Głogówek Online
 
22 | 10 | 2017
Fotografia - to bardzo kochany zawód Drukuj
Ziemia Głogówecka - Artykuły i Felietony
Autor: Aleksandra Kijaczko   
Poniedziałek, 27 Sierpień 2007 09:32
Z p. Zygfrydem Czaunerem rozmawia Aleksandra Kijaczko

A.K.: Głogówek jest małym miasteczkiem, w którym znają się prawie wszyscy mieszkańcy. Pana z pewnością zna każdy Głogówczanin, dlatego że od zawsze mieszkał Pan w naszym mieście, długo był Pan jedynym fotografem w okolicy. Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie, dzieciństwie, szkole...

Z.C.: Urodziłem się w 1928 roku w Głogówku, od pierwszych mych dni mieszkałem w tej kamienicy (najstarsza kamienica na rynku, zbudowana w czasie budowy późnorenesansowego ratusza – przyp. A.K), którą ojciec kupił na krótko przed moim narodzeniem. Moi rodzice poznali się w Głogówku, mama pochodziła z Winiar, z rodziny Pieschek, ojciec był rodowitym Głogówczaninem i podobnie jak dziadek zajmował się tapicerstwem.

W domu moim rodzinnym mówiono po niemiecku, ale matka, jako że pochodziła ze wsi, zna również język polski. Pamiętam, że każdej niedzieli, po kościele przychodziły do nas siostry mamy i wtedy mówiły między sobą po polsku.

Wraz z moją o rok młodszą siostrą..., chodziliśmy do szkoły w Głogówku przy ul. Szkolnej, obok synagogi. Wówczas chłopcy i dziewczynki uczyli się w osobnych klasach, jedynie 7 i 8 klasa – były koedukacyjne.

W czasach niemieckich, gdy uczeń rozpoczął naukę w ósmej klasie, trzeba było zastanowić się nad jego dalszą przyszłością. Do szkoły przychodziła specjalna komisja, która na podstawie ocen, stwierdzała co dalej z takim uczniem.

Rodzice uważali, że powinienem dalej się uczyć, lecz niestety komisja lekarska uznała, że z powodu niewydolności zdrowotnych, powinienem zaprzestać dalszej edukacji. Mój ojciec – tapicer, naturalnie chciał, abym podobnie jak on został tapicerem, lecz już od trzeciego roku życia miałem bardzo silną astmę, która wzmagała się tym bardziej, że w domu hodowaliśmy psy i koty (ale tego, że jestem uczulony na sierść dowiedziałem się dopiero parę lat później).

Skoro dalsza edukacja nie wchodziła w grę, podobnie jak praca w warsztacie ojca, musiałem wraz z rodzicami zastanowić się nad przyszłością.

Czy już wtedy postanowił Pan, że zostanie fotografem?

Nie, do fotografii to jeszcze daleka droga.. Najpierw było tak...

W miejscu dzisiejszego zakładu fotograficznego, w momencie gdy kończyłem szkołę (1941/42r.) swój sklep prowadziła czeska firma obuwnicza BATA z oddziałem w Otmęcie. Rodzice więc uznali, że zawód-kupiec, będzie odpowiedni dla mnie. Musiałem więc zdać egzamin kupiecki w Otmęcie (wówczas firma BATA zmieniła nazwę na OTA). Po zdanym egzaminie, miałem rozpocząć pracę w w/w sklepie obuwniczym, lecz niestety układy z kierowniczką nie były najlepsze, więc postanowiłem poszukać pracy w innym miejscu. Zatrudniłem się w firmie „Manka”, która prowadziła sklep z tkaninami na rynku (w tym miejscu obecnie znajduje się Jubiler). Moja nauka zawodu kupieckiego łączyła się z uczęszczaniem do szkoły kupieckiej na Oraczach (obecnie znajduje się tam przedszkole). Dwa razy w tygodniu, w godzinach popołudniowych, przez trzy lata chodziłem na Oracze.

W 1945 roku w marcu miała zakończyć się moja edukacja egzaminem, ale ponieważ wszyscy zdawali sobie sprawę z przebiegu wydarzeń wojennych, mój egzamin czeladniczy został przeniesiony na grudzień 1944r. Tak to, parę miesięcy wcześniej zostałem czeladnikiem w zawodzie kupieckim.

