Głogówek Online
 
21 | 11 | 2017
Trudny mariaż Drukuj
Ziemia Głogówecka - Artykuły i Felietony
Autor: Barbara Grzegorczyk   
Niedziela, 15 Lipiec 2007 10:27

Kiedy późną wiosną 1977 roku przebąkiwano o powstaniu zespołu szkół w naszym liceum przy ul. Kościuszki zawrzało. Jakże to, tak szacowną szkołę mającą trzydziestoletnią tradycją, będzie się teraz łączyć z rodzajem zawodowego nuworysza? Czyja to idea i kto będzie ponosił odpowiedzialność za skutki tego kroku? Większość nauczycieli Liceum Ogólnokształcącego obawiała się rzecz jasna pauperyzacji szkoły. Wszak formę ogólnokształ­cącej edukacji podejmowała na ogół młodzież zdolniejsza w kierunku humanistycznym, która zamierzała po zdanej maturze studiować. Technikum postrzegane było słusznie jako szkoła dająca konkretny zawód i dyplom będą­cy patentem na życie. W szerokim wachlarzu obaw i lęków mieściły się ró­wnież kwestie wychowawcze. Liceum stało na straży dość surowej dyscypli­ny. Tu, aczkolwiek już z oporami wymagało się jeszcze noszenia tarcz, schludnej stonowanej kolorystycznie odzieży, poprawnych fryzur słowem dbało się o adekwatną do nazwy szkoły klasę. Technikum, do którego uczęszczali głównie chłopcy, postrzegane było jako szkoła o nieco luźniejszej etykiecie. Mariaż tak odmiennych placówek był więc rzecz jasna w naszej ocenie ewidentnym mezaliansem.

Niewielu nauczycieli liceum widziało wówczas krytycznie realność swojego dalszego samodzielnego istnienia. Wokół Głogówka powstawały jak grzyby po deszczu nowe ponadpodstawowe placówki oświatowe o różnych atra­kcyjnych profilach, które stanowiły dla niedającej przecież zawodu szkoły poważną konkurencję. Zdarzające się wypadki braku klas bliźniaczych sygnalizowały, iż moment krytyczny może nadejść szybko. Ówczesne władze oświa­towe, nie wdając się w sentymenty, kierując się jak zwykle rachunkiem ekonomicznym, ogłosiły powstanie „Zespołu Szkół”. Jego siedzibą okazał się szacowny budynek XIX-wiecznego Seminarium Nauczycielskiego, później liceum Pedagogicznego a wówczas już Technikum Budowlanego. Warto zaznaczyć, iż obaw natury prestiżowo-wychowawczych nie podzielała młodzież. Do tech­nikum uczęszczali rośli, urodziwi chłopcy, obdarzeni politechnicznym zmy­słem, którzy od dawna oglądali się za licealnymi panienkami. U siebie mie­li ich mało, a część z nich z racji profilu szkoły postrzegali jako isto­ty nieco zmaskulinizowane. Teraz w jednym budynku kontakty stały się zna­cznie łatwiejsze, licealiści mieli w osobach budowlańców niezłą konkurencję, co najprawdopodobniej w konsekwencji wyszło wszystkim na dobre. Cała społeczność licealna przyznawała też, iż warunki lokalowe nowego obiektu były znacznie lepsze niż w kompleksie przy ul. Kościuszki. Sale były tu obszerne, korytarze długie i rozległe, auli i sali gimnastycznej nie trzeba było się wstydzić.

Dziś z pozycji emerytowanego nauczyciela nie mogę pominąć kwestii dylematu, jaki stanął przed ówczesnym dyrektorem tej nowo powstałej szkoły, czyli panem sylwestrem Kałamarzem. Był on przecież, jako dawny nauczyciel matematyki w liceum świadom trudnej sytuacji łączenia, świadom wyrażanych a także ukrytych obaw i animozji. Dzieło łączenia przeprowa­dził w sposób absolutnie perfekcyjny, działając w białych, by nie rzec niewidocznych rękawiczkach. Już na pierwszym posiedzeniu Rady Pedagogicznej zakomunikował w sposób taktowny, acz kategoryczny, iż nie ma podziału na nauczycieli LO i TB, słowem wszyscy uczą wszędzie. A to oznaczało, iż postrzegający siebie za specjalistów przedmiotowych w swojej katedrze musieli nagle uczyć w klasach Zasadniczej Szkoły Zawodowej, której poziom odbiegał rzecz jasna bardzo od istniejącego w L0. Pierwsze tygodnie były zapewne gorzkie dla obydwu stron. Wszak i młodzież odczuwała zaistniałą zmianę. Wkrótce jednak nawet przysłowiowe „kosy licealne” musiały przyznać, iż niesienie kaganka oświaty i na tym poziomie może sprawić wiele pedagogicznej satysfakcji. Naturalnie wymagana tu była cierpliwość i takt. Wiedza i wieloletnie doświadczenie podsunęły nauczycielom klucz do funkcjonowania w nowej sytuacji.

Dyplomacji wymagały też kwestie zmian w kadrze kierowniczej nowej szkoły. Pan Bronisław Noga zgodził się, zważywszy na zbliżającą się emery­turę podjąć obowiązki nauczyciela geografii, wicedyrektorem odpowiedzialnym za kwestie dydaktyczne został pan Roman Węglowski, zakres problemów wychowawczych przejął pan Bolesław Rawluk. Zatem i w dziedzinie kompetencji nie było podziału na LO i TB. Dyplomatyczne oko naczelnego czuwało nad całością. Nie chcę w tej materii popadać w przesadę, ale i wówczas w tym trudnym czasie i dziś ze znacznej perspektywy, twierdzę, iż nasz Naczelny postępował w sposób wzorcowy. Z właściwą sobie pogodą ducha i humorem po­trafił zażegnać niejeden konflikt. Przede wszystkim znał, poznawał natu­rę podległych mu nauczycieli (mnie osobiście jeszcze jako niegdysiejszą uczennicę, dodam kiepską matematyczkę) i potrafił do każdego z nas znaleźć właściwy klucz. Z głosem Naczelnego liczyła się również ogromnie młodzież. Beształ ją rzadko, uznając, iż z drobnymi grzeszkami szkolnymi muszą sobie radzić wychowawcy klas. Kiedy pojawiały się tzw. grubsze problemy wkraczał Wielki, choć przecież w istocie wzrostem niewielki.

Dziś, kiedy kwestia istnienia zespołów szkół o bardzo zróżnicowa­nym profilu stała się normalnością, stwierdzam, iż ów mariaż z 1977 roku był zabiegiem słusznym i owocnym.

Zmieniony: Poniedziałek, 13 Sierpień 2007 15:33