Głogówek Online
 
27 | 05 | 2017
Poszukuję zwyczajnych zdjęć… Drukuj
Ziemia Głogówecka - Artykuły i Felietony
Autor: Małgorzata Wójcicka-Rosińska   
Poniedziałek, 11 Marzec 2013 20:51

Jarosław KłuskiewiczWywiad z Jarosławem Kłuskiewiczem, autorem albumów o Głogówku

- Czy zgłaszają się do Pana osoby z nowymi materiałami, być może do kolejnej publikacji?

- Tak dostałem trochę nowych zdjęć. Kilka osób oferowało, że wypożyczy swoje domowe pamiątki. Dwukrotnie dostałem koperty ze zdjęciami, zupełnie anonimowo. Ktoś przyniósł do apteki na rynku z prośbą o przekazanie. W jednej była karteczka, abym spożytkował je wedle swojego uznania, bez adresu, bez nazwiska... Cóż, jeszcze nie bardzo wiem kogo przedstawiają, ale powoli nad tym pracuję. To miła niespodzianka.

- Czy planuje Pan kolejną publikację?

- Takowa myśl przechodzi mi przez głowę, ale wszystko zależy od zdjęć. Jeśli będę miał do dyspozycji nowe, to wtedy mogę zabrać się za ich opracowywanie, co jest strasznie czasochłonne. Mam bardzo dokładnie rozplanowany tydzień, a w nim mało czasu wolnego, ale pokusa jest duża.

- A czym się Pan teraz zajmuje?

- Cóż, poza sprawami czysto zawodowymi, czyli pracą w szpitalu i prywatną praktyką nadal moim letnim hobby jest ogród z kwiatami. Ostatnio każdą wolną chwilę poświęcam tenisowi. Mój młodszy syn połknął bakcyla na tyle, że chcąc czy nie chcąc zostałem jego "trenerem". Każdą wolną chwilę spędzamy na kortach. Teraz zimą, w miarę wolnego czasu, staramy się również trenować. Daje mi to dużo satysfakcji. Widzę efekty i przypominają mi się dawne lata i setki godzin spędzonych, niestety bez trenera, na naszych głogóweckich kortach. Pamiętam ze moich młodych lat, że było na nich całkiem tłoczno i gwarno.

- Co się udało, Pana zdaniem, w ostatniej publikacji?

- Już sam fakt, iż książka się ukazała jest sporym sukcesem. Udało mi się zebrać odpowiednich ludzi do współpracy. Trzeba było namówić wydawcę, aby wydał kolejną trzecią już w krótkim czasie (od 2008 r.) książkę o małym Głogówku. Współpraca z panią Barbarą Grzegorczyk oraz panem Gunterem Hauptstockiem była nieodzowna. Nie wyobrażam sobie tej książki bez ich udziału. To praktycznie byłoby niemożliwe.

- Zauważa Pan w albumie jakieś niedociągnięcia?

- Nie udało się opisać nazwiskami wszystkich zdjęć. Ja mam jeden swój egzemplarz, w którym mam prawie komplet nazwisk. Troszkę czas nas gonił i nie było czasu, aby dopisać resztę nazwisk. Sporo nazwisk opisałem dzięki obecnym i byłym mieszkańcom, którzy sukcesywnie informowali mnie o brakach i chętnie podpisywali kto jest kto, na poszczególnych stronach. To było całkiem miłe przeżycie. Szczególnie jeśli ktoś zadzwonił z Niemiec o 12-tej w nocy bo akurat dostał książkę.

- Czy dochodzą do Pana jakieś krytyczne uwagi co do albumu?

- Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, komu coś się będzie nie podobało. W słowie wstępnym zaznaczyłem, iż nie jest to historia Głogówka, a dobór zdjęć jest jak najbardziej subiektywny, wedle mojego uznania. W końcu musiałem się na coś zdecydować. Bywały rozżalone głosy, że w książce brakuje takich czy innych mieszkańców. Niektórzy podeszli do tej kwestii bardzo osobiście. Cóż, nie byłem w stanie zamieścić w książce tyle zdjęć, ile bym chciał. I tak, wbrew sugestiom wydawcy, w książce jest kilkadziesiąt zdjęć więcej, niż pierwotnie zakładano. Osobna kwestia to dość powszechna ciekawość, ile na tej książce zarobiłem. Na szczęście mam z czego żyć i nie muszę zarabiać na książkach…

-Jaką formę publikacji wybrałby Pan przy kolejnej książce?

-Rozsądek przemawia za podobną formą, jaką miała ostatnia książka. Na pewno byłaby to forma albumowa, jak zawsze ładne estetyczne wydanie, i z pewnością mieszkańcy i ich codzienność. Myślę, że dobrze było by pokazać jakieś ciekawe przedmioty, chociażby użytku codziennego, szczególnie z dawnych lat świetności - szkło, porcelana i inne ciekawe eksponaty mogły by uatrakcyjnić publikację. Wiem, że sporo tego rodzaju przedmiotów się zachowało. W sumie jest kilka wariantów do przemyślenia. Jedno jest pewne, że zrobienie czegoś nie gorszego od ostatniej książki będzie bardzo trudnym wyzwaniem.

- Co jest największym osiągnięciem ostatniej książki?

- Bezsprzecznie największym osiągnięciem tej książki jest zaangażowanie głogówczan w jej tworzeniu. Starałem się podziękować w książce komu pamiętałem (na str. 222). Mam nadzieję, że nikogo nie pominąłem. Jeśli tak, to przy okazji naszej rozmowy - serdecznie przepraszam. Udało się stworzyć książkę, o której głogówczanie już nie raz wypowiadali się w stylu „nasza książka" . To prawda, że książka wielu mieszkańców nie podzieliła, ale wręcz przeciwnie – zjednoczyła, jeśli można użyć tego górnolotnego tonu. Przede wszystkim wszyscy, których poprosiłem o pomoc, chętnie mi pomagali. Nikt, dosłownie nikt, nie odmówił pomocy. Bez względu na wiek, płeć, pochodzenie czy przekonania polityczne czy lokalne wszyscy włożyli sporo wysiłku, aby odszukać, aby wypożyczyć, a w szczególności - opisać te setki nazwisk. Chwała wszystkim za to. To bardzo budujące. Bez pomocy mieszkańców nie było by tej książki, bo fizycznie dla 3 osób, o których wspominałem, byłoby to nie do pokonania.

- Jak dzisiaj, z perspektywy czasu, zrobiłby Pan tę książkę?

- Z perspektywy czasu zawsze jest się mądrzejszym. Do książki wkradło się kilka literowych błędów (co jest ponoć nieuniknione w każdej książce). Niektóre piękne artystyczne zdjęcia, szczególnie zima Lucjana Wójcika jak i staw w parku Piotra Kulczyka straciły swój urok, gdyż zostały pomniejszone. Następnym razem pomyślę o mniejszej ilości zdjęć, kosztem wyeksponowania piękna niektórych ujęć. Zastanawiałem się, czy byłem w stanie więcej opisać brakujących nazwisk. Mam spore wątpliwości, ponieważ wiele nazwisk i opisów otrzymałem po ukazaniu się albumu.

- Jakie trudności z nową publikacją?

- Cóż, jak już wspominałem - czas. Po wtóre zdjęcia. Potrzebuję nowych- starych zdjęć. Co najdziwniejsze nie mam problemów z materiałami przedwojennymi. Cały czas dysponuję jeszcze niewykorzystanym zasobem, który można użyć w publikacji. Najbardziej poszukiwanie są zdjęcia z lat 50-tych, 60-tych i 70-tych.Te zdjęcia są dla mnie najciekawsze i takowych stale poszukuję. Zdobycie czy też wypożyczenie ich to jedno, a opisanie łącznie z nazwiskami to kolejna duża trudność. Proszę pamiętać, iż żeby opisać merytorycznie zdjęcia, szczególnie te z lat 50-tych muszę o nie przepytać mieszkańców mających dzisiaj około 80-lat. To też pewna zrozumiała trudność. Tak czy owak jestem optymistą.

- Jakich więc konkretnie zdjęć Pan poszukuje?

- Takich najbardziej zwyczajnych. Z domowych albumów, tych które w poprzedniej książce ludziom wydawały się tak prozaiczne, że często byli zaskoczeni, iż je wypożyczam. Po odpowiedniej obróbce, opisaniu, powiększeniu stawały się one w książce perełkami.

Myślę, że głogówczanie nie zdają sobie sprawy z wartości tych potocznych zdjęć. A są to zdjęcia szkolne, z zakładów pracy, sklepów, zakładów rzemieślniczych czy licznych uroczystości obchodzonych dawniej hucznie jak Dzień Kobiet, 1-maja, festynów, zawodów sportowych. Takie proste powody do zrobienia zdjęcia jak spacer w parku, piwko z kolegami w którejś z miejscowych knajpek czy różnego rodzaju budowy w mieście to sedno i sens ewentualnej nowej publikacji. Niestety, z tego co wiem, w latach minionych nie było w zwyczaju dokumentowania remontów czy spektakularnych budów jak np. bloki na ulicy Mickiewicza, Szkolnej czy Chopina, jak budowa Banku Spółdzielczego na rynku (jedno zdjęcie w książce dzięki panu Kiserowi) czy np. budowa domów na Hellbergu. Oczywiście, wszystkie nowości ostatnich lat sam fotografuję, ale w latach minionych nie było takowych zwyczajów. Cały czas mam głębokie przekonanie, że jest jeszcze sporo do odkrycia i pokazania.

- Życzę więc, aby trafiały do Pana same unikatowe zdjęcia.

Artykuł ukazał się w lutowym (2013) numerze Życia Głogówka.

Zmieniony: Piątek, 15 Marzec 2013 22:38