Gdy skończyła się wojna, przez pół roku ukrywałem się i cudem uniknąłem wywózki przez Rosjan. Po wojnie bardzo trudno było z pracą, więc przez 2 lata pracowałem na gospodarstwie mojego dziadka na Winiarach.

W tym czasie zacząłem chodzić na lekcje języka polskiego do pani Czerkawskiej, gdzie poznałem moją żonę .... z domu ..... Wzięliśmy ślub i rozpocząłem pracę u mojego teścia. Teść prowadził skup zboża na obecnej ul. 3-go Maja. Ja zajmowałem się sprzedażą węgla, lecz po 2 latach firma splajtowała, więc rozpocząłem znowu poszukiwania pracy, tym razem przez Biuro Pośrednictwa Pracy. Otrzymałem pracę w prywatnej firmie „Hajduk”, która robiła lody. Firma miała dwa sklepy, jeden na obecnej ul. Mickiewicza, drugi – to mój punkt sprzedaży na ul. Dworcowej (naprzeciwko Baru Mlecznego).

Ten sklep bardzo dobrze prosperował, zawsze był duży ruch, więc pewnego dnia kierownik Miejskiej Spółdzielni Zaopatrzeń i Zbytu zaczął mnie werbować do pracy w Spółdzielni. Jeszcze przez trzy miesiące w moim zastępstwie pracowała żona, ja rozpocząłem pracę w Spółdzielni, w sklepie z tkaninami – największym w Głogówku. Sklep ten znajdował się na obecnej ul. Mickiewicza w kamienicy państwa Vogel. Pracowałem w wyznaczonym zawodzie przez 3 lata.

W tym czasie wykonywałem również dekoracje na wystawach sklepów, lub w Domu Kultury, który znajdował się na miejscu dzisiejszegj restauracji „Głogówianki”.

Kiedy rozpoczął się Pan interesować fotografią? Czy wówczas w Głogówku istniał jakiś zakład fotograficzny?

Już będąc małym chłopcem, pamiętam, że  siedziałem razem z ojcem w ciemni. Mój ojciec raczej tak hobbistycznie zajmował się fotografią. Miał aparat „Zais Ikon” formatu 9x12, gdzie zdjęcia wykonywano na szklanej kliszy. Klisze wywoływało się w miskach, w których poukładane były jedna obok drugiej, nieumiejętnie poruszenie miską z płynem powodowało, że klisze rysowały się. Jak klisze były już wypłukane i suche, wkładało się je w specjalne ramki, zakładano papierem i ramkę zamykano. Wszystko to oczywiście robione było w ciemni. Potem bralismy ramkę pod pachę i na dwór. Ramkę wystawialiśmy do świata i odliczaliśmy „1,2,3...23,24,25” i z powrotem do ciemni i tam teraz było wywołane zdjęcie. Tak to wówczas wyglądało, zrobione zdjęcie.

W tym czasie w Głogówku był fotograf Dietrich – był to naprawdę bardzo dobry fachowiec. Naprzeciwko dzisiejszego przystanku autobusowego stoi taka podłużna, brązowa willa, w której mieszkał doktor Szostek (Szustek), u którego Dietrich wynajmował parter na zakład fotograficzny. Na tyłach willi, w podwórku, fotograf wybudowaną miał szklaną altanę (studio), gdyż ówcześnie zdjęcia wykonywane były głównie przy świetle dziennym.

Czy pamięta Pan swój pierwszy aparat fotograficzny i pierwsze zdjęcia, które Pan nim wykonał?

Oczywiście, pierwszy aparat otrzymałem od mojego ojca, był to „Zais Ikon” formatu 9x12, zdjęcia wykonywane na kliszy szklanej. Nie pamiętam już swoich pierwszych zdjęć, ale pamiętam, ze gdy pracowałem już w Spółdzielni wykonywałem dużo zdjęć nawet na zamówienie. Kierowniczką sklepu była pani Niklarz, z która bardzo dobrze mi się współpracowało. Prace w sklepie rozpoczynaliśmy od godz. 9.00, a ponieważ sklep był bardzo dobrze zaopatrywany w tkaniny, wiec każdego dnia mieliśmy wielu klientów. Tak że prace kończyłem często o 23.00. Codziennie między12.00 a 14.00 mieliśmy przerwę obiadową, ponieważ często pracowałem do późna, wiec kierowniczka dawała mi jeszcze jedną godzinę wolnego. Mając do dyspozycji trzy godziny dużo fotografowałem. Czasami zlecano mi zrobienie zdjęć ślubnych w plenerze. W domu zrobiłem sobie małą pracownię z ciemnią i skrzynką potrzebna do robienia zdjęć. Jako fotograf byłem nie zarejestrowany, pracowałem więc „na czarno”. To oczywiście spotkało się z wielkim oburzeniem ze strony ówczesnego fotografa pana Nowaka – z wykształcenia wojskowego, który miał swój zakład  na ul. Zamkowej. Trzy razy otrzymywałem upomnienia, kary, zrobiono mi nawet rewizje w domu, ale to jakoś nie skutkowało. Dopiero kiedy otrzymałem karę w wysokości 80 tyś. Zł postanowiłem wstąpić do Spółdzielni Fotograficznej w Prudniku.(Za 80 tyś. mogłem wówczas kupić bombowy motor, a metr bardzo dobrego materiału kosztowała 1500 zł.)

Po wojnie w pańskiej kamienicy nadal znajdował się sklep ?

Nie po wojnie to pomieszczenie stało puste, więc w momencie gdy wstąpiłem do Spółdzielni fotograficznej przerobiliśmy go na zakład fotograficzny, w którym od 1953r. rozpocząłem prace.

Jak potoczyły się teraz pańskie losy na „drodze fotografii”?

Kiedy w 1953r. rozpocząłem zarejestrowaną pracę fotografa przeszła do mojego zakładu pani retuszerka z zakładu pana Nowaka. W tym czasie bardzo ważne dla fotografii czarno-białej był retusz.

Spółdzielnia w Prudniku przebranżowała się i powstała wówczas Wojewódzka Spółdzielnia Fotograficzna w Opolu. 1 sierpnia 1956r. do mojego zakładu przyjechała fachowa pomoc w osobie pani Leokadii Wach. Pani Lodzia skończyła Technikum Fotograficzne  w Grudziądzu i z nakazu pracy wraz z 4 absolwentami została skierowana do województwa opolskiego na trzyletni staż. W Opolu kierownik Spółdzielni fotograficznej pan Sewera, dał absolwentom losy do ciągnięcia z wypisami miast do których mieli się udać. „Ciągnełam lewą ręką, od serca i wybrałam Głogówek” –mówi pani Lodzia, pan Sewera powiedział „Niech się pani nie martwi, będzie pani w bardzo dobrym miejscu”.

Odtąd  w zakładzie było nas sześcioro: dwóch uczniów, pani Janina Frankiewicz, pani Adela Nowak, pani Lodzia Wach i ja. Jak miałem już zastępstwo - pani Lodzia była przecież osobą po fachu, znająca się na fotografii – mogłem teraz pojechać na 3 miesięczny kurs do Wrocławia.  

Były to czasy kiedy wielu było fotografów, wykształconych w czasie wojny, lecz „bez papierka”, dlatego taki kurs przygotowywał nas  do egzaminu czeladniczego. Mieliśmy świetnych wykładowców z Uniwersytetu Wrocławskiego, a także dwóch wybitnych fotografów – braci Orłowskich ze Lwowa.

Na egzaminie czeladniczym mieliśmy wykonać zdjęcia legitymacyjne, wizytowe, pocztówkowe. Pamiętam, że wybrałem się na zdjęcia nocne. Na ul. Świdnickiej znajdował się wówczas Teatr Żydowski. Był to bardzo piękny budynek z arkadami, oświetlonymi górnymi kloszami. Była godzina koło 21.00, a po dworze chodził jeszcze mały chłopczyk. Posadziłem go u wejścia teatru. Zdjęcie wyszło bardzo dobrze, u wejścia siedział z podkurczonymi nogami chłopczyk, który wyglądał jakby spał. Byłem zadowolony, tym bardziej, że na egzaminie komisja była pod wrażeniem. Ten kurs tak bardzo mi się spodobał, że po dwóch latach (1958r) powróciłem znowu do Wrocławia  tym razem by uzyskać tytuł mistrzowski.

Tym razem  zadania do wykonania były trudniejsze. Należało wykonać fotografię portretową, architekturę wnętrz.

Portret wykonałem normalną techniką, który przerobiłem na izochemii – była to nowa metoda opracowania przez prof. Zamera z Krakowa, obecnego na tym kursie. (IZOCHEMIA – technika fotograficzna, w której cienie ukazane na zdjęciu rozbite są na 5 podstawowych odcieni, półcienie ).

Fotografowałem również wnętrza Kościoła Jezuickiego, Muzeum Narodowe, Muzeum w Ratuszu. Fotografowanie wnętrz w 1958r. to było naprawdę bardzo trudne zadanie. Dzisiaj są odpowiednie lampy, podnośniki, statywy. Wówczas trzeba było wykorzystywać światło dzienne, w połączeniu ze sztucznym oświetleniem i wypracowywać je pod powiększalnikiem.

Wspominał pan kiedyś, że na egzaminie dostał pan trudne zadanie sfotografowania sali pełnej chorągwi… .

W Muzeum  w Ratuszu we Wrocławiu, na piętrze w głównej sali wisiały chorągwie. Ustawienie tych flag (wisiały pod kątem, jedna obok drugiej) były trudne do sfotografowania, jeśli chciało się uchwycić wszystkie. Przeważnie zdjęcia robione były z góry, gdzie nie wszystkie flagi były widoczne. Fotografowałem wówczas starym „Zais Ikonem”, miałem wiec możliwości manewrowania, mogłem go rozłożyć na części, poziomować, pionować… . Sfotografowałem wiec owe chorągwie ujęciem z podłogi, dzięki czemu udało mi się sfotografować je wszystkie. Komisja egzaminacyjna była zadowolona z moich prac...Egzamin mistrzowski miałem zdany. Pan Orłowski jeden z członków komisji, składał mi propozycje pozostania we Wrocławiu, „(...)Zostań, potrzebujemy takich ludzi jak ty, ja ci załatwię lokal we Wrocławiu, tylko zostań(...)”.

Dlaczego wiec pan nie został, przecież Wrocław to duże miasto, więcej perspektyw, możliwości…

Mimo, że Wrocław bardzo mi się podobał, bo było to miasto młodych ludzi, gdzie działał Uniwersytet, Politechnika…nie chciałem tam pozostać. Głogówek był moim miastem, gdzie miałem rodzinę, przyjaciół, zakład fotograficzny.

Wracając do Głogówka, po kursach, nie miał pan nigdy ochoty na to by podobne szkolenia przeprowadzić w naszym mieście?

Człowiek wracając z kursów, zawsze przyjeżdżał z głową pełną pomysłów, z nową energią. Zanim doszło do organizowania kursów, najpierw odszedłem ze Spółdzielni i sprywatyzowałem mój zakład. W 1964r. byłem związany już tylko z moją firmą.

Potem rozpocząłem współorganizować kursy fotograficzne. Wszystko zaczęło się od założenia przez pana Smoczkiewicza z Opola, pana Czerkawskiego  z Prudnika i przeze mnie Klubu Artystycznego Fotografów w Opolu. Stworzyliśmy zrzeszenie na wzór elitarnego wówczas Klubu Fotografów w Opolu, do którego należeli m.in. pan Śmietański, pan Bober.

Nasz Klub spotykał się regularnie w Opolu, na spotkaniach wymienialiśmy się  doświadczeniami, spostrzeżeniami dotyczącymi naszych prac.

W tym czasie pan Smoczkiewicz dostał się do Najwyższej Krajowej Rady Fotograficznej w Warszawie. Warszawa  miała już dostęp  do kolorowej fotografii wykorzystując zagraniczne materiały typu Kodak, Agfa. Dzięki zabiegom Smoczkiewicza Klub Fotograficzny w Opolu dostał pewną póle na próby. Oczywiście my już wcześniej pracowaliśmy na kolorowej fotografii, lecz na gorszym jakościowo NRD-owskim „ORWO”.

W 1964r. zorganizowaliśmy pierwszy kurs fotografii kolorowej w Głuchołazach. Ponieważ Opole nie miało fachowców fotografii kolorowej dlatego z Katowic, Wrocławia przyjechali specjaliści. Było nas 28 osób, cała restauracja „Leśna” w Głuchołazach była zajęta przez nas na tydzień. W jednym pokoju stworzyliśmy ciemnię, zrobiliśmy również ogromny stół podgrzewany. Pod stołem był 5cm płaszcz wody, w którym stały kufety, woda musiała mieć stałą temperaturę 31stopni Celcjusza. Każdy z nas uczestników dostał obiekt do fotografowania. Ja dostałem zamek w Żyrowej. Wywoływaliśmy filmy pod okiem magistra z Wytwórni Filmowej z Łodzi. Z wywołanych filmów wybieraliśmy najlepsze negatywy i rozpoczynaliśmy obróbkę zdjęć.

Na podstawie naszych prac  powstał wówczas pierwszy folder dotyczący obiektów zabytkowych Opolszczyzny.

W niedługim czasie otrzymaliśmy zaproszenie na kurs z Izby Rzemieślniczej w Poczdamie. Pojechaliśmy…, zajęcia odbywały się w ogromnych, bardzo dobrze wyposażonych laboratoriach fotograficznych. Ten kurs bardzo wiele nas nauczył, przyjechaliśmy pełni wrażeń i pomysłów.

Znowu za jakieś dwa lata (1966r.) zorganizowaliśmy kurs fotografii reklamowej w Głuchołazach. Robiliśmy wówczas ogromne przeźrocza dla firm o wymiarach 60cm x 100cm. T o był ostatni kurs zorganizowany w Głuchołazach.

Nasz związek pomału zaczął się rozpadać, wiele osób poodchodziło ale ja nadal z panem Czerkawskim ciągnęliśmy tę działalność. Tym razem przenosząc kursy do Głogówka. Pamiętam, że w naszym mieście zorganizowaliśmy kurs dla mistrzów fotografii technicznej. Wykładowca pochodził z Gdańska. Zajęcia odbywały się w zamku  , gdzie fotografowano biżuterię, szkło, rzeczy, które żaden z nas wcześniej nie wykonywał. Kurs trwał tydzień. Mieszkaliśmy w zamku (znajdowało się tam wówczas schronisko PTTK), stołowaliśmy się w Barze Mlecznym..., naprawdę to był bardzo udany kurs.  

Pamiętam, że przez długi okres czasu, na wystawie Pańskiego zakładu, wisiała panorama Głogówka zrobiona po drugiej wojnie światowej.... W którym roku Pan ją wykonał?

W 1953 roku kiedy otwierałem mój zakład (należący wówczas do Spółdzielni)  naturalnie nie miałem żadnego konkretnego zdjęcia. Wówczas wieża wodociągowa była dostępna dla wszystkich. Wziąłem więc aparat i poszedłem na wieżę zrobić panoramę miasta.

Normalnie zdjęcia panoramy robi się w ten sposób, że aparat ustawia się na statywie i tylko przesuwa...

Ja miałem trochę utrudnioną sytuację, gdyż musiałem robić zdjęcia z okien do których dostęp był nieco utrudniony. Ale udało się, panorama Głogówka wisiała u mnie na wystawie przez 30 lat i nadal wisi. Jak było widoczne na tych zdjęciach, najbardziej ucierpiało na skutek wojny śródmieście.

Ma Pan dwoje dzieci, syna i córkę. Czy któreś z nich poszło w Pańskie ślady i zajęło się fotografią zawodowo?

Mój syn Karol nie bardzo interesował się fotografią. Widział, że ojciec całe życie spędza w ciemni, więc on nie chciał się tym zajmować. Skończył Technikum Budowlane w Głogówku. Natomiast córka Maryla po maturze, kiedy nie dostała się na studia, przez rok uczyła się fotografii i zdała egzamin czeladniczy. Po wielu latach rozpoczęła pracę w szkole w Katowicach i dodatkowo prowadziła kółko fotograficzne.

Czy ma Pan wspomnienia z rodziną Oppersdorffów i czy pamięta Pan jak dawniej wyglądało życie kulturalne naszego miasta i jaki oni mieli na to wpływ?

Szczerze mówiąc, to na zamku Oppersdorffów czułem się jak u siebie w domu. Ponieważ tatuś mój był tapicerem i dekoratorem wnętrz, wiele prac wykonywał na zamku. Jak byłem już starszym chłopcem bardzo często mu pomagałem. Byłem też ministrantem i gdy w kaplicy zamkowej odbywały się msze, to w nich uczestniczyłem.

Pamiętam, że w Głogówku odbywała się impreza związana z Bractwem Strzeleckim Kurkowym. Organizatorem był zawsze hrabia Oppersdorff. Do Związku Wolnych Strzelców należała elita głogówecka i rzemieślnicza. Mieli oni własny gmach gdzie mogli się spotykać i strzelnicę. Każdego roku po Wielkanocy odbywał się w soboty wymarsz strzelców, którzy przez dwa dni strzelali i wybierali między sobą króla i dwóch marszałków. Następną niedzielę odbywał się uroczysty pochód wokół miasta, gdzie na platformie ciągnionej przez konie siedział król i marszałkowie. Pamiętam, że będąc małym chłopcem, mój ojciec został wybrany pierwszym marszałkiem. Ubrano mnie wtedy w bardzo odświętny strój: białe pończochy, lakierki, krótkie zamszowe spodenki, a na głowę myśliwski kapelusz. Jechałem razem królem i marszałkami na platformie – byłem wtedy bardzo dumny. Po uroczystym obchodzie wszyscy udawali się do najlepszej restauracji w Głogówku, państwa Katzer. Była tam wielka sala, w której odbywała się obfita uczta.

Park należał do własności rodziny Oppersdorffów. Czy był on dostępny dla mieszkańców Głogówka?

W parku były wyznaczone dróżki, z których mieszkańcy nie mieli prawa korzystać. Dróżki te były wyznaczone kamieniami z tabliczkami „Droga zamknięta”.

Pamiętam, jak byłem mały, ojciec kupił mi rower. Ja oczywiście chciałem popisać się przed kolegami, więc z jednym z nich wybrałem się na „wycieczkę rowerową” po parku. Wybraliśmy ścieżkę, która była zamknięta dla mieszkańców. Nie zdążyliśmy przejechać 50 metrów, a w oknie stała już hrabina i groziła nam ręką – więc od razu zawróciliśmy, i tak się skończyła nasza wycieczka po parku.

Co Panu najbardziej utkwiło w pamięci z Pańskich pobytów na zamku?

Przede wszystkim korytarze zamkowe, gdzie na ścianach wisiały obrazy i ogromna liczba rogów. Robiła to na mnie duże wrażenie, jak również biblioteka wypełniona po brzegi książkami.

Rodzina Oppersdorffów po za mszami, które odbywały się w kaplicy zamkowej, uczestniczyła również w mszach w kościele parafialnym i u franciszkanów.

Tak, oczywiście. Kiedy była ładna pogoda, pieszo udawali się do parafii. Kiedy zaś było zimno lub brzydko na dworze, jeździli samochodem. Pamiętam, że mieli czarny duży wóz, który prowadził szofer w librze. Wysiadali zawsze przy kaplicy Oppersdorffów i mszę wysłuchiwali z loży kolatorskiej. Natomiast do kościoła klasztornego, na loże hrabiowską prowadziło przejście z zamku i tam też bardzo często uczestniczyli we mszy.

W Głogówku żyli Żydzi i ewangelicy, mieli swoje świątynie. Jak wyglądały wzajemne stosunki między mniejszościami a katolickim społeczeństwem?

Wszyscy mieszkaliśmy w jednym mieście, więc żyliśmy dobrze. Wojna jednak dużo popsuła. Ewngelicy mieli swój kościół na obecnej ul. Powstańców. Po wojnie był on bardzo zniszczony, a rozebrano go ze względna cegłę – a była tam naprawdę bardzo dobra klinkierka. W czasie wojny ewangelicy zostali przesiedleni, po wojnie mieszkały jeszcze dwie czy trzy rodziny.

Z Żydami było tak. Kiedy Hitler doszedł do władzy i sprawował taką politykę a nie inną, niektóre rodziny Żydowskie zdawały sobie sprawę z konsekwencji, więc opuściły Głogówek jak najszybciej. Reszta została. W Noc Kryształową rozbijano szyby w sklepach żydowskich, palono synagogę, to było bardzo przykre, choć ja tego nie pamiętam. Pamiętam natomiast Żydów z Głogówka, którzy mieli sklepy na rynku. Niektórzy z nich mieszkali długo w naszym mieście, nawet już po wojnie, w polskich czasach. Pamiętam pana Gestela, który handlował skórą dla szewców. Do końca życia mieszkał w Głogówku i został pochowany na cmentarzu żydowskim. Był też pan Austerlitz. W niemieckich czasach prowadził on przedsiębiorstwo transportowe, miał duże konie pociągowe, którymi przewoził towary ze stacji. Pan Austerlitz ożenił się z katoliczką i dlatego w tych trudnych czasach dano im spokój. Był to bardzo miły człowiek, z którym mój ojciec się przyjaźnił. Pamiętam, że dostałem od niego prezent z okazji mojego ślubu.

W latach 50-tych do Głogówka przyjechało wiele osób ze Wschodu. Czy widoczne były różnice, spięcia pomiędzy Głogówczanami-Ślązakami a Przesiedleńcami ze Wschodu?

Tak, początkowo była to dosyć specyficzna sytuacja. Polacy, którzy przyjechali do Głogówka, odbierali Ślązaków jako Niemców. Słysząc język niemiecki na pewno nie raz zadawali sobie pytanie - „Gdzie my jesteśmy?”. Nie było im wtedy lekko, stracili wszystko, zmienili swoje środowisko. Ale w podobnej sytuacji byli Ślązacy, którzy musieli przestawić się na nowe ustawy, administracje – i to wszystko po polsku. 

Według mnie Polacy, którzy pzryjeżdżali do Głogówka, robili jeden duży błąd- nie łączyli się z tutejszym społeczństwem. Zamknięci byli w swoim gronie tworząc jakby odrębną kastę. Trwało to może 5, 10 lat. Potem wszystko się unormowało. Młodzież łączyła się między sobą w pary. Mijały wtedy wszelkie uprzedzenia. Polak brał sobie wtedy Ślązaczkę za żonę, Ślązak Polkę. Teraz jest wszystko w porządku, nie widać już żadnych różnic.

Proszę opowiedzieć o Pańskich wspomnieniach związanych z powojennym Głogówkiem?

Pamiętam czasy, kiedy moje pokolenie bardzo dobrze bawiło się na dansingach w Domu Kultury, którego dyrektorem był Garncarz. Był to wspaniały człowiek, z którym bardzo mile się współpracowało. Organizowałem wówczas z dyrektorem, z doktorem Kaliną i doktorem Fijałkowskim bale maskowe na Sylwestra. Zabawy organizowane były na blisko 200 osób, gdzie obowiązywało przebranie. Wiele osób wyjeżdżało do Opola, Bytomia, do teatrów, operetek, wypożyczać stroje. Naprawdę byliśmy pod wrażeniem pomysłowości niektórych uczestników balu. Bardzo dobrze bawiliśmy się.

Czy jest Pan zadowolony ze swojej pracy?

Tak, fotografia to jest bardzo kochany zawód. Po 50 latach pracy, jestem bardzo zadowolony, iż zostałem fotografem i wykonuję pracę, która była i jest moją pasją.

To jest widoczne w Pańskich zdjęciach, fotografuje Pan wkładając w to wiele serca...

Najlepiej czułem się w fotografii czarno-białej. 50 lat przepracowałem w tej technice i powiem szczerze, że fotografia kolorowa mnie tak nie pasjonuje. W czarno-białej człowiek mógł tworzyć cuda. Światło było widoczne na pomatówce. Obecnie to pracuje się z lampą błyskową i wszystko teraz zależy od wyczucia.

Dla mnie bardzo znaczące były również wszystkie kursy, w których brałem udziałem. Przede wszystkim wiele się nauczyłem, ale także poznałem wiele ciekawych osób, jak np. fotografa Orłowskiego ze Lwowa, prof. Zamera z Krakowa, czy Zofię Nasierowską – słynne fotograf, którą poznałem w Warszawie. Przez jakiś czas miałem kontakt z jej rodzicami, również fotografami, którzy byli kiedyś w Głogówku na jednym z kursów.

Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś w Głogówku ktoś poprowadzi tego typu kursy i z takim zaangażowaniem jak Pan je prowadził. Myślę, że wielu młodych ludzi chciałoby wykonywać swój zawód z taką pasją i oddaniem, jak robił to Pan. Dziękuję za rozmowę.

Tekst został opublikowany w Roczniku Głogóweckim 2001. Publikacja w Głogówek Online za zgodą TMG

Zmieniony: Wtorek, 17 Marzec 2009 23:31