Głogówek Online
 
12 | 12 | 2017
Legenda o Głogóweckim Niedźwiedziu Drukuj
Historia - Legendy
Autor: Barbara Przybylska   
Piątek, 13 Czerwiec 2008 15:51

Dawno, dawno temu, żył w Głogówku pewien pszczelarz. Skromna jego chatka stała poza murami miasta, ponieważ tylko tam mogła znajdować się pasieka.  Pszczelarz kochał swoją pracę i każdego  ranka witał się ze swoimi pszczołami:

                   „Pszczółki pracowite moje,
                  dajcie miodu ze dwa słoje.
                  A gdy miodek ten sprzedamy,
                  głodu wtedy nie zaznamy!”
W każdy czwartek żona pszczelarza chodziła na targ w Głogówku sprzedawać miód. Wystarczało im to na skromne utrzymanie, gdyż rodzina była liczna. Czasami jednak - szczególnie zimą  musieli kłaść się spać głodni. Modlili się więc często, aby Bóg był dla nich łaskawszy i pomógł im żyć dostatniej.

Pewnego dnia pszczelarz jak co dzień poszedł do swojej pasieki i zobaczył, że ktoś w nocy tam był ponieważ dach jednego z uli był zrzucony na ziemię, a w środku brakowało kilku plastrów miodu. Pobiegł opowiedzieć o tym żonie, a  ona ze smutkiem odpowiedziała:

- Dlaczego Pan Bóg nas tak karze? Mało tego,  że nam nie pomaga żyć w dostatku, to jeszcze pozwala nas okradać. To niesprawiedliwe!

- A może ten, kto poczęstował się naszym miodem, był jeszcze bardziej głodny niż my? Niech mu to wyjdzie na zdrowie. Dobrze, że nie zniszczył pasieki. – odpowiedział strapionej żonie pszczelarz.

Na drugi dzień rano okazało się jednak, że znowu ktoś buszował w ulach. Rozzłościło to pszczelarza tak, że postanowił czuwać w nocy i zobaczyć kto podkrada mu miód. Wieczorem ubrał się ciepło i usiadł pod drzewem. Noc była jasna, ale po północy oczy zaczęły mu się kleić do snu a powieki opadać. Nagle usłyszał ciche pomrukiwanie i odgłos szeleszczących liści, jakby ktoś przedzierał się przez gęstwinę drzew. Wpatrywał się w to miejsce, gdy nagle w blasku księżyca ukazała się postać ogromnego niedźwiedzia. Pszczelarz z wrażenia nie mógł się nawet ruszyć. Patrzył więc tylko jak niedźwiedź podszedł do ula, zrzucił pokrywę i zaczął wyciągać plastry miodu. Głośnym mlaskaniem  obwieszczał, że bardzo mu smakuje. Kiedy skończył, szybko zniknął w zaroślach. Zdumiony pszczelarz długo jeszcze siedział  w pasiece i rozmyślał co tu począć.

Rankiem postanowił pójść do hrabiego Oppersdorfa na głogówecki zamek i opowiedzieć mu o wszystkim. Hrabia często kupował u niego miód, więc na pewno zechce go wysłuchać.

- To niemożliwe – krzyknął hrabia – niedźwiedzi na naszych terenach nigdy jeszcze nie było. I owszem, byłem już na polowaniu na niedźwiedzie w zamku pszczyńskim, ale tam są góry. Do nas niedźwiedź mógłby jedynie przywędrować z czeskich gór, jednak to bardzo daleko. Na pewno zasnąłeś i przyśniło ci się, że to niedźwiedź okrada cię z miodu.

Pszczelarz był niepocieszony. Liczył, że hrabia mu pomoże, a spotkał się jedynie z drwiną. Na drugi dzień jednak, niedźwiedź po kolejnej wizycie w pasiece, pozostawił na wystającym z ula gwoździu całą kępkę brunatnej sierści. Zebrał je pszczelarz i czym prędzej pobiegł jeszcze raz do hrabiego, aby pokazać mu dowód, że nie kłamał. Hrabia porównał sierść do skór niedźwiedzich  leżących na zamkowych posadzkach i rzekł:

- Cuda się zdarzają. To może być niedźwiedź. Zarządzę polowanie na niego i zaproszę wszystkich możnych panów z okolicy na wielką ucztę, na której podamy zrazy z niedźwiedzia. A ciebie za to sowicie wynagrodzę.

Przez cały tydzień zjeżdżali na zamek głogówecki  hrabiowie, baronowie i szlachta wraz z rodzinami i całą świtą. Wrzało tam od uczt i zabaw. Wreszcie nadszedł dzień polowania. Goście rano zebrali się na dziedzińcu zamkowym i wsiedli na konie. Trębacz zadął w róg i obwieścił początek łowów. Wypuszczono całą sforę psów myśliwskich i wszyscy ruszyli ich śladem, aby wytropić niedźwiedzia. Cały dzień polowali w okolicznych lasach, ubili  jelenie, sarny, lisy, zające, bażanty, na niedźwiedzia jednak nie natrafili. Bardzo zawiedziony i zły  był hrabia Oppersdorf. Wstyd mu było przed gośćmi, że ich oszukał. A o nagrodzie dla pszczelarza nawet słyszeć nie chciał.

Biedny pszczelarz wrócił do domu bardzo smutny. Popadł w niełaskę  hrabiego, który na pewno nigdy nie kupi już miodu u niego. Czeka ich w zimie głód i nędza. Położył się spać bardzo zmartwiony.

W nocy obudziło go głośne charczenie dobiegające z pasieki. Domyślił się, że to jego nocny gość przybył, aby wyjadać mu miód. Zdenerwowany zabrał siekierę i wybiegł do ogrodu. Pomyślał :

- Tak dłużej nie może być. Albo ja go zabiję, albo on mnie.

Nie zwrócił uwagi na to, że  niedźwiedź zachowywał się głośniej niż zwykle, dopóki go nie zobaczył. Stał na dwóch łapach, a otaczała go żółto- czerwona poświata. Pszczelarz zaskoczony stanął jak wryty. Wydawało mu się, że to sam diabeł przyszedł do jego pasieki. Kiedy ochłonął, zobaczył, że poświata dochodzi gdzieś z boku i są to płomienie ognia. Dostrzegł, że pali się opuszczony dom w pobliżu. W tamtych czasach większość domów w Głogówku była z drewna i niewielki pożar mógł zniszczyć całe miasto. Czym prędzej pobiegł więc obudzić straż miejską, a potem ile sił w rękach zaczął dzwonić na alarm. Mieszkańcy grodu zbudzili się i szybko z wiadrami, misami, garnkami - co kto miał, pobiegli gasić pożar. Tym razem udało im się ocalić miasto, choć kilkakrotnie już w historii Głogówek spłonął doszczętnie.

Hrabia Oppersdorf z wdzięczności podarował pszczelarzowi kamieniczkę na głogóweckim rynku i trzos dukatów, a pszczelarz na pamiątkę tego zdarzenia na ścianie frontowej swojego nowego domu kazał umieścić sylwetkę niedźwiedzia z beczułką miodu w łapach.

Dziękując Bogu za poprawę losu, pszczelarz z żoną gorąco prosili także o wybaczenie za to, że zwątpili w jego dobroć i boską opatrzność. Tak to bywa, że człowiek nie wie, w jaki sposób Bóg zamierza mu pomóc i złorzeczy.

A niedźwiedź? Czas jeszcze jakiś zakradał się da pasieki a potem zniknął. Być może wrócił do czeskich gór albo umarł ze starości. Do dziś można go jednak oglądać na kamieniczce po zachodniej stronie Rynku w Głogówku.

Fakty:

W historii Głogówka wielkie pożary wybuchały kilkakrotnie. Pożar w 1582 roku zniszczył całe miasto – 154 domy. Ocalał tylko zamek i kilka domów w sąsiedztwie. Legenda mówi, że pożar powstał w drugi dzień Wielkanocy, w podmiejskim domu, gdzie mimo zakazu pewien kupiec pędził gorzałkę. Ogień szybko rozprzestrzenił się na całe – wówczas jeszcze drewniane miasto. Sprawcę pożaru przykładnie ukarano.

Trzykrotnie miasto podpalały wojska szwedzkie w czasie wojen szwedzkich. Największy jednak pożar w głogóweckiej historii miał miejsce w 1765r. Strawił całe miasto wraz z klasztorem, kościołem,  bramą kościelną i zamkową. Straty wyniosły osiemdziesiąt tysięcy talarów.

Nad niedźwiedziem wyrzeźbionym na frontowej ścianie kamieniczki na Ryku widnieje data 1723r. Dobrami głogóweckimi zarządzał wówczas  V. Ordynat Jerzy Fryderyk  Oppersdorff (1653 – 1743).Ulubionym zajęciem męskich przedstawicieli rodziny Oppersdorfów  było organizowanie polowań. Korytarze zamku zdobiły poroża i inne trofea myśliwskie. Tereny łowieckie znajdowały się w lasku zwanym „bażantką”, który przylegał do osady Głogowiec mieszczącej również dworek myśliwski Oppersdorffów. Upolowane ptactwo wysyłane było nawet na dwór królewski.

Następcą Jerzego Fryderyka został Henryk Ferdynand Oppersdorff (1711 – 1781). Za jego czasów działali w Głogówku dwaj artyści z Moraw – malarz Franciszek Sebastini i rzeźbiarz Jan Schubert  Dzięki nim skromną gotycką katedrę bogato ozdobiono malowidłami i stiukami w stylu barokowym, a kaplica zamkowa poświęcona Janowi Chrzcicielowi zyskała piękne freski.  Schubert bogato ozdobił kamienicę w  Rynku, w której mieszkał Sebastini (obok kamienicy z niedźwiedziem).

Na podstawie: Zamek w Głogówku, pod red. B. Grzegorczyk, Racibórz 2000

Zmieniony: Piątek, 13 Czerwiec 2008 15:54
 
Podobne artykuły: