip. Można tu było również spotkać powracających z pracy, z Kędzierzyńskich zakładów, mieszkańców Oraczy, Tomic, Szonowa czy Klisina, którzy niechętnie omijali „Kapliczkę" pana Józefa. W niedzielne popołudnia miejsce to odwiedzali także przybyli z centrum miasta spacerowicze, dla których były przygotowywane śląskie kołacze i lody z baru mlecznego pana Siekiery. Zmęczony tym dłuższym spacerem, usiadłem w piwnicznej izbie i wypiłem ze smakiem chmielowy, złocisty napój - później następny, i następny, i jeszcze jeden, i ostatecznie nie pamiętam, czy poszedłem na wieczorny bal do dyrektora mleczarni, czy też nie..."

RS. Drogi czytelniku, podczas ostatnich porządków świątecznych, znalazłem zagubiony dawno temu pamiętnik, który towarzyszył mi w okresie niezapomnianej młodości. Dziś, po przeczytaniu tych, już historycznych zapisów, poczułem żal i tęsknotę za tym wszystkim, co minęło. Wspomnieniem o jednym dniu z tych pięknych, spokojnych, głogóweckich czasów, podzieliłem się z Tobą i mam nadzieję, że przy świątecznych porządkach będziesz miał również okazję potknąć się o pokryte patyną czasu zapiski, którymi przywrócisz nam pamięć o ludziach i minionych czasach.

Artykuł pochodzi z rocznika głogóweckiego Portret 2000. Publikacja w Głogówek Online za zgodą TMG. 

Zmieniony: Niedziela, 07 Luty 2010 18:37
 
Podobne artykuły: