Głogówek Online
 
26 | 06 | 2017
O zamku, który zapadł się pod ziemię Drukuj
Historia - Legendy
Autor: Henryka Młynarska   
Niedziela, 22 Lipiec 2007 14:07
W zamierzchłych czasach, na opuszczonym placu starego grodziska stał olbrzymi dąb. Tylko on zdawał się jeszcze pamiętać czasy świetności kasztelu, który teraz chylił się ku upadkowi. Zawalony dach był miejscem zamieszkania nietoperzy, puchaczy i sów. Osiedlały się w zakamarkach zrujnowanych wież zamkowych i oswoiły z jękami, krzykami i zawodzeniem dochodzącym gdzieś spod ziemi. Bo chociaż zamczysko wyglądało na opuszczone, to jednak miało właściciela. Był nim okrutny hrabia - zbójca Michał zwany Wylczicz, o którym krążyły legendy po całej okolicy.

Pan ten, choć wysoko urodzony, roztrwoniwszy swój majątek zajął się zbójeckim procederem. A że jego nienawiść do ludzi była wielka, ofiary swe pozbawiał nie tylko dobytku, ale też i nierzadko życia. Kto zaś ubłagał u niego litości, lub za kogo mogła rodzina zapłacić okup, tego czekały ciemności, głód i chłód zamkowych lochów. Hrabia miał kompanów zbójców, bynajmniej nie swojego pochodzenia, ale trzymał z nimi sztamę . W nocy razem ucztowali, a dzień schodził im na czatach w miejscach, gdzie przechodzący nie spodziewał się napaści.

Nie spodziewał się jej też młody rolnik, wracający właśnie do domu. Był bardzo zadowolony i cieszył oko widokiem pieniędzy, które trzymał w tobołku. Uśmiechał się do siebie snując zapewne plany co do szczęśliwej przyszłości swojej rodziny. A że spieszył się bardzo do domu, postanowił skrócić sobie drogę przez Olszynkę.

- W biały dzień - myślał - nic mi nie grozi, a w domu czeka żona i się niecierpliwi.

Kiedy na drodze przed sobą ujrzał zbójców przeraził się bardzo, ale czasu nie było i sposobu, by uciekać. Zrozpaczony próbował bronić swojego życia i talarów, które miał ze sobą To jednak na tyle rozwścieczyło hrabiego - herszta, że wyjąwszy miecz, przebił nim nieszczęśnika uciszając go na zawsze. Pozostawił też swą ofiarę na drodze, w kałuży krwi, a sam śmiejąc się i żartując z kompanami wrócił na zamek.

Zapadł zmrok. Najpierw zła, później wystraszona i zrozpaczona żona chłopa wybrała się na poszukiwanie męża. Kobiece przeczucie zawiodło ją do Olszynki, gdzie leżał zamordowany jej mąż. Od razu domyśliła się, kto jest sprawcą nieszczęścia. Z dala dobiegały przecież okrzyki pijanych zbójców, a szyderczy śmiech hrabiego wyróżniał się wśród tego hałasu. Pan bowiem miał głos donośny jak dzwon. Odgłosy te zdawały się drwić z rozpaczy żony pochylonej nad zwłokami męża, zdawały się urągać wszelkiemu prawu i sprawiedliwości, w którą wierzą prości ludzie. Zaślepiona bólem i nienawiścią kobieta wzniosła zaciśniętą pięść ku niebu i z głębi duszy krzyknęła w ciemność:

- Bądźcie przeklęci mordercy! Za moja krzywdę niech was pochłonie ogień piekielny ! Po tych słowach zapadła grobowa cisza. Jednak nie trwała długo. Ziemia zaczęła drżeć i pękać. Rozszalała się burza, a potężny, piorun ognisty przebiegł po ruinach zamku. Rozwarła się czarna jama, która pochłonęła kasztel wraz z ucztującym panem i jego kompanami. Klątwa wieśniaczki dosięgła morderców jej męża. Sprawiedliwość została wymierzona.

Na próżno następnego dnia szukano choćby śladów Wójtowca (bo tak ludzie zamek nazywali). Zapadł się pod ziemię i odtąd tylko legenda po nim została.

Ludzie zaś mówią, że wieczorami słychać jeszcze jęki i wzdychania potępionych , a w lesie niektórzy widzieli ziejącego ogniem konia. Widać nawet piekło nie chciało go przyjąć za swojego, a jego dusza nie potrafi znaleźć pokoju wiecznego.

Zmieniony: Niedziela, 22 Lipiec 2007 14:10