Głogówek Online
 
01 | 11 | 2014
Józef Matysek - Historia człowieka, który ożenił sie z kościołem
Józef Matysek - Historia człowieka, który ożenił sie z kościołem - Wywiad z księdzem Proboszczem Drukuj
Historia - Sylwetki
Autor: Jakub Grek   
Niedziela, 20 Kwiecień 2008 21:20
Spis treści
Józef Matysek - Historia człowieka, który ożenił sie z kościołem
Pierwszy wywiad - państwo Rockstein
Wywiad z księdzem Proboszczem
Wywiad z panem Gnilką
Wywiad z panią Młynarską
Wywiad z panem Janikiem
Dom pana Matyska
Nagrobek rodziny Oppersdorffów
Zakończenie
Wszystkie strony

Wywiad z księdzem Proboszczem

Następną osobą, z którą postanowiłem się spotkać, był ksiądz proboszcz Ryszard Kinder. Jest on w Głogówku od około czterech lat. To osoba, z którą najtrudniej było mi się spotkać. Ksiądz okazał się bardzo zapracowanym człowiekiem i termin naszego spotkania długo się odwlekał. Jednak w końcu Proboszcz poświęcił mi chwilę swojego cennego czasu. Mam nadzieję, że przybliży nam końcówkę życia Pana Matyska oraz rzuci światło na tajemniczą sprawę ukrycia drogocennych przedmiotów ze skarbca kościelnego przed Armią Czerwoną.

Jakub Grek – Czy zna ksiądz ogólny życiorys pana Matyska?

Józef Matysek z rodzicami
ks. Ryszard Kinder – Najbardziej znam końcówkę jego życia, dlatego że jestem tu dopiero od czterech lat. Urodził się 4 grudnia 1912 roku, a zmarł 5 sierpnia 2007 roku, czyli przeżył prawie 95 lat. Z tego, co mi wiadomo z jego młodości, to był człowiek, który urodził się o słabym zdrowiu. Wiadomo, że gruźlice i tego typu choroby wtedy panowały i pan Matysek po prostu był słabego zdrowia, dlatego nawet nie poszedł na wojnę. Jak była I wojna światowa, udało mu się zostać. Nie wiem, ile miał rodzeństwa, braci czy sióstr. Na cmentarzu na pewno jeszcze są groby jego rodziców, bo bardzo je pielęgnował. Jego wyuczony zawód to krawiec, ale jak na tamte czasy, to miał dobre wykształcenie. Jeżeli ktoś na początku XX w. kończy szkołę zawodową, to ma wysokie wykształcenie. Wiadomo: aptekarz, lekarz, kanclerz było wyższe, ale takie wykształcenie to byłoby dzisiaj na poziomie. Od najmłodszych lat, około osiemnastu, dwudziestu, kiedy nie poszedł do wojska, był zaangażowany przy kościele. Najpierw był ministrantem, potem starszym ministrantem od różnych spraw aż w końcu był zatrudniony przez wiele lat na parafii. Przed II wojną światową i po wojnie, zajmował się takim stanowiskiem jak kancelista, w kancelarii parafialnej. Ludzie zamawiali msze, trzeba było zapisywać chrzty, prowadził ewidencję parafialną, ale oprócz tego był także kościelnym, czyli troszczył się o kościół. Nie o szaty, nie o pranie czy o ubieranie księdza, tylko to była taka zewnętrzna funkcja kościelnego. Na przykład prowadził procesje albo gdy był jakiś remont, to p. Matysek go prowadził. Myślę, że to pozytywna sprawa, bo byłoby dobrze, gdyby proboszcz był odciążony od takich spraw i mógł zająć się duszpasterstwem. On był ogromnie szanowany w Głogówku. Niejeden raz miał autorytet większy niż proboszcz. Proboszcz może z tytułu urzędu, z tytułu święceń. Jego ogromne osiągnięcie to uratowanie prawdziwych skarbów kościelnych. Myślę, że to jest coś, za co powinien dostać złoty medal. Dzięki niemu w skarbcu mamy kielichy, monstrancje, szaty liturgiczne, świeczniki, kadzidła. Skarbiec parafialny mieści tych przedmiotów bardzo dużo. Ogółem to mamy trzysta przedmiotów wpisanych na listę zabytków, z tego najcenniejsze mają pięćset i trzysta lat. Są to wysokiej klasy monstrancje wykonane ze srebra, szesnaście kilogramów wagi i ponad metr wysokości. Na ziemiach opolskich jest to jedyny taki egzemplarz, tej klasy. Nie ma ciekawszej, bardziej zabytkowej, atrakcyjniejszej monstrancji. Pan Matysek w czasie II wojny światowej, jak front nadchodził, to wszystkie te rzeczy ukrył. Żeby je ukryć, trzeba najpierw je zabezpieczyć. Nie było wtedy worków foliowych i nawet nie wiem, w jaki sposób on to zabezpieczył, bo dzisiaj dałoby się to do worka i teoretycznie byłoby to już zabezpieczone. On to gdzieś ukrył. Dwie osoby wiedziały o tym miejscu i było ono zamurowane. Albo pan Matysek nie chciał o tym mówić, albo tego budynku nie ma, lecz nigdy nie powiedział, gdzie to było zamurowane. Myślę, że to było w jakiejś oborze, stodole, w takim miejscu, gdzie nikt by się nie spodziewał takich rzeczy. Parę osób było wtajemniczonych.

Jakie obowiązki pełnił pan Matysek, jak już tu ksiądz urzędował?
 

Trudno mówić o jakiś obowiązkach. Jak przejąłem parafię, to poprzednik pozwiedzał, że pan Matysek jest emerytem, ma dziewięćdziesiąt lat, mieszka w budynku parafialnym, swój dom sprzedał, majątek przekazał na kościół, na prace remontowe i praktycznie on nie miał żadnych funkcji. Niedługo po moim przybyciu powiedział, że trochę czuje się odstawiony na bok, bo zawsze coś robił, a wiem, że zajmował się liczeniem pieniędzy z kolekty niedzielnej, więc ja mu powierzyłem przygotowanie tych pieniędzy. W banku czy w kantorze te pieniądze wymieniał na grubsze. Robił to bardzo solidnie. Wszystko było dokładnie opisane.

Podobno raz w drodze do kancelarii, zaginęło mu dwadzieścia złotych i bardzo to przeżywał. Do końca życia to pamiętał.

Zdarzało się, że tych pieniędzy brakowało policzonych, zaliczonych, ale też wiem, że później zawsze się znalazły. Trzeba mu wybaczyć ze względu na wiek te pomyłki.

Wiem, że p. Matysek dostał prestiżowe nagrody. Wie ksiądz może jakie?

Najbardziej prestiżowa nagroda wielkiej rangi to krzyż papieski. To jest najwyższe odznaczenie kościelne, jakie nadaje papież świeckim osobom za szczególne zaangażowanie w życie kościelne. Jest to szczególne zaangażowanie, to, co wspomniałem wcześniej, przed wojną, ale także przez długie lata powojenne. On dbał o skarbiec, konserwował go i zawoził do Krakowa. Był to człowiek głębokiej wiary, spowiadał się bardzo często. On był zawsze na Mszy Świętej, chyba, że był bardzo ciężko chory. Przychodził do spowiedzi raz w miesiącu, czasem częściej. Jak już nie słyszał, to prosił o spowiedź w zakrystii, w dużym pomieszczeniu, gdzie głośno mógł się wyspowiadać. Także papież przyznając tą nagrodę kościelnemu, bazował na opinii proboszcza, którą on wtedy złożył. Pan Matysek miał siedemdziesiąt, może siedemdziesiąt pięć lat, gdzie nie tylko było ogromne zaangażowanie w materialne sprawy kościoła, sprawy duchowe, ale także była głęboka wiara z jego strony i wielka religijność. Inna nagroda, później nadana, była przez Fundację Glogovia. Jest to organizacja pożytku publicznego, powołana w Głogówku dla ratowania zabytków kościelnych w naszej parafii. Zarząd tej fundacji ma wpisane w statucie, że osoby szczególnie zaangażowane w ratowanie zabytków dziedzictwa narodowego, kulturowego, religijnego, mogą być nagrodzone. Tą nagrodą jest statuetka św. Bartłomieja. Taką otrzymał w roku 2005. Ostatnie odznaczenie jest to złoty medal lub tarcza. Burmistrz Gminy Głogówek nadaje na zakończenie swojej kadencji po 4 latach, osobom zasłużonym dla miasta, złoty herb, srebrny i brązowy. To najwyższe odznaczenie otrzymał p. Matysek. To są odznaczenia dla mieszkańców Głogówka, lecz burmistrz daje też takie odznaczenia dla ludzi, którzy na zewnątrz reprezentują Głogówek i te osoby otrzymują honorowe obywatelstwo. Wtedy honorowe obywatelstwo otrzymał arcybiskup Nossol, a złotą tarczę p. Matysek.

Czy można powiedzieć, że p. Matysek był niezwykłym kościelnym? Jeżeli tak, to dlaczego?

Czy był niezwykłym kościelnym? Trudno mi porównywać go z innymi kościelnymi, bo każda parafia ma swoją specyfikę, każdy kościół i swoje czasy. Myślę, że w czasach, w których żył, ogromnego przełomu, gdzie przez ponad pół wieku był kościelnym, był niezwykłym kościelnym. Nie słyszałem nigdy złego słowa na Jego temat, żadnej krytyki, żadnej nienawiści, zresztą pogrzeb był takim znakiem. Który starzec dziewięćdziesięcioparoletni ma tak wiele osób na pogrzebie. Nie był lekarzem, nie był księdzem, nie był mecenasem ani burmistrzem, był prostym człowiekiem, a jednak tak wielkie rzesze przyszły. To świadczy, że jest to niezwykły człowiek.

Czy to prawda, że po śmierci p. Matysek również wsparł kościół?

Drobne oszczędności, pieniądze, które miał w portfelu, przed śmiercią poprosił siostrę zakonną, żeby to zostało przekazane na parafię. Myśmy zamówili z tego między innymi tak zwaną Mszę Świętą Gregoriańską, czyli trzydzieści mszy, które odprawia się za zmarłych.

Czy można powiedzieć, że bez p. Matyska historia kościoła potoczyłaby się inaczej?

Historia Kościoła nie, bo Kościół jest dziełem Boga, natomiast myślę, że historia parafii głogóweckiej na pewno by się inaczej potoczyła. Myślę, że ministranci wielu tych rzeczy, które mają dzisiaj do dyspozycji, czyli piękne kadzidła, parafianie piękne kielichy i monstrancje, jestem przekonany, że to by nie było w jakimś stopniu przekazane i obawiam się, że niektóre rzeczy by zniknęły.

A czy wspominał kiedyś, że żałował poświęcenia się dla kościoła kosztem założenia rodziny?

Nigdy nie słyszałem kiedykolwiek takich słów, żeby żałował. On był szczęśliwy z tego, co robił. On żył do końca dla kościoła. Gdyby był nieszczęśliwy, to by poszedł na emeryturę, zamieszkał w bloku czy w innym mieszkaniu. On był bardzo chory, leżał w łóżku i gdy przychodziłem do niego, a był jakiś odpust i trzeba było jakiś ołtarz przygotować, to pytał czy jest już to przygotowane, czy kwiaty nie zmarzną. On po prostu był bardzo blisko kościoła. Mam też nadzieję i takie jest moje odczucie, że ma godnych następców. Może to nie jest w jednej osobie, ale dzisiaj w parafii są takie osoby, które chcą zastępować p. Matyska. Chętnie oprowadzają grupy po kościele i podobnie jak p. Matysek, w czasie wakacji przychodzą bezinteresownie i pokazują te ciekawe, piękne miejsca i naszą głogówecką historię.

Czy pamięta ksiądz jakieś ciekawe historie z nim związane?

Pamiętam, że w wieku dziewięćdziesięciu lat kupił sobie telefon komórkowy i bardzo dobrze umiał się nim posługiwać, a pewnie dzisiaj to by się jeszcze na komputerze nauczył pracować.

Czy mógłby ksiądz ogólnie scharakteryzować, jakim człowiekiem był p. Matysek?

W jednym zdaniu. Był to człowiek, który ożenił się z kościołem i był mu wierny do końca.

Dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

* * * 

Proboszcz rzeczywiście nie zawiódł i dość dokładnie potrafił odpowiedzieć na moje pytania. Jednak jedną z pierwszych nieścisłości, jakie padły, to wykształcenie Pana Matyska. Z pewnością mogę stwierdzić, że nie był krawcem. Z dokładniejszych informacji wiem, że ukończył szkołę handlową jako kupiec. Teraz sprawa wcześniej wspomnianych skarbów. Ksiądz twierdzi, że zostały zamurowane, to jest pewne. Jednak miejsce ukrycia, czyli obora wydaje mi się mało prawdopodobne. Oglądałem dokładnie wszystkie przedmioty ukryte przez Pana Matyska. Niektóre z nich, aby udało się je wyciągnąć ze skarbca, mogą sprawiać trudność nawet trójce chłopaków (sam sprawdziłem). Świeczniki ważą po kilkadziesiąt kilogramów, nie wspominając już o żyrandolach, które nawet paru mężczyzn nie jest w stanie przenieść kilka metrów. Moim zdaniem owe przedmioty nigdy nie opuściły bram kościelnych. Musiały być ukryte gdzieś wewnątrz. Po tej rozmowie dowiadujemy się również, że Pan Matysek był osobą niezwykle głębokiej wiary i może ze względu na to- za wszelką cenę pragnął uratować dobra kościelne.



Zmieniony: Sobota, 29 Listopad 2008 21:42