Głogówek Online
 
21 | 11 | 2017
Wrota Azji Drukuj
Organizacje - Grupa Wyprawowa Horyzont
Autor: Rafał Sierecki i Adam Fidot   
Wtorek, 23 Listopad 2010 19:08

Gdzieś na Kaukazie15.08.10 roku. W upalne, lecz deszczowe popołudnie wyruszyliśmy w naszą kolejną wyprawę. Tym razem wybór padł na tzw. „Wrota Azji”, czyli Kaukaz – miejsce z przebogatą historią. Teren, w którym bardzo namacalnie mieszają się kultury europejska z azjatycką. Kolejny raz naszym środkiem transportu była Łada Niva – auto produkcji rosyjskiej z 1984 roku. Celem naszej wyprawy było dotarcie do Turcji następnie Gruzji i Armenii. Jak na poprzednich wyprawach trasa nasza omijała większe miasta oraz skupiska turystyczne.

Skoncentrowaliśmy się na bezdrożach, miejscach mało znanych, przyrodzie oraz małych miejscowościach, w których mogliśmy spotkać autochtonów nienastawionych na pospolitego turystę. Wszystko to gwarantowało nam przeżycie wielu przygód oraz zdobycie nowych doświadczeń. Już pierwszy dzień wyprawy na Słowacji spotkaliśmy terenową Toyotę na polskich rejestracjach. W samochodzie jechało pięciu młodych Polaków również jadących do Gruzji ich celem była góra Kazbek. Obiecaliśmy sobie nawzajem, że za parę dni spotkamy się pod tą górą. Niestety po dwóch dniach dostaliśmy wiadomość sms o wypadku i niezdolności dalszego kontynuowania wyprawy. My bez problemów jechaliśmy na południe. Przejeżdżając przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię i Bułgarię.

Trasa wyprawy

W czwarty dzień dotarliśmy do Turcji. Cały czas towarzyszył nam ogromny upał a Turcja przeraziła nasz cenami np. litr benzyny kosztuje 7zł a litr LPG ponad 4zł. Trasa przez Turcję prowadziła wzdłuż morza Czarnego – wybrzeża mało atrakcyjnego turystycznie z powodu kapryśnego klimatu. Niewątpliwym plusem tego regionu jest obfitość świeżych owoców oraz specyficznej kuchni innej niż na południu Turcji. Jeden z noclegów spędziliśmy na kempingu, na którym wywołaliśmy niezłe zdziwienie. Okazało się, że jego mieszkańcami są tylko Turcy grillujący baraninę oraz palący fajki wodne. Powiedziano nam, że obcokrajowcy są tu rzadkością. Parę osób zapraszało nas na kolację składającą się z upieczonej baraniny. My jednak grzecznie podziękowaliśmy i bardzo zmęczeni poszliśmy spać. Innym razem trafiliśmy do wioski gdzie większość chat była drewniana a mały meczet murowany. Ludzie siedzący przed domami z zaciekawieniem przyglądali się nam. Kobiety pomimo upału szczelnie opatulone ciuchami z chustami na głowach. Szukaliśmy sklepu, w którym kupimy chleb i coś do picia w pewnym momencie podeszła do nas kobieta przedstawiła się mówiąc, że na stałe mieszka w Niemczech, a do Turcji przyjechała w odwiedziny do rodziny. Niemieckim władamy bardzo słabo, ale zdecydowanie lepiej niż tureckim. Po krótkiej rozmowie kobieta wskazała nam drogę do sklepu. 

Niedaleko pięknej miejscowości Amasya byliśmy świadkami czołowego zderzenia dwóch samochodów. Poszkodowanym okazał się starszy człowiek, który zablokowany i nieprzytomny tkwił w swoim zniszczonym samochodzie. My wiec z racji swoich medycznych zawodów czuliśmy się w obowiązku pomóc. Zanim przyjechała karetka pacjent miał już założony kołnierz Schantza oraz podkutą żyłę z kroplówką. Wraz z odpowiednimi służbami braliśmy jeszcze udział w uwolnieniu człowieka z zgniecionego auta. Po zakończonej akcji podeszli do nas strażacy dziękując i jednocześnie mówiąc, że Allach nas zesłał.

Po tureckich przygodach dojechaliśmy wreszcie do Gruzji, która przywitała nas ulewnym deszczem. Bardzo miłe przyjecie przez gruzińskich pograniczników poprawiło nam znacznie humory. Paręnaście kilometrów od granicy leży sławne Batumi, które jednak nie zrobiło na nas większego wrażenia może z tego powodu, że była już noc i cały czas ulewnie lało. Po noclegu w tanim hoteliku ruszyliśmy dalej w kierunku Pshaveli – małej miejscowości, w której czekało na nas polskie małżeństwo. Adam z Beatą podróżowali Nissanem Patrolem i od dwóch dni czekali na nas u zaprzyjaźnionych Gruzinów. Przejeżdżając przez Tbilisi trafiliśmy na ulicę Lecha Kaczyńskiego. Na ulicy tej zrobiliśmy mały wywiad kręcony na video pytając przechodniów o to, kim była ta postać i dlaczego tak nazwano tą ulicę. Wszyscy wypowiadali się serdecznie jednocześnie wyrażając wdzięczność, że dzięki naszemu prezydentowi nie zbombardowano stolicy podczas ostatniej wojny gruzińsko-rosyjskiej. Późnym wieczorem trafiamy wreszcie Pshaveli. Witają nas Beta i Adam z Polski oraz Pato i Ana – gruzińscy gospodarze. W domu Pato i Any panowała świąteczna rodzinna atmosfera. Gościliśmy tam przez całe trzy dni racząc się swojskim jedzeniem w formie codziennie pieczonego chleba, koziego sera, pysznych, chaczapuri i mięsnych Chinkali. Pato natomiast serwował wino oraz czaczę, czyli bimber własnej roboty. Nasz gospodarz pokazał nam również sekretne miejsce wysoko w górach. W miejscu tym wypływały gorące siarkowe źródła. Po paru dniach musieliśmy jechać dalej Ana na dowidzenia płakała, a Pato wręczył nam swoje alkoholowe wyroby życząc powodzenia. Adam z Beatą postanowili na parę dni przyłączyć się do nas. Wyruszyliśmy wiec razem na drogę wojenną jeden z najpiękniejszych Gruzińskich szlaków. Droga ta przebiegała wśród szczytów i przełęczy na wysokości ponad 2500 m.n.p.m prowadząc nas do podnóża jednej z najwyższych gór Gruzji Kazbek 5047 m.n.p.m. Na Kazbek nie wspięliśmy się, ale za to wjechaliśmy kamienistą wąską drogą na górę Tziminala na szczycie, której znajduje się XIV w. Kościół Tsiminda Sameba uznany za symbol Gruzji. Przygodą z adrenaliną było zjechanie z tej góry podczas ulewnego deszczu, w którym droga zmieniła się w błotnistą rwącą rzekę. Łada oczywiście nas nie zawiodła dzielnie wywożąc nas z Kaukaskich gór i tak drogami, ale i często bezdrożami dotarliśmy do granicy z Armenią.

Pierwszy nocleg w Armenii spędziliśmy przy górskiej kaplicy, do której rano przywędrowała pielgrzymka i po odprawieniu religijnych obrzędów polegających na trzy krotnym obejściu budynku dookoła znacząc szlak krwią uprzednio zabitej kury. Po ceremonii pielgrzymi odeszli została jedynie opiekunka kaplicy, która już od dwudziestu lat od rana do wieczora pilnuje obiektu. Podobno wcześniej robiła to jej matka i babka. Niestety bardzo trudno było zrozumieć tą miłą starszą panią, która władała tylko językiem ormiańskim. Parę kolejnych dni spędziliśmy nad największym jeziorem Armenii Sevan położonym 2000 m.n.p.m. Jezioro z bardzo czystą i chłodną wodą dało nam wytchnienie i dawkę higieny. Podczas objazdu jeziora zwiedziliśmy wiele starych ormiańskich kościołów oraz miejsca z olbrzymią ilością chaczkarów (kamiennych krzyży) charakterystycznych tylko dla tego kraju. Najstarsze chaczkary, które widzieliśmy datowane były na V w. Warto tu wspomnieć, że Armenia była pierwszym krajem na świecie, który w 301r. oficjalnie uznał chrześcijaństwo za religię narodową, a w 303r. wybudowano pierwszy kościół murowany. Proszę sobie wyobrazić jak wyglądała wtedy nasza część Europy? Po dojechaniu do Erewania – stolicy kraju pożegnaliśmy się z naszymi polskimi współ podróżnikami. Oni już musieli wracać do kraju, my mieliśmy jeszcze czas. Erewań zwiedziliśmy pobieżnie (duże miasta nie są naszym celem) zachwycaliśmy się tylko widokiem na Ararat – góry, na której po wielkim potopie zatrzymał się Noe ze swoją arką, która podobno jest tam do dzisiaj. Jeden z kolejnych dni poświeciliśmy na zwiedzenie kościoła i klasztoru z XII w. Ukrytego gdzieś na bezdrożach pośród drzew owocowych. Kilkadziesiąt metrów za klasztorem ormiańska rodzina urządziła całodzienny piknik z zabiciem barana, grillowaniem oraz dużą ilością wina. Oczywiście zostaliśmy zaproszeni i podczas biesiadowania dowiedzieliśmy się, że dziękują w ten sposób Bogu za uzdrowienie chorego dziecka. Ormianie są bardzo dumnym i gościnnym narodem. Przyszła pora na opuszczenie tego kraju, nie mogliśmy jednak przekroczyć granicy armeńsko – tureckiej, która jest zamknięta od czasu rzezi Ormian przez Turków na początku ubiegłego wieku.

Wjechaliśmy, więc ponownie do Gruzji docierając do Vardzi – klasztoru wydrążonego w skale do wysokości 1300 m.n.p.m. Klasztor ten składa się z setek jaskiń zmyślnie połączonych kamiennymi schodami oraz tajnymi przejściami. Byliśmy tam świadkami wieczornych modłów w największej kaplico-jaskini. Noc spędziliśmy bezpośrednio pod klasztorem nad rzeką Kura. W Gruzji zwiedziliśmy jeszcze miasto Gori miejsce, w którym urodził się Józef Stalin. W muzeum, w którym zgromadzono wiele pamiątek po tym największym w historii mordercy przewodnik tłumaczył nam, że Stalina szanują za zdolności przywódcze i nie analizują, jakim był człowiekiem.

Niewielkim przejściem granicznym ukrytym gdzieś wysoko w górach żegnamy się z Gruzją i przyjeżdżamy do Turcji. Droga przez środkową Turcje dostarczyła nam wiele ciekawych obserwacji. Środkowa Turcja jest jeszcze mało znana i nieodkryta przez masową turystykę, dzięki czemu można poczuć tam specyficzny muzułmański klimat. W Turcji odwiedzamy jeszcze piękną Kapadocję, by po kilku dniach dotrzeć do Istambułu – dawniej Konstantynopola. Miasta z tak bogatą historią, że nie sposób przejechać obok niego obojętnie. Zwiedziliśmy stare miasto z Błękitnym Meczetem oraz Haga Sophie niegdyś największym kościołem chrześcijańskim na świecie obecnie przekształconym w muzeum. Jadąc w kierunku z granicy z Bułgarią mijają nas dwa Żuki i duże Fiaty na polskich rejestracjach. Okazuje się, że to wyprawa, Złombol czyli Polacy na PRLowskich maszynach chcący dotrzeć do Azji czyli do Istambułu na drugą stronę cieśniny Bosfor. Złombol składa się z 120 aut i podobno bierze w niej udział nasz kolega poznany na ubiegło rocznym zlocie Łada Niva. Po dotarciu do przejścia granicznego zauważa nas Jerzy – nasz kumpel i z daleka biegnąc krzyczy nie wierzę!!!

Paro-dniowy przejazd przez Bułgarię, Rumunię, Ukrainę traktujemy, jako trasę do przebycia i nie koncentrujemy się na zwiedzaniu. Po wjechaniu do Polski jeszcze dwa dni spędzamy w Bieszczadach. Do Głogówku docieramy po 31 dniach wyprawy.

Podsumowując musimy stwierdzić, że nasz wyprawa udała się w pełni. W całości zrealizowaliśmy nasze cele i zamierzenia. Wielka gościnność Gruzinów, ormiańska ciekawość świata oraz otwartość i uczynność Turków, były dla nas szkołą tolerancji, dobroci i przyjaźni. Cech tak ważnych do zachowania pokoju w tym targanym konfliktami regionie świata.

Artykuł ukazał się w listopadowym wydaniu Życia Głogówka, publikacja w Głogówek Online za zgodą autorów.

Zmieniony: Sobota, 13 Lipiec 2013 17:02