Głogówek Online
 
26 | 05 | 2017
Od Lisięcic do Głogówka. Furmankowy szlak Drukuj
Historia - Artykuły i Opracowania
Autor: Marek Karp   
Czwartek, 27 Grudzień 2007 10:34

Stanisław Derda urodził się na Wołyniu, potem z rodzicami mieszkał w Lisięcicach, pracował w Głubczycach, Prudniku i ostatnio w Rostkowicach, ale zawsze Głogówek był i jest dla niego miejscem szczególnym. Mówi o tym, zarówno gdy wspomina lata najwcześniejsze, jak i wtedy, gdy mówi o pracy, zawsze związanej z rolnictwem. Jest rolnikiem z wykształcenia i zawodu, ale również z pasji i z miłości. Z przywiązania i szacunku do ziemi, z zachwytu nad przyrodą.

„Lisięcice, to była mija wieś – mówi S. Derda – i choć do powiatowych Głubczyc było bliżej (9 km), to moim miastem z czasów dzieciństwa stał się Głogówek. Lisięcice z tamtych czasów, z początku lat 50-tych, to duża wieś – 330 domów i 2500 hektarów ziemi w użytkowaniu miejscowych rolników i sady wokół. Blisko sto hektarów wspaniałych owocowych drzew. Jabłka wszystkich odmian – wczesne o późne, czereśnie – i białe i w różnych odcieniach czerwieni (te najgrubsze, późne, super soczyste w Głogówku knorblami zwano) i śliwki renklody, węgierki i fantastyczne agresty. Te wszystkie wspaniałości, a także płody ziemi i wyhodowane prosięta trzeba było sprzedać. Jechały więc załadowane furmanki 12 kilometrów do Głogówka.

Tam Silnie rozwinęła się tradycja rzetelnego kupiectwa, a głównym odbiorcą lisięcickich owoców był pan Kozubek – właściciel sklepów i samochodów ciężarowych, więc prowadził sprzedaż nie tylko na miejscu, ale i rozwoził towar do odległych nieraz miejscowości, nawet w rejony Gliwic, Katowic. Śląsk wszystko zjadał. A Kozubek często sam do Lisięcic przyjeżdżał – zrywał owoce, ładował, wywoził. Wszyscy Kozubka znali i szanowali, nieraz z nim gospodarze i wypili i pogawędzili, bo człowiek był przyjazny. Kozubek to była głogówecka postać, aktywna w miejscowym handlu do lat 70-tych.

Jechały do Głogówka furmanki nie tylko z Lisiecic, ale i z Szonowa, Kazimierza, Tomic i Strokowa, bo chooć były to wsie z powiatu głubczyckiego, to jakoś bardziej ciążyły do Głogówka. Do lat 60-tych w głogówku tradycyjne targi odbywały się w czwartki, więc w ten dzień już od 3-ej w nocy słychać było turkot. Wszystkie furmanki przejeżdżały koło naszego domu na samym skraju wsi. Turkotały koła, stukały kopyta. A stukały różnie. Jako dziecko odróżniałem człapanie starych szkap, od raźnego kroku młodych wałachów i klaczy. Wiedziałem czy jadą stateczni gospodarze czy chłopcy z fantazją. Galop wtedy brzmiał w uszach i pokrzykiwania lisięcickich zawadiaków. A czasem jeszcze przystrojone były konie i wozy. I wszyscy ciągnęli na głogówecki jarmark.

Funkcja gospodarcza Głogówka, to jednak nie tylko targ, ale również dobrze zaopatrzone sklepy (na przykład dziewiarskie i materiałów krawieckich) i dużo dobrych rzemieślników, więc jechało się po kosze, powrozy, rzemienie. I centryfugi (wirówki do mleka) dobrym mechanikom oddać do naprawy. A wszyscy jakoś bardziej skłaniali się w stronę Głogowka niż Głubczyc.

Były to inne światy, a Lisięcice z Głogówkiem żyły w przyjaźni. Napływowa wołyńska ludność ciekawa była tych miejscowych. Znajomościom nie przeszkadzały różnice. W szczególnym głogóweckim klimacie można było też spotkać prawdziwego dziada-żebraka. Takiego z brodą i z torbą, co miał swój styl o swoją klasę. To był „Żebrak-arystokrata”. Mieszkał na Oraczach, znał wszystkich i jego wszyscy znali, pozdrawiał, pogawędzić lubił. Głogówek uznany został przez lisięcicką społeczność za miasto bezpieczne i w interesach, ale i odświętnie, towarzysko.

Ciągnęły więc furmanki nie tylko w targowe czwartki. Turlały się i w inne dnie, bo w Głogówku przecież i stacja kolejowa była i szpital. Z Głogówka jechało się „w świat” na Nysę i na Katowice, Kraków. Czasem po ubrania czy większe zakupy nawet do Gliwic jechały całe wyprawy z ciotkami, z sąsiadami. Ojciec jeździł do rodziny koło Poznania. Przesyłki towarowe również szły przez stacje w Głogówku. Furmanki odwoziły więc ludzi do pociągu, a potem jechały odbierać wracających podróżników.

Leczyć się tez chłopi jeździli do Głogówka. Lisięcicki felczer Aleksandrowicz kierował do głogóweckich lekarzy (często trafiali do dra Pałasza), więc znowu furmanki wiozły chore dzieci i kobiety. Dużo ludzi korzystało ze szpitala.

Miał też Głogówek dwie średnie szkoły, a obie z dużą sławą. Seminarium Nauczycielskie, wywodzące się jeszcze z przedwojennej tradycji, kształciło wspaniałych pedagogów. Tam szli się kształcić koledzy i z tej szkoły – wspomina Stanisław Dyrda – przychodzili nauczyciele do naszej podstawówki. Marysie Soroczyńska – prawdziwa entuzjastka, która uczyła matematyki, chemii i fizyki, i pani Łukowska o d historii, w której wszyscy się kochali, a seminarium ukończył też nasz biolog – pan Smaga z Szonowa. Chwalili tez koledzy głogóweckie liceum ogólnokształcące. Bardzo wysoki poziom miało tam nauczanie, szczególnie łaciny i przedmiotów ścisłych: matematyki, fizyki, chemii.

W Lisiecicach ludzie dużo czytali. Głogówek był dla nich takim światem jakby z historycznych książek, o wyjątkowym klimacie. Wspaniałe zabytki ta niesamowita świadomość: „tu był KRÓL JAN KAZIMIERZ” – przyciągały, intrygowały. Tan klimat pozostał do dzisiaj. Tworzy go wielu ludzi, również „człowiek na rowerze”, który gdy spotkał nas na ulicy, gdy spacerowałem ze znajomymi z Poznania, zaraz oprowadzał, objaśniał, opowiadał. Teraz już wiem, że to Albert Szyndzielorz, jedna z głogóweckich POSTACI.

Kiedy bywam w Głogówku, przechodzę przez Winiary i Oracze, lubię piękną lipową aleję prowadzącą do dworca PKP i park na zapleczu zamku i mam swój ulubiony zaułek: od Rynku przez kościół i klasztor ojców Franciszkanów do Grobu Chrystusa, a potem albo do Karczmy Kmicica, albo od niedawna w drugą stronę – do tawerny „Złoty Smok”, gdzie brodaty właściciel przyjmuje przy piecu.

Głogówek trochę „uciekł” Lisiecicom, gdy autobusy PKS ruszyły w stronę Głubczyc, a potem gdy wyjechałem uczyć się. Ale gdy zacząłem pracować , Głogówek znowu wrócił w życiu zawodowym. To do Głogówka, do słynnego POHZ-u (Państwowy Ośrodek Hodowli Zarodowej), placówki o znaczeniu międzynarodowym jeździło się po wiedzę i po materiał hodowlany – po wspaniałe buhaje i knury. I była też w Głogówku roszarnia – bardo zacna i potrzebna  firma. Znacząca dla środowiska. Do końca lat 70-tych szczególnie w Szonowie, ale i w Lisięcicach i w innych wsiach uprawiano sporo lnu. Jeździło się wiec i do roszarni. Szkoda, że „padła”.

Od kiedy zadomowiłem się w Rostkowicach, to przecież „przez miedzę” ma bliskie kontakty z rolnikami z Mionowa, Wierzchu, Racławic Śląskich. Znam wspaniałe rodziny przywiązane do ziemi, do tradycji. Bywam często w głogówku, aby odetchnąć atmosferą tego miasta. Głogówek uspakaja. Wracają głogóweckie sentymenty. Ten furmankowy szlak i stukot kół w żelaznych obręczach po brukowanej drodze, który od dzieciństwa wciąż słyszę i ta dzisiejsza, widoczna z rostkowickich pól – panorama Głogówka.

* * *

Staszek Derda – kolega jeszcze ze szkolnych i późniejszych głubczyckich czasów, dzisiaj prezes Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Rostkowicach (gmina Biała) – lubi i potrafi opowiadać. Ale jak twierdzi, nie lubi pisać. Próbowałem więc zanotować malutką cząstkę z naszych wspólnych rozmów. Do głogóweckich rozważań mógłbym i ja coś niecoś dorzucić z osobistych wrażeń, obserwacji i kontaktów z ludźmi, w czasach nieco bliższych niż dzieciństwo Staszka, ale to już temat na zupełnie inne opowiadanie.

Podzielam natomiast bez żadnych zastrzeżeń, sentyment do tego miasta.

Tekst został opublikowany w Roczniku Głogóweckim 2001. Publikacja w Głogówek Online za zgodą TMG .   

Zmieniony: Niedziela, 08 Marzec 2009 19:37
 
Podobne artykuły